wtorek, 17 listopada 2009

Falkenbach - Ok Nefna Tysvar Ty


Po raz drugi sięgam do twórczości Falkenbach. Za pierwszym razem jakoś nie zostałem oczarowany atmosferą serwującą nam przez ten projekt. Wręcz przeciwnie, sądziłem, że jest to nudna, nic nie wnosząca do black viking folku muzyka. Teraz, by upewnić się, że za pierwszym razem miałem rację, zacząłem studiować trzeci z kolei album „ Ok Nefna Tysvar Ty”.
I co dostałem? Nic ponad to, co usłyszałem wcześniej. Te same klimaty, prawie te same piosenki. Te same nudne wokale (tylko skrzek jest dobry) i nawet jestem skłonny stwierdzić, że brzmienie też jest takie samo. Po prostu nic nowego... Tak jakby album, który słyszałem wcześniej (a był to „...En Their Medh Riki Fara...”) był po prostu wzorem, który pan Vratyas Vakyas co rusz kopiuje.
Wiem, że pewnie znajdą się wśród was fani, mówiący co innego, że w tym i w tym utworze jest coś nowego. I nawet skłonny byłbym się zgodzić, ale co z tego, skoro nie potrafię niekiedy odróżnić numerów z tej płyty, tak są do siebie podobne. Jak więc mógłbym napisać, że gdziekolwiek słychać jakikolwiek progres?
Jedyne kawałki, jakie trawię z różnych powodów, to pierwszy „Vanadis”, choć mógłby być krótszy i trzeci „Aduatuza”, gdzie długość jest odpowiednia, ale brzmi mi on jak jedno z dokonań Bathory. Wpływy Quarthona można również znaleźć w „Homeward Shore” - w tym są one jeszcze bardziej słyszalne, niż w poprzednim. Ale to nadal nic nowego...
Album ten jest raczej dla zagorzałych fanów viking grania. Ci, którzy tylko na chwile chcieliby zabłądzić w te dzikie, starodawne krainy, raczej niech sięgną po coś klasycznego z tego gatunku. I nadal niestety nie wiem, dlaczego Falkenbach w kręgach zainteresowania tego typu muzyką jest tak wielbiony? Ale może nie czuję klimatu... W sumie to nic nie straciłem... Wy też nic nie stracicie, jeżeli ominiecie ten krążek szerokim łukiem.

Moonlight - Audio 136


Muszę się przyznać, że jakimś cudem płyta ta umknęła mojej uwadze. Szczerze, to myślałem, że następczynią „Candry” jest album „downWords”, niestety, myliłem się...
Następczynią jest album o przedziwnym tytule „Audio 136”, który wyszedł w 2004 roku.
Wszyscy wiemy, że to, co Moonlight tworzyło od „Yaishi”, zwracało się coraz bardziej w stronę progresywnego metalu. I w pełnej postaci to właśnie znajduje się na „Audio 136”. Kwintesencją tego stylu jest kawałek „Air”, druga z kolei kompozycja tegoż krążka. Ostre riffy, pięknie słyszalny bas i Maja śpiewająca po angielsku, sprawiają, że nie można się oderwać. Fakt, ma ona w sobie parę minusów, ale to nie jest ważne, gdyż jest to jasno świecąca gwiazda tej płyty. Dalej już nie jest niestety tak dobrze...
Większość kompozycji zaśpiewana jest po angielsku. Niestety jest to największy minus tego wydawnictwa, gdyż nadal twierdzę, że Maja Konarska nie powinna tak śpiewać. Kaleczy tylko tą muzykę. Wystarczy sięgnąć po bonusowa płytkę i posłuchać wersji w języku polskim, aby się przekonać, że po polsku jest o wiele lepiej. O niebo lepiej...
Kolejnym minusem, o którym muszę wspomnieć jest intro i outro, czyli „Rosemary's Baby” i „Rosemary's Baby (Reprise)”. Nie mam pojęcia, po co zostały stworzone ten numery. Jak mówi sam tytuł, jest to muzyka Krzysztofa Komedy z „Dziecka Rosemery”, ale fatalnie wykonana. Bez emocji, bez polotu, bez duszy... No nic w tym nie ma. Za każdym razem jak słucham tej płyty, omijam obydwa. Może gdyby była to sama muzyka, to jeszcze... ale niestety pani Konarska udziela się w nich wokalnie, bo jakżeby inaczej. Nie bierze mnie jej ekspresja i jej podejście do zanucenia tych prostych przecież dźwięków i nic tego nie zmieni.
Źle się stało, że główny kompozytor Daniel Potasz odszedł. Reszta zespołu pragnęła pewnie iść wyznaczoną na wcześniejszych płytach ścieżką. Ale niestety, czegoś zabrakło. Teraz też rozumiem przejście z progres metalu, do trip/roka na „downWords”. Album ten był łącznikiem, poszukiwaniem czegoś nowego. Niestety Maja i reszta nie do końca mnie na nim przekonywają. Brak w tej muzyce „złotego środka”...

Doom:VS - Dead Words Speak


Miałem już dać sobie spokój z doom metalem na jakiś czas, ale postanowiłem sięgnąć po jeszcze jeden krążek. I tym razem mi się poszczęściło... W końcu trafiłem na coś ciekawego, choć trochę nużącego na dłuższą metę.
Johan Ericsson, jeden z założycieli Draconian, wydając drugą płytę pod szyldem Doom:VS pt. „Dead Words Speak” wiedział co należy zrobić, by przykuć uwagę słuchacza. Nagrał jedną z ciekawszych pozycji funeral/doom metalowych w 2008 roku, lecz nie zamknął się w tym stylu do końca, gdyż album ten posiada też melodyjne wstawki, poza tymi „grobowymi”. Słychać to w każdej z sześciu pozycji i nie ma sensu wymieniać tych bardziej odzwierciedlających te połączenia stylów.
Emocjonalnie jest to walec. Ciężki, wolno zmierzający do celu. Martwota dźwięków opanowuje bez reszty. Mamy to w kawałku tytułowym, gdzie również i teksty czynią swoją powinność - „They speak to me at night and sometimes I get frightened...They give no peace at night and sometime they are right.” Mowa tu o „martwych słowach” docierających do nas w najczarniejszych chwilach nocy. Cóż tu jeszcze dodawać, po prostu trzeba to przeżyć.
Takie rzeczy odczujecie po głębszym poznaniu tej muzyki. A to, co od razu zwraca naszą uwagę to wokal. Johan posiada brutalny, głęboki growl, ale także jego czysty śpiew może robić wrażenie. Poza tym wykorzystuje on również normalne mówienie na kształt tego, co czyni Aaron Stainthorpe z My Dying Bride. I muszę przyznać, że robi to niesamowicie – klimat w takich chwilach staje się jeszcze mroczniejszy.
Najbardziej słychać to w,... no właśnie „to” jest w każdym z utworów. Lecz najmniej podoba mi się w ostatnim, „Threnode”, jakoś ciągnie się (jest najdłuższy na płycie) przez dwanaście minut, wręcz nudzi swoją powtarzalnością i wtórnością. Choć ładnie się zapowiada, to jednak koniec wręcz zabija.
Tak czy inaczej chwile z drugim wydawnictwem Doom:VS będę pamiętał długo. Wryło mi się głęboko w czaszkę, więc na pewno kiedyś jeszcze do niego wrócę.

środa, 4 listopada 2009

Savatage - Dead Winter Dead


Savatage – to jeden z mało docenionych zespołów na scenie metal/rocka. Stan ten powodowany jest pewnie przez ich lawirowanie między stylami heavy/power a heavy/progres, który z biegiem lat coraz bardziej był odczuwalny w ich muzyce.
Przykładem tego drugiego połączenia jest płyta „Dead Winter Dead” z 1996 roku. Jak to bywało w zwyczaju, tak i tu mamy do czynienia z koncept albumem. Historia opowiada o konflikcie zbrojnym na Bałkanach.
Nie trzeba się nawet specjalnie domyślać, gdyż już drugi numer o tytule „Sarajevo” mówi nam wszystko. Jednak nie tylko o wojnie jest to krążek. Wplata nam się tu jeszcze jedna opowieść, a mianowicie wątek tragicznej miłości Serba z muzułmanką. Chyba każdy z nas domyśla się, co mogło z tego powstać. Wyobrażenia panów z Savatage znajdziecie właśnie na tej płycie... A uwieńczeniem tej historii jest ostatni, zamykający ten album kawałek „Not What You See”
Wracając do twórców... Na większości utworów śpiewa Zak Stevens, tylko na dwóch czyni to Jon Oliva, który również odpowiedzialny jest za klawisze i fortepian. Oczywiście nie zabrakło tu typowych dla Savatage rock operowych zagrywek. Te dłuższe to otwierający „Overture” z podniosłą atmosferą. Kolejnym tego typu jest „Mozart and Madness” z malowniczą solówką w początkowej części, mięsistym riffem w części środkowej oraz klimatem klasycznym a'la Mozart. Podobnie jest z intrem do tytułowego songu o nazwie „Memory (Dead Winter Dead Intro)” - to odegrana na gitarze „Oda do Radości” w, muszę przyznać, poruszający mnie sposób.
Dochodząc do najciekawszej części tego dzieła wymienię jeszcze dwa utwory. Są to „One child” i wcześniej wymieniony przez mnie „ Not What You See”. W nich to można usłyszeć słynny kanon wokalny w połączeniu z progresywnym feelingiem. Niesamowity klimat tych dwóch sprawia, że płyta ta jest jednym z największych dzieł tej grupy.
Nie zostało więc nic innego, jak tylko polecić ją każdemu, bo wierze, że dźwięki te mogą się podobać. Poza tym, jest to Savatage na najwyższym poziomie, więc nie tracie czasu, gdyż takich uczuć zaklętych w muzykę nie znajdziecie nigdzie.

Necroart - The Opium Visions


W muzycznej podróży po obcych landach, wpadłem na zespół Necroart z Włoch. To sekstet grający coś na kształt melodic death metalu, lecz taka definicja ich twórczości jest trochę niepełna. Ich dziedzictwo, to na razie tylko jedyny longplay o nazwie „The Opium Visions” wydany w 2005 roku. Jest on mieszanką prawie wszystkich stylów w metalu, plus różnego rodzaju eksperymenty.
„The Crimson Minority” to swoiste potwierdzenie moich słów - jest agresywnie, ale do tego melodyjnie. Wstawki fortepianu oraz akordeon w zwolnieniu, zabarwiają klimat numeru folkiem, a zwrotki zalatują gothic'em. Prawie każdy kawałek z całego krążka posiada tę atmosferę. I jeszcze jedno, słuchając go mam straszne skojarzenia z polskim Elysium (z ich wcześniejszymi dokonaniami). Podobnie jest w „Le Fleur Noir”, tylko tutaj akurat szkieletem jest gitara akustyczna, która pojawia się w wolniejszych partiach. I cholera, chyba na tym albumie nie obędzie się bez odczuć, że jest to Necroartowa odpowiedź na Moonspell z okresu „Irreligious”
Płyta nieco się zmienia w postaci „Pandemonic Opium Night”. Panowie trochę przyśpieszają, ale próba ta lekkiej zmiany klimatu jakoś nie jest wysokich lotów. W tym utworze najbardziej słuchać wpływy szwedzkiego deathu, którym się chłopaki inspirują.
Ogólnym minusem „Opiumowych Wizji” jest brzmienie, jakość całego albumu. Nie jest to mistrzostwo świata, niestety słychać niedociągnięcia masteringu. Jednak jak na pierwszą płytę jest naprawdę dobrze. Nie liczy się jakość płyty , ale jej treść, a tu jest czego posłuchać.
Najbardziej zapamiętany przeze mnie numer zwie się „Capricorn Years”. Prawdopodobnie przez to, że jest najbardziej przebojowym kawałem muzy z tego wydawnictwa. Szczególnie refren wpada w ucho, aż się chce śpiewać. Ale tak czy inaczej, jest to kolejny kawałek nieco progresywno folkowy, oczywiście z domieszką metalu.
Osiem kawałków zakańcza „L'Inverno Dell'Anima”, całkowity odmieniec, zaczynający się schizofrenicznymi, mrocznymi dźwiękami na tle samplów pojawiających się co jakiś czas. To utwór stricte zagrany na styl ambientowy.
Album jest godny uwagi, szczególnie z uwagi na eksperymentowanie Necroart'owców. To ich pierwsze dziecko, ale bardzo dojrzałe jak na debiut.

Hypnagonia – Inside the Mirror


Oto kolejny młody zespół grający ciężka muzę w naszym rodzimym kraju. Hypnagonia – ta ciekawa nazwa kryje za sobą grupę z Wodzisławia Śląskiego, która para się melodyjną odmianą deathu z elementami blacku i thrashu. Jakiś czas temu wydali swoje pierwsze demo „Inside The Mirror” i właśnie ono będzie obiektem tej recenzji.
Krążek zawiera trzy utwory, czyli prawie że standard jak na tego typu wydawnictwo. Pierwszym jest kawałek tytułowy. „Inside the Mirror”. To mocny kawał dobrej agresywno-melodyjnej muzy. Najciekawsze w nim są wokale Cyraxa, który raz to growluje, rak krzyczy, a innym razem coś tam normalnym wokalem podśpiewuje. Połączenie tego z muzyką daje nawet ciekawe momenty.
Kolejnym jest „Realese” i tak samo jak poprzedni jest mocną rzeczą. Tutaj jestem bardziej zachwycony riffami, wspaniale współgrającymi znów z wokalem frontmena. Trzecim i zarazem ostatnim jest mroczna balladka „Final Breath”. Zaczyna się spokojnymi szeptami, które po chwili przeistaczają się w szaleńcze krzyki i tak jest na zmianę. W tych energetycznych chwilach przypomina mi to trochę dokonanie sławnych „Kredek”, ale to lekkie uczucie.
I to już chyba wszystko. Niestety „krótkość” „Inside The Mirror” jest jej minusem. Pomimo to, że ciężko w dzisiejszych czasach nagrać coś oryginalnego, Hypnagonia stanęła na wysokości zadania i wypuściła trzy stosunkowo dobre utwory i teraz tylko czekać na kolejną ich odsłonę. Myślę, że chłopaki nie zawiodą.

Daemon - The Second Coming


Już od pierwszych taktów tej płyty wiemy, że to skandynawski death metal. No może w tym przypadku trochę to przesadzone, gdyż deathu to w tym nie ma prawie wcale. No i w sumie to nie jest do końca czysta Skandynawia. Północy i mroku to tu mało. I może to jest jedną z przyczyn słabości tego wydawnictwa.
Daemon pochodzi z Danii (to dlatego). Założył go Anders Lundemark i reszta członków Konkhra razem z perkusistą Nicke Andersson z Entombed. Ich drugie wydawnictwo nosi nazwę „The Second Coming” i bardziej odnosi się ona do tego, że to ich druga płyta, a nie tak jak sugeruje okładka, do Jezusa i jego powtórnego przyjścia. Daemon praktykuje tu cos na wskroś przypominającego dzieła Entombed z czasów Wolverine Blues i płyt jej podobnych. Przejawia się to w brzmieniu i stylu gry. Ich Death 'n' Rollowe zagrywki mogą być trochę nieznośne.
Jednak nawet tu, jak wszędzie można znaleźć coś ciekawego. Początek dość niewinny – krzyki nagrane i puszczone od tyłu. Dalej w sumie jest ciekawiej ma w sobie coś, co dobrze nastraja do „My Kingdom Is A Sacred Place”. Death’n’rollowa zagrywka, subtelna choć kopiąca. Tak rozwija się dalej ten numer do chwili, kiedy wchodzi refren rozpieprzając wszystko wokoło. W czasie całego krzyki powtarzają się jeszcze co jakiś czas.
Dodatkami to kawałków lekko ponad trzydziestominutowego grania są sample z filmów. Najbardziej wymowne pochodzą z „Make Me Bleed” i „Way Out Of Hand”, gdzie ten z drugiego jest konkretniejszy. Trzy słowa „Human Fucking Beasts”. Sama muzyka też jest lepsza, niestety nie wybija się ponad przeciętność. Innym dodatkiem jest cover Black Sabbath – „Symptom Of The Universe”. Cóż tu dużo mówić, dobrze zagrany numer. Nic poza tym.
Reszta jakoś mnie nie kopie, w ogóle mi nic nie robi. Pewnie przez to myślę, że to słaba płyta. Ale może za mało jej słuchałem, żeby oceniać? Nie mogłem jednak przebić się przez moje poczucie gówna. Po prostu bywają większe, lepsze ryby w stawie.

...And Oceans - The Dynamic Gallery Of Thought


Jak wiele istnieje muzyki!!! Nie da się ogarnąć jej ogromu... Dlatego też wracam często do jej przeszłości, by znaleźć coś ciekawego. A stosunkowo niedawno, bo w roku 1998, ...And Oceans, młoda wtedy jeszcze fińska kapela wydała swoją pierwszą płytę o tajemniczym tytule - „The Dynamic Gallery Of Thought”
Sięgnąłem po nią znając wcześniej dwie ich ostatnie pozycje, więc teraz szykowałem się na black metalową odsłonę. I to właśnie dostałem... Dźwięki, jakie usłyszałem na „Dynamicznej Galerii” to black a jakże, ale black symfoniczny, wręcz ambientowy, a wszystko to dzięki klawiszom. Można by to chyba porównać do pierwszych płyt Dimmu Borgir, ale porównanie to nie jest do końca prawdziwe. Choć podobieństwa istnieją, to jednak różnice też są zauważalne.
Trochę jednak żal, że to nie jest czysty black, tak jak na początku „The Room of Thousand Arts”, kiedy blasty miażdżą aż miło. Jak to słyszę, to przed oczami roztacza mi się wizja jednego z najbrutalniejszych black wykonawców. Niestety ...And Oceans poszli w innym kierunku. Postawili na klawisze i one w przerażającej większości rządzą na tej płycie. Jednak muszę przyznać, że zabieg ten – stawiając na klimat – wcale nie jest chybiony. Wręcz przeciwnie.
Wystarczy posłuchać, jak rozpoczyna się „Mikrobotik Fields / Uråldrig Saga Och Sång”. Kosmiczne klawisze, mikrobiotyczne, roztaczające pejzaże, odległe krainy świadomości. Albo fuzja symfo-blacku w „Samtal Med Tankar - Halo of Words”. W nim granice nie istnieją... światy, inne galaktyki myśli manifestują się przed nami i ciągną nas do siebie. Wystarczy tylko poddać się czarowi. Tak potrafią grać tylko ludzie północy... Jakby ta muzyka płynęła w ich żyłach. ...
Jednak jest w tym wszystkim jedno ale... Klawisze oprócz tego, że nadają tej płycie sens, odbierają jej duszę. Przez czas całego krążka ich monotonia i bezduszne (choć, miejscami genialne) granie przytłacza swym ciężarem. A na dłuższą metę może to być męczące. Tak czy inaczej, posłuchajcie jej, bo warto.

środa, 28 października 2009

Arcturus - The Sham Mirrors


Geniusz tej grupy objawił mi się, kiedy usłyszałem ich drugą płytę „La Masquerade Infernale”. To było coś nowego na scenie black metalu z Norwegii, a przecież blackiem nie było. Arcturus, który zrzeszał ludzi z tego czarnego światka, zaczął tworzyć coś innego, coś co nazwać można awangardowym blackiem. I tak czas poszedł na przód, w 2002 roku wyszło ich nowe trzecie już dzieło pod nazwą „The Sham Mirrors”.
Tak samo, jak z poprzedniczką i z tym albumem musiałem długo obcować, zanim zdałem sobie sprawę, jak świetny on jest. Pierwszy przyszedł do mnie wokal. Trickster G. Rex wykonał tu kapitalną robotę. Zmienił nieco manierę śpiewania od tej, której wcześniej używał na „La Masquerade..”. Tutaj jego głos jest czystszy, w wyższej tonacji, bardziej czytelny. Zawsze lubiłem jego wyczyny w Ulver, ale dopiero tutaj pokazał, na co go stać.
Następnie dotarła do mnie muzyka... może nie tak teatralna jak kiedyś (choć może trochę), teraz bardziej kosmiczna. Najbardziej słychać to w utworach „Kinetic” i „Nightmare Heaven”. Ten drugi to mój ulubiony numer, w dużej mierze przez transową wstawkę w połowie kawałka. Na tych to zniknął kompletnie klimat black metalu, został zastąpiony „space” awangardą. Ale nie ma się co dziwić, gdyż swe zapędy kompozycyjne Steinar Sverd Johnsen już od dawna kierował w tę stronę.
Black metal nie do końca jednak zniknął z dźwięków Arcturus. W numerze „Collapse Generation” Hellhammer rozpędza się, by razem z klawiszami i resztą stworzyć ciekawe black symfoniczne dzieło. Black metal powraca też w „Radical Cut” gdzie swojego głosu użyczał sam Ihshan z Emperor. To dobry utwór, ale odstaje od całości. Bardziej brzmi jak dokonania „Cesarza” niż jak Arcturus. Całość kończy utwór „For To End Yet Again”, ponad dziesięciominutowy kawałek w który na powrót odżywa atmosfera space opery. Tutaj możemy posłuchać pięknej gry na fortepianie, solówki, w której Sverd roztacza przed nami piękno swego dzieła.
„Fałszywe Lustra” to eksperymentalne granie. Granie nie dla każdego. Nawet ci najwytrawniejsi słuchacze mogą kręcić nosami, komentować - to już było. Czy mieliby racje? Nie mnie to oceniać... Sami poznajcie te dźwięki i sami odkryjcie ich wielkość. Ja mam już to za sobą...

Hanging Garden - Inherit The Eden


Co jakiś czas sięgam po album, który ma coś wspólnego z doom metalem. Kiedyś kochałem ten styl, ale nastał czas, kiedy na tej półce nie pojawiało się nic ciekawego. Przez długi okres wszystko było tylko kopią kopi kopi... Wtedy to porzuciłem ten styl, aby teraz do niego wrócić i nadrobić stracony czas.
Kolejnym w tym klimacie krążkiem, z którym przyszło mi się zaznajomić jest pierwsza płyta fińskiej grupy Hanging Garden o tytule - „Inherit the Eden”. Wyszła ona w 2007, a piszę o niej teraz, gdyż za kilkanaście dni pojawi się nam druga, a większość z was pewnie nie zna jeszcze pierwszej.
Niestety, to jedna z tych pozycji, gdzie konieczna jest znajomość tekstu. Bez tego, dźwięki te mogą wcale nie poruszyć. Wokal Ari Nieminena jest brutalny i głęboki, ale zarazem kompletnie niezrozumiany i przeciętny. Poza tym Ari również nie posiada „fantazji” do operowania nim. Przez to jest on niestety też nudny i lekko „bezpłciowy”.
Nie zrozumcie mnie źle, ale teksty też jakoś nie powodują, że padam na kolana. Są ciekawe i na pewno potrafią wkręcić słuchacza, lecz nie tworzą one żadnej konkretnej historii. Jednak połączenie tych dwóch w sumie mało pozytywnych aspektów czyni ten album ciekawym, przez klimat, jakie stworzyły.
Takie utwory jak „Shards of Life”, „Paper Doves” i „The Mourners Plain” są tutaj najciekawszymi momentami. Ich aranżacje są najlepsze, no i wokal Ari' ego najmniej tutaj mi przeszkadza. Posiadają one niesamowite klimaty, ale nie tylko. Ciężkie gitarowe riffy zbliżają się swoją konstrukcją do death metalu i to czyni ich ku mojej uciesze brutalnymi, w jakimś tam sensie. Ale także tutaj, jak i na całości wpływy gothicu i doomu są najwidoczniejsze. Najbardziej jednak z tej trójki przypadł mi do gustu „The Mourners Plain”. Żaden z niego majstersztyk, ale to dobre granie.
Dziś zastanawiam się, czy zrobiłem dobrze, że wróciłem do tego stylu. Bo nic się nie zmieniło od czasu, kiedy przestałem go słuchać ... Ludziska dalej kopiują siebie nawzajem, rzadko kiedy wychodzi coś naprawdę godnego uwagi. Ale chyba nie można się poddawać, może kiedyś trafię na coś świetnego?

niedziela, 25 października 2009

Illusion – Illusion


Czasem lubię odpocząć trochę od metalu. Na chwile posłuchać innych dźwięków, choć niekiedy wcale daleko nie odchodzę. I takim małym skokiem w bok, niedalekim ciężkim brzmieniom był dla mnie ostatnio pierwszy album polskiego Illusion.
Przyznam się od razu, że ominąłem go szerokim łukiem, w przeszłości jakoś nie miałem na niego ochoty, choć poznałem inne. Teraz, kiedy w końcu się za niego zabrałem, wcale nie żałuję, że tak myślałem ... Nie zrozumcie mnie źle, to kawał dobrej muzy, ale nie ma w niej nic nowego. Wszystko gdzieś już było i nie da się ukryć, że Lipa i reszta ściągają garściami z grania amerykańskiego, kopiując ile wlezie – choć muszę twierdzić, ze całkiem umiejętnie. Szczególnie słychać to w kawałkach anglojęzycznych, takich jak balladka „Words”, „Again”, czy też w tytułowym „Illusion”. Kawałki te niestety najmniej przypadły mi do gustu.
Myślę, że dość istotnym faktem jest to, że za późno sie za niego zabrałem tj., że chyba jestem już za stary na taką muzę. Przesłanie tej płyty jest skierowane do młodych gniewnych, tekstowo i muzycznie. Do ludzi młodych początku lat 90-tych, kiedy to powstał ten album.
Ma on jednak mocne strony. Numer „Kły” spodobał mi się od razu. Mocny, agresywny i konkretny. Tak samo jak „Ruszy Las”, atakujący nas zadziornym riffem, prostym ale mocnym rytmem. Choć miejscami jest nieco przebojowy, to można mu to wybaczyć. Również i „Cierń” ma coś w sobie – jest to balladka z genialną aranżacją. Już widzę, jak setki gardeł śpiewa ten numer na koncercie. Po to został on pewnie stworzony.
Kompletnie jednak nie rozumiem ostatniego utworu. „Sarkafarka”, który według mnie jest tutaj całkiem zbędny. Pewnie twórcom wydawał się on niezłym żartem, jajcarstwem, ale szczerze, to jest on po prostu żałosny.
Niestety muszę przyznać, że ich późniejsze nagrania były dużo lepsze. Jedynka, choć słuchalna, raczej nie porywa, a jak już, to nieznacznie. No i niepotrzebnie jest w niej tyle wolnych kawałków. Mogłaby być mocniejsza, wtedy pewnie byłaby lepsza.

środa, 21 października 2009

Darkspace - Dark space III


Najczarniejszy. Ekstremalny. Szybki. Z dozą mrocznego klimatu. Atakujący niespodziewanie. Trzymający w uścisku przez ponad godzinę. Taki to jest trzeci album formacji Darkspace. Pochodzą oni (a jest ich troje) ze Szwajcarii. Tam to w 1999 roku ożywili dźwięki mrocznego wszechświata. Dlaczego wszechświata? A to dlatego, że ich inspiracją jest właśnie Kosmos.
Niezbadany. Nieskończony. Czarniejszy od wszystkiego innego. Tajemniczy do granic poznania. Atmosferę tego wszystkiego znajdziecie na „Dark Space III”, gdyż Wroth, Zorgh i Zhaaral postawili sobie za zadanie przygniecenie nas tym mrocznym majestatem i nie da się od tego uciec. Lecz najpierw trzeba się przebić. Przez brzmienie, które pozostawia wiele do życzenia. Ściana gitar, wokale (każdy z trójki się wydziera) są pochowane gdzieś w tło i mogę się założyć, że prawdopodobnie nie istnieją żadne teksty. To po prostu krzyki. Szaleńcze, płynące z wnętrza człowieka krzyki. Do tego automat perkusyjny, miażdżący na zwariowanych szybkościach... przez cały czas.
Zastanawiam się, czy jest sens opisywania poszczególnych kawałków? Wszystkie są tu prawie takie same. Prawie, gdyż trochę się różnią. Przede wszystkim klawisze są inne, inne klimaty choć na jeden temat oczywiście. Gdzieniegdzie są też zwolnienia, gdzie gitarki wgniatają nas mięsistymi riffami. Zwolnienia te są moimi ulubionymi fragmentami z tego krążka. Nadają całości pewnej wyrazistości i na chwile lekko rozluźniają ucisk.
Jestem pewien, że wielu z was nie dotrwa do końca tego albumu. Jest on dla tych, co szukają ekstremum czarnego jak diabli. Poza tym może nudzić najwytrwalszych, żywiołowych słuchaczy. Więc jeżeli ktoś z was nie czuje swej ciemności, niech się za niego nie zabiera - nie ma szans na zrozumienie.

Amorphis - Tales From The Thousand Lakes


Lata minęły od naszego ostatniego spotkania. Jakoś nie tęskniłem za ta płytą, gdyż nigdy nie darzyliśmy się jakimkolwiek uczuciem. Lata minęły i zapragnąłem wrócić, posłuchać jej, może po raz ostatni. Ale raczej tak się nie stanie...
Od samego początku zostałem zahipnotyzowany przez dźwięki dalekiej północy. To, co Amorphis uczynili na swoim drugim albumie „Tales From the Thousand Lakes” jest jedyne w swoim rodzaju (wielu próbowało tak zagrać, ale nigdy nikomu już to tak dobrze nie wyszło).
Dopiero teraz dostrzegłem jej piękno. Klimat ten nigdy nie został powtórzony. Nawet Amorphis już tego nie dokonał ponownie, gdyż ich wzrok skierował się na inne muzyczne horyzonty, choć nie przeczę, ku mojej uciesze.
To dopiero ich druga pełnogrająca odsłona, a już zaczęli eksperymentować. Tutaj pierwszy raz klawisze zostały użyte od początku do końca, na całym albumie. Także pierwszy raz na „Tales... możemy usłyszeć czyste wokalizy. Ciekawostką tej płyty jest ich inspiracja do jej napisania. A jest nią Kalevala, epicki poemat składający się z legend i pieśni ludowych terenów Finlandii. Dzięki temu znajdziemy tu atmosferę baśni, obleczoną w wielkie czyny jej bohaterów.
Takich utworów jak „The Castaway”, „In the Beginning” czy też oczywiście „Black Winter Day” raczej się nie zapomina. Przyciągają swą agresywnością, ale też i atmosferą. Klawisze i magiczne dźwięki syntezatora Mogga, które brzmią niesamowicie, oczarowują słuchacza. Co prawda z lekkim tęsknieniem spoglądam na półkę gdzie, gdzieś jest ich pierwsza płyta, ale nie żałuje ani chwili spędzonymi z „Opowieściami”. Brak mi tu trochę więcej mięsa, ale to nie jest tak ważne. Na otarcie łez Amorphis serwują „Magic and Mayhem”, gdzie gitarowe riffy swoim ciężarem przygniotą niejednego. To najbrutalniejszy kawałek na płycie, ale też jest on najbardziej … skoczny. Mniej więcej od połowy zamienia się on w dziarską, prawie że biesiadną death/dommową sielankę.
Amorphis spisał się na medal swymi „Pieśniami”, mogę się założyć, omamiły niejedną duszę i pewnie nie raz się to jeszcze powtórzy.

poniedziałek, 19 października 2009

Neurosis - The Eye of Every Storm


Od pierwszych minut „Burn“ bierze mnie w swoje władanie. Jakoś nie potrafię się oprzeć, choć nie wiem, co sprawiło, że tak się czuję? Czyżby to szaleństwo? Magnetyzm jest niezaprzeczalny.
Muszę się przyznać, że za pierwszym razem wyrzuciłem tę płytę, nie rozumiałem tych dźwięków. Teraz, choć nadal nie jesteśmy przyjaciółmi, to zaczynamy nadawać podobnie.
Przesłuchując kolejne utwory, wydaje mi się, że Neurosis wpadło w jakąś dziwną dziurę i każdy dźwięk tego albumu jest odzwierciedlaniem tego stanu emocjonalnego. Przechodzi to na słuchacza, przykleja się jak dziwna maź. Aż niekiedy myślę, czy to zaczyna mi się podobać, czy zaczynam się poddawać urokowi?
Tak to właśnie się czuję słuchając numeru tytułowego, czyli „The Eye of Every Storm”. Jest niespodziewany - zmiany klimatu w nim są ostre niczym brzytwa, transowe. Szczególnie bardzo hipnotyczna jest wstawka, gdzie Scott Kelly ryczy - „Oath Breaker Sinks Low”!!! W tym jest to coś, czego brakuje całości.
Dalej niestety nie jest już tak ładnie...„Left To Wander” ma już tego niewiele, bardziej smęci, nudzi, dłuży się... Brak w nim agresji, całej płycie tego brak. Ale ciągle słuchając nawet tego myślę sobie: a co jeśli się mylę, a to jest genialne?
Pewne jest również i to, że im dalej, tym jest ciekawiej, ale niestety środek jest słaby. Kulminacją tej płyty są dwa kawałki - „Bridges”, który potrafi być jak walec, raz umierający, raz uśmiercający nas, oraz „I Can See You”. To pierwszy numer Neurosis jaki usłyszałem, więc mam do niego pewien sentyment. Atmosfera gitary i wiolonczeli jest specyficzna, a to, co udało się uzyskać Neurosis, tutaj jest niesamowite. Również Kelly zrobił tutaj fenomenalna robotę swym krzykośpiewem - „I can see you!!!”
Dziwny klimat ma ta płyta. Ciężki do strawienia. Ale jak najbardziej unikatowy. Po prostu częstotliwość jej nadawania jest niesamowicie skrajna. To sprawia, że krainy jej świata są prawie niezamieszkałe... ale chyba coraz częściej będę je odwiedzać.

czwartek, 15 października 2009

Before The Dawn - Soundscape Of Silence


Po raz kolejny zmierzyłem się z zespołem Before The Dawn. Ich poprzednia płyta „Deadlight” podobała mi się, więc pomyślałem, czemu nie? Ich następny, ostatni jak do tej pory album „Soundscape Of Silence” wyszedł w 2008 roku pod koniec października, więc za niedługo będzie miał już rok.
I co otrzymałem, gdy usłyszałem jego dźwięki? Nic...no może prawie nic, aż do trzeciego kawałka, czyli „Silence”. Ale i tam nic szczególnego w sumie na ma. Ot, ciekawa linia basu, zgrana z konkretną, ciężką gitarką.
Tam też dopiero spodobał mi się znów wokal Larsa Eikinda. Nawiasem mówiąc, to jego wokale są tu niewspółmiernie gorsze od wcześniejszych jego wyczynów w Before The Dawn. Nie wiem, co się stało, ale jest gorzej niż było, więc ktoś zawalił.
Ale jak wszędzie, tak i tu znalazł się ciekawy utwór. Dla mnie jest nim „Monsters”. Dobry tekst, ciężkie riffy, akustyczna gitara połączone z czystym wokalem sprawiają, że jest depresyjnie, romantycznie... Choć jednak nie tak świetnie, jak mogłoby być.
Nadal w sumie jest to ta sama muza, co na „Deadlight”, tylko nieco w gorszym wydaniu. Brak jej przebojowości, bez czego według mnie styl ich gry jest po prostu do kitu. Czemu? Gdyż jest mnóstwo takich bandów w Skandynawii i Materiał z tego krazka ledwo co wydostaje się na powierzchnie.
Kicz przemawia od „Soundscape Of Silence” na odległość. Przepełniona jest ona muzyką dla młodych gniewnych i czarnych panienek. Dla słuchaczy już wytrawnych to tylko ciekawostka i to na krótko.

wtorek, 13 października 2009

Helheim - Blod & Ild


To moje pierwsze zetknięcie się z tym zespołem. Słyszałem o nich wiele, ale wyszło tak, że nigdy do nich nie dotarłem. W końcu doszedłem do wniosku, że czas nastał, by poznać coś z ich dyskografii. Mój typ padł na ich trzeci album pt. „Blod & Ild”.
Spodziewałem się uderzenia na wzór Windir, albo wczesnego Enslaved, ale nie... Za to dostałem stonowany, oczywiście do granic przyzwoitości, viking black metal z domieszką ciekawych aranżacji na klawisze, choć szczerze mówiąc blacku to w tym nie jest za dużo, niektóre riffy jakoś dziwnie przypominają mi heavy metalowe patenty.
Wszystko jest tu oparte na klimacie, atmosferze północy. Słychać to już od pierwszego, tytułowego numeru. Klawisze, choć w tle, przewodzą muzyce, przez to jest ona bardziej epicka, patetyczna, momentami zadumana...
I tak na przykład pierwsze półtorej minuty utworu „Evig” to opowieść pełna jesiennej atmosfery, bliskości lasu, gór... lecz zmienia się to w ostrą jazdę, gdzie perkusja przejmuje stery. Ale to tylko na krótko, bo jak napisałem wyżej, na „Krwi i Ogniu” liczy się klimat.
Najbardziej zaskoczyła mnie tu jedna kompozycja, a mianowicie „Helheim (Part II)”. Ten instrumentalny kawałek to symfoniczno-industrialowa otchłań zaklęta w dźwięki prosto z norweskiego piekła. Nie kończy się jednak ten mróz i zimno, przechodzą dalej w „Jernskogen” najbardziej wyrazisty numer na całym krążku. W nim też na początku słychać echa poprzedniego kawałka, uderzania młota o kowadło.
Ciekawymi są również „Åsgårdsreien” (ten przesiąknięty heavy klimatami, oczywiście na modłę Helheim), „Kjenn Din Fiende” (szybki, wściekły, ale też i lekko marszowy) i „Terrorveldet” - najdłuższy na płycie. Ten jako pierwszy mnie oczarował, ostrymi riffami na początku, agresywnymi, nie szybkimi, które z czasem ustępują północo-zimnym krainom, pełnym opowieści wędrowców, samotników... Przedstawiają oni wizje mężnych wojowników, zmierzających ku granicom swego życia, po to, by odnaleźć tylko jedno – Śmierć!!!
Niestety czar roztaczający Helheim pryska zbyt szybko. Po 40 minutach odchodzimy od tej muzyki, bo choć dobra, to nie zapada się mocno w pamięć. Ot, ciekawa przygoda, nic więcej...

poniedziałek, 12 października 2009

Burst - Lazarus Bird


W tym roku już drugi raz zostałem rzucony na podłogę. Cholera, w tych dziwnych czasach coraz rzadziej się to zdarza, dlatego trzeba sięgać zarówno do nowych, jak i do starych nagrań. Dziś podniecam się czymś stosunkowo nowym.
Burst, bo o nich mowa pochodzą ze Szwecji. Ich ostatni album „Lazarus Bird” wyszedł w 2008 roku, a muzyka w nim zawarta to coś na kształt progresywnego metalcoru. Tak, nie mylę się, oni właśnie coś takiego grają. I muszę rzec – robią to w niesamowity sposób!
Na wstępie myślę, że powinienem coś wyznać – nienawidzę metalcoru i innych tego typu wybryków. I dlatego początkowo ta mieszanka stylów nie przypadła mi do gustu, ale intuicja podpowiadała mi – to jest coś dobrego. I miała rację :P
Dobrym tego przykładem jest kawałek „I Hold Vertigo” - ostatni, który mnie oczarował. Jest on niesamowicie pokręcony, muzycznie i mentalnie – to totalny odjazd. Nigdy nie słuchałem czegoś takiego. A następny „I Exterminate the I”? Już od samego początku atakuje mnie swoim riffem, wszlifuje się bez znieczulenia. Ciągłe zmiany tempa, atmosfery i dwa wokale - jeden typowo corowy, drugi to naturalny śpiew.
Agresja połączona z żeglowaniem przez bezkresny ocean spokoju - takim jest kolejny „We Are Dust”. Ten wziął mnie we władanie jako pierwszy. A później poszły kolejne. „Momentum”, „Cripple God”, „(We Watched) The Silver Rain”, a szczególnie ten ostatni, wielkie dzieło, żeby nie powiedzieć arcydzieło.
Nawet „Nineteenhundred”, który do mnie najmniej przemawia jest niesamowity. Takich aranżacji ciężko szukać w świadku metalowym, bo choć one istnieją, to trzeba się dużo na grzebać, by trafić na coś naprawdę godnego uwagi. Burst jest czymś szczególnym. Nie da się obok tego przejść obojętnie. Ta muzyka albo nami zawładnie, albo będziemy jej nienawidzić, przez niezrozumienie jej wizji.
Album ten kończy się utworem „City Cloaked”, który jest kosmicznym odlotem. Gdzieś, gdzie wnętrze, robi się zewnętrzem. Tam, gdzie wielość jest jednością, tam... gdzie nastaje doskonały spokój... Piękne...

piątek, 9 października 2009

Clotted Symmetric Sexual Organ - Grind Rock For Lovers


Pewnie przeraźliwa większość z was patrząca na nazwę tego zespołu będzie zaciekawiona, co to takiego? I właśnie po to napisałem tą recenzję, by przybliżyć wam pewną część historii tego bandu.
Clotted Symmetric Sexual Organ to japońska grind-corowa grupa. Demo, które właśnie recenzuje ma nazwę „Grind Rock For Lovers”. Siedem kompozycji z tego wydawnictwa zamknęło się w lekko ponad 30 minutach. Długo jak na grind-core, co nie? A to dlatego, że to niezwykłe tego typu łojenie, jest to eksperymentalne granie, gdzie grind jest tylko centrum wszystkiego.
By być dociekliwym, grindem na tym demie jest tylko jeden kawałek. „893k” – półtoraminutowa szybka jazda. Szybka i skuteczna, choć pojechana. Cała reszta to zupełnie co innego. Numery „Diversion”, „Worst” to mieszanka różnego rodzaju rocka z ostrym, ciężkim, psychodelicznym, chaotycznym graniem. Kolejne dwa jednak to już kompletna historia…. Są nimi „Dogma - Mental Rape – Ureinashi-Madoinashi” (to w rzeczywistości trzy songi połączone w jeden) i „Living Dead A Go Go” to koncertowe wersje ich przeszłych kompozycji. Tutaj chyba najbardziej możemy poznać chore mózgi C.S.S.O. Ogólnie to jakość tych dwóch pozostawia wiele do życzenia Reszta jest mniej więcej w podobnych klimatach z wyjątkiem Intra. Użyje słów z wkładki: „taken from folk music without permission”, to chyba mówi wszystko?
To dzieło, jak i cała muzyka C.S.S.O., są dla wytrwałych, poszukujących szaleństwa, wytrawnych słuchaczy, ale chyba nie tylko ? Wydaje mi się że przy rozpiętości stylowej tego wydawnictwa, każdy może po to sięgnąć.

Baltak - Makedonski Boj


Zespół śpiewający po macedońsku z Australii. Taki to dziwny twór o nazwie Baltak uchował się na tym kontynencie. Głównym twórcą tego projektu jest Gorgoroth, który samotnie nagrał wcześniejsze trzy płyty. Dopiero na recenzowanej „Makedonski Boj” dołączył do niego Lord of Aeveron, który zabrał się za perkusję.
Ich czwarte, wspólne dziecko to dziewięć numerów utrzymujących się mniej więcej w klimacie black metalu. Lecz nie jest to typowy współczesny black metal, to raczej mieszanka thrashu i blacku z ich początków, jakby specjalne cofnięcie się w tamte klimaty miało sprawić, by były one nadal obecne. Tego już dawno nie ma i wszystkie bandy grające w ten sposób wchodzą w regresję, zamiast pruć do przodu.
Ale o płycie... Słabe brzmienie, tak samo jak wokal. Język sprawia w dodatku efekt śmieszności, gdyż macedoński w połączeniu z wokalem Gorgorotha jest co najmniej zabawny.
Osobiście daję rade przesłuchać tylko pierwszy i jednocześnie tytułowy kawałek tego krążka, dalej robię to tylko w nadziei, że znajdę coś w tej muzyce, albo dlatego, że chcę wkurzyć swoją dziewczynę ;P
Numery takie jak: „We The Macedonians” (który jest okazem kawałka śpiewanego po angielsku, lecz to nie zmienia mojego zdania na temat wokalu), „Svetot Gori” czy też „Filip Od Makedon”. Mają w sobie coś ciekawego, oczywiście jak na tak prymitywne wykonanie.
Z tych wymienionych przeze mnie powodów jest to słaba płyta, choć pewnie znajdą się amatorzy tego grania i podziwiam ich za to, naprawdę! Ja jednak nie polecę tego krążka nikomu, po prostu szkoda na niego czasu.

A Tribute to Cradle of Filth - Covered In Filth


„Cradle of Filth” - ta nazwa w dzisiejszych czasach mówi już wszystko. To przecież jedna z mega gwiazd sceny metalowej. Czy to źle, czy dobrze? Nie mnie oceniać. Ważniejsze w tej chwili jest coś innego, a mianowicie płyta w postaci oddanego im hołdu. Zespoły w nim grające zebrała Dead-Line Music's, a całości nadała piękny tytuł - „Covered In Filth” i wszystko było by świetnie gdyby nie to, że to słaby krążek.
No niestety, minusów jest tu dużo. Czemu tak myślę... Po pierwsze, trzynaście kapel, które uczestniczą w złożeniu czci „Kredkom” są mi kompletnie nieznane. Nie wiem, może nie jestem takim wytrawnym słuchaczem jak niektórzy, ale dla mnie jest to kompletna nowość, oczywiście tylko w kwestii doboru zespołów.
Drugim minusem, nie wiem, ale chyba łączącym się z pierwszym, jest słabość wykonania tych coverów. Większość odegranych kawałków jest słaba, reszta tylko średnia. Nic tu nie doprowadza do ekstazy. I chyba więcej minusów nie trzeba już dodawać:)
Kończąc z minusami... Plusem, jest początek, który otwiera grupa Wehrwolfe z utworem „The Principle Of Evil Made Flesh”. Song ten jest zagrany poprawnie, nic więcej... Kolejnym ciekawym punktem tego albumu jest „Cthulhu Dawn” w wykonaniu bandu o nazwie Chronzon. Tu jest o wiele lepiej, można rzec, że jest tu nieco więcej, niż tylko zagranie utworu innego zespołu. Panowie z Chronzon dodali temu, świetnemu w oryginale numerowi, nowe oblicze, a mianowicie death metalowe. Ale to nie wszystko, gdyż zmienili również zakończenie, dodając kilkudziesięciu sekundową wstawkę zagraną wyłącznie na fortepianie. Ciekawą jest też kompozycja „Dance Macabre” grupy Kekal. Kawałek ten jest kompletnie zmieniony, prawie że nie do poznania. Ja nawet poszedłbym dalej, twierdząc, że to całkiem inny utwór. Tylko nazywa się tak samo. Ogólnie jest dobry, ale to nie cover.
Tribut ten nie jest niczym szczególnym w świecie tego typu wydawnictw. Szczerze to zastanawiam się, dlaczego w ogóle powstał ? Dziwi mnie jeszcze jedno, a mianowicie, czemu nie gra tu ktoś znany? Przecież Cradle Of Filtr to znany każdemu słuchaczowi mocnego brzmienia band, a ich numery nagrały kapele, o których mało kto słyszał? Dziwne...

Abruptum - In Umbra Malitiae Ambulabo, In Aeternum In Triumpho Tenebraum


Wizje... Bywają tak różne, jak różni są ludzie na tym świecie. Muzyka to najlepsza forma odwzorowania tych wyobrażeń. Dzięki niej każdy z nas może poznać choć cześć drugiego człowieka. Jakie intencje mieli panowie z Abruptum w swoim drugim albumie o tytule „In Umbra Malitiae Ambulabo, In Aeternum In Triumpho Tenebraum”? To ciężkie pytanie, ale spróbuję na nie odpowiedzieć, choć częściowo.
Utwór ten, gdyż na płycie jest tylko jeden, to ponad godzina muzyki. Black metalu w alternatywnej, jeszcze ciemniejszej odmianie niż to zwykle bywa. Abruptum to audio esencja czystego, czarnego zła. Tak określali ich twórczość fani, jak i sami autorzy tych mrocznych dźwięków. A ściślej „In Umbra...” to gmatwanina black metalowych klimatów, dark ambientowych wizji i rożnego rodzaju hałasów, bezsensownych krzyków, a inspiracją do tego wszystkiego, jak to zwykle w takich przypadkach bywa, był „satan”. Nie będę dalej komentował ich motywów, po prostu zostawię je takie, jakimi są.
Pewnie każdy z was coś tam słyszał o ich twórczości, ale ilu z was tak naprawdę trawi ich muzykę? Ja miałem trudności, aby choć raz dotrwać do końca tego albumu i nie potrafię sobie nawet wyobrazić, jak ktoś może tego namiętnie słuchać.
Niestety, poza „bardzo złą” otoczką, album ten to nic więcej jak tylko „czarna” ciekawostka, ot mały skok w bok, by posłuchać innych, trochę bardziej wolnych black dźwięków, można by nawet rzec - awangardowych. Ale po co to robić? Przecież to kompletna strata czasu. Czasu, który tak nam ograniczony, marnotrawiony jest na taki chłam.
Nie zaprzeczę, jest w tym szaleństwo, jest też black, ale pomimo tego, jest to cholernie niezrozumiałe i nudne. Pewnie tylko zainteresowani i spaczeni do granic możliwości ludzie wiedzą, o co w tym wszystkim chodziło i po co albumy, takie jak ten, zostały nagrane

poniedziałek, 5 października 2009

Before The Dawn – Deadlight


„Martwe Światło” - zaczyna się spokojnie, by po chwili uderzyć w nas między oczy mocnym, ciężkim riffem. Tak to sobie wyobraził Tuomas Saukkonen, założyciel, frontman i główny kompozytor tegoż zespołu. Jakiego? Pewnie się zastanawiacie. Jego zespołem jest Before The Dawn, a „Deadlight” to czwarta z kolei płyta, która wychodzi spod rąk Tuomasa.
Zdarzało mu się, że całość materiału musiał nagrywać solo, grając na wszystkich instrumentach, jednak tutaj nie jest on sam, ma kogoś do pomocy. I mogę rzec, że jest to persona bardzo ciekawa, gdyż mowa o wokaliście Winds, który kiedyś pogrywał w Khold. Tak, to Lars Eikind we własnej osobie, objął w tym bandzie bas i drugi czysty wokal. Dopełnieniem składu Before jest niejaki Juho Räihä, pracujący na wiośle.
Muzyka Before The Dawn to mniej więcej melodic/death metal, z elementami gothicu. Ale to luźne opisanie dźwięków wydobywających się z tej płyty. To, co nas atakuje z jej wnętrza to podniosłość zaklęta w melodię. To oko cyklonu, niezmierzonej siły, gdzie oprócz agresji, panuje spokój. Pierwszym numerem, gdzie Lars Eikind oczarowywuje mnie swoim wokalem, jest „Faithless”. Ale jest to lekkie zauroczenie. Dopiero w późniejszych utworach zaczarował mnie nieco bardziej. Niestety, kawałek ten trwa trochę nieco ponad trzy minuty, a to strasznie krótko, a jest ich tu jeszcze parę. To jeden z minusów tej płyty. Drugim jest jej długość, która zamyka się w niecałych czterdziestu minutach, a to też mało. Człowiek zaczyna co dopiero się wsłuchiwać, a tu juz nieoczekiwanie wszystko się kończy.
Poza tymi dwom minusami, jest to naprawdę znośna płyta. Choć nie jestem miłośnikiem muzyki, która posiada przedrostek melodic, to dźwięki „Deadlight” przypadły mi do gustu. Najbardziej lubię ją dzięki wokalizom, wyżej dałem temu wyraz. Pewnie gdyby nie wyczyny Larsa, przejrzyste, zapadające w pamięć, to nie zwróciłbym uwagi na ten materiał. A tak „Mournig Sun” i „Deadsong” odcisnęły na mnie swe piętno.
Jeżeli wy, poszukiwacze rożnych dziwnych dźwięków lubicie Dark Tranquility, Katatonię, In Flames, to powinniście także polubić Before The Dawn. Można usłyszeć w nim style całej tej trójki, plus pewnie coś innego, ale niestety to nie czyni tego krążka nowatorskim. W sumie w melodic metalu, teraz to rzadko się zdarza.

poniedziałek, 28 września 2009

Gorefest – Erase


Nigdy nie byłem fanem Gorefest, ale że poszukuję nowych brzmień, nowych muzycznych osobliwości, zawędrowałem do niektórych z ich wydawnictw. Jednym z tychże był album „Erase”. To pierwszy krążek, kiedy to kwartet z Holandii zaczął mieszać trochę style, by wyszło coś, co zwie się death'n'roll.
Był to 1994 rok. Wtedy ukazał się tenże trzeci z kolei krążek. Osiem numerów na nim zamieszczonych przekracza lekko 40 minut muzyki. Czy ten czas był czasem straconym? W przeważającej części – tak! Oczywiście słychać tu echa ich wcześniejszych płyt. Ciężkie, wolne riffy, brutalne wokalizy Jan-Chris De Koeijera, czyli to, co było zawsze. Oprócz tego, są tu jeszcze lekko rockowe solówki, a konstrukcje niektórych zagrywek, to heavy metal. I tak wszystko, niestety, jest tu średnie.
Może takie połączenia mogłyby i być dobre, ale niestety Gorefest nie zdołał opanować tego na tyle dobrze. Mimo tego, że są tu i ciekawe kawałki, to wszystko tylko lekko przykuwa uwagę. Tytułowy „Erase” szczególnie przez refren, silny i agresywny. „Fear” też może się podobać, głównie przez to samo, co poprzednik, poza tym jest to taka sama konstrukcja muzyczna, więc wtórność zakrada się wolnymi, lecz stanowczymi krokami. Czy grają szybko, czy też wolno, nie łapia ani za serce, ani za tyłek. Brak w tym jakiejś iskierki geniuszu. Brak w tym polotu. Brak, chyba wszystkiego...
Nic dziwnego, że tak naprawdę Gorefest nigdy nie zrobił wielkiej kariery w metalowym światku, gdyż to, co tworzyli, robili ciągle tak samo. Ciągle grali mniej więcej te same numery, z innymi riffami, tekstem, itp.
Tak szczerze, jeżeli szukacie dobrego death metalu w wydaniu europejskim, to z Gorfest możecie się za kumplować tylko na chwile, by zobaczyć, jak grało się na początku lat 90-tych w Holandii. Jezeli zaś szukacie czegoś naprawdę dobrego, to porzucicie ich szybko, na rzecz bardziej ciekawych kapel.

Astarte Syriaca - Darkened Light


Pojawia się coraz więcej zespołów, które mają ochotę, a przede wszystkim predyspozycje, by grać progresywnie. Niestety, oprócz tych dwóch wspomnianych rzeczy potrzebne jest coś jeszcze, jakaś iskierka geniuszu, coś, co sprawia, że muzyka pochłania słuchacza bez końca.
Jednym z takich bandów jest niedawno powstały Astarte Syriaca. To włosi, którzy zamarzyli sobie zrobić karierę w metalowo progresywnej muzie. I tak dzięki tym staraniom wyszedł na świat ich pierwszy album pod tytułem „Darkened Light”. Stało się to niecały rok temu, więc materiał ten jest stosunkowo świeży, a zawartość...
Jeżeli lubicie takie zespoły jak Dream Theater, Andromeda, Symphony X to to jest coś dla was. Niestety, nie spodziewajcie się jednak jakiegoś powiewu świeżości. To, co zaprezentował nam Astarte Syriaca na „Mrocznym Świetle” jest niczym odkrywczym, a nawet posunę się do stwierdzenia, że progresja w ich wykonaniu jest niesamowicie wtórna.
Patenty skądinąd skopiowane, choć trzeba przyznać, że w doskonały sposób, gdyż umiejętności to im nie brak, szczególnie gitarzystom i klawiszowcowi. W takich numerach jak „Dreaming” czy też „Sole Ombre” pokazują, na co ich stać długimi, pełnymi pejzaży solówkami. Ale przecież nie sięga się po muzykę tylko po to, by oglądać ładne widoczki, technika i perfekcjonizm to nie wszystko. Potrzebne jest jeszcze coś, co przyciąga, jakiś magnetyzm, a w tym albumie nie ma tego w ogóle.
Szczerze, to jak sięgałem po ten krążek, byłem jak najbardziej pozytywnie nastawiony, myśląc, że posłucham czegoś wyjątkowego. Niestety nie dałem rady przesłuchać całego materiału za pierwszym razem, gdyż odrzut od ich dźwięków był za duży jak na moje organy słuchowe.
To nie jest pierwszy włoski zespół, który stara się grać progresywnie, ale niestety, chyba ta nacja nie potrafi tego robić. Może ich dusze, oprócz odwzorowywania stylu innych, kompletnie są zamknięte na eksperymentowanie z nim. Rekomenduję zając się czymś inny, i wam słuchaczom ciężkich muzy i tym, którzy tą muzykę chcą tworzyć.

poniedziałek, 21 września 2009

Ulver - Nattens Madrigal - Aatte Hymne til Ulven i Manden


Ulver – jeden z mniej znanych, jednocześnie jeden z najbardziej eksperymentujących zespołów na scenie norweskiej. Poczatki ich były czarne... Pierwszy album black folk, drugi melancholijno akustyczny folk, a trzeci ... nazywa się „Nattens Madrigal - Aatte Hymne til Ulven i Manden” i stylowo jest to czysty raw black metal. Jej zawartość to osiem hymnów, wściekłych kompozycji from the north.
Już na samym początku muszę stwierdzić, że to najsłabsze dziecko tej grupy. Nie dlatego, że członkowie „Wilków” sięgnęli do najbardziej prymitywnego black grania, ale głównie dlatego, że brzmienie całości płyty jest po prostu do bani. I nie chcę słyszeć o legendach, że to album nagrany w norweskim lesie. Ani innych bzdur, że bardziej true po prostu być się nie da. Żadne takie wyssane z palca nonsensy nie będą w tym momencie na mnie działać.
Wiem, co słyszę... A są to głównie bzykające gitary i kartonowa perkusja. Może kiedyś, kiedy black metal był dla mnie wszystkim, powiedziałbym, że dźwięki te powaliły mnie, a członkowie Ulver to geniusze, ale nie dziś... Dziś kiedy rozwinąłem swoje muzyczne horyzonty, mówię wam krótko i zwięźle – to jest jakiś żart.
Wszystko zlewa się w jedno - siarczystoczarną papkę!!! Wokal, pomimo tego jest nawet całkiem słyszalny, niekiedy można nawet rozróżnić co niektóre norweskie słowa. A jak się naprawdę wsłucha to można nawet usłyszeć bas. Wracając do krzyków, to są to pierwsze wyczyny Garma, które kompletnie nie przypadły mi do gustu. Już na pewno nie po tym, co usłyszałem na „Kveldssanger”, kiedy to zaczarował mnie jego czysty śpiew.
Kiedy pierwszy raz usłyszałem „Hymny...”, to znałem już całą (prawie) dyskografię Ulverów. Została mi tylko trzecie płyta. I pewnie też dlatego, za nic w świecie album ten nie zrobi na mnie wrażenia. Gdyż słabe to wszystko jest, nawet ja na black metal. W tamtych czasach, a był to 1997 rok, epoka takiego grania dobiegała swego zmierzchu. Nie było to już takie popularne, jak wcześniej, no chyba że w podziemiu, tak jak dziś.
Nawet gdybym chciał, to żadne z ośmiu kompozycji nie odznacza się czymś bardziej oryginalnym niż reszta. Każdy z nich jest totalnym chaosem, jednocześnie wszystkie przez to są do siebie podobne. Przez to całośc jest cholernie nudna.
Po kilkunastu przesłuchaniach tego albumu dochodzę do wniosku, że nie da się tego tak naprawdę polubić. Choć może, gdyby to brzmienie byłoby lepsze, to dałoby się coś z tego wyciągnąć, ale co do tego pewności nie mam i dlatego nie polecam tego krążka, zaś wszystkie inne, które Ulver nagrał, tak!!!. Warto!!! „Nattens Madrigal” - niekoniecznie.

niedziela, 20 września 2009

Helium Vola - Helium Vola


Choć nigdy nie byłem wielkim fanem brzmień elektro/neoklasycznych, to to, co reprezentuje sobą Helium Vola nawet przypadło mi do gustu. Ernst Horn, założyciel tego projektu, może być wam znany z takich zespołów jak Deine Lakaien i Qntal. Tak samo jak w tamtych, tak i tu rozpościera przed nami muzyczną przestrzeń tajemnicy i mistycznych dźwięków piękna. Był 2001 rok, kiedy wyszła pierwsza płyta Horna. Nosiła nazwę po prostu „Helium Vola” i tą teraz zrecenzuje.
Pewnie gdyby nie wstawki elektroniczne, to nie dałbym rady tego słuchać, gdyż sam neoclassical nie do końca mnie przekonuje. Za to darkwave tak i cieszę się, że właśnie w tym kierunku Helium Vola skupiła swe spojrzenie. Już w trzecim numerze, muzyka ta mnie zaciekawiła.
„Omnis Mundi Creatura” zaatakował mnie hipnotycznym beatem i klasycznym, sopranowym wokalem. Te dwa odmienne od siebie światy razem wzięte zaczarowały mnie, a kolejna opowiastka pt. „Begirlich in dem Hertzen min” utopiła mnie w przestrzeni opanowanej przez cudowne dźwięki.
Jak pewnie zauważyliście, język dwóch wspomnianych przeze mnie pieśni różni się, a to dlatego, że kompozycje na tym albumie śpiewane są po łacinie, średnioniemiecku i starofrancusku. A mamy ich tu aż czternaście.
„Gegen einen Teufel” – schizo-elektroniczne cacuszko. Wkręca się w głowę razem ze słowami wokalisty. Kolejny, „Fama Tuba”, to połączenie szybkiego operowego śpiewania z zawrotną nowoczesną jazdą, co sprawia takie same spustoszenia w naszej głowie, co poprzednik. Przez pierwszą połowę utworu cały czas jest szybko, ale od tego momentu numer gwałtownie zwalnia. Wtedy zamienia się w mroczny pociąg, rozpędzający się razem z głosami, które nakładają się na siebie nawzajem.
Uwielbiam ludzki głos, to najwspanialszy instrument. Na tej płycie możemy doświadczać niesamowitych wyczynów z nim związanych. To dzięki nim Helium Vola zabiera nas w krainy pełnych zielonych, wielkich lasów... Do krain naszych wyobraźni. Tak będzie na was działał „Les Habitants du Soleil” jak i jego kontynuator „Les Habitants du Soleil (Reprise)”, klasyczne numery mrocznej fali. Podobnym jest też „Selig”, lecz ten jest już naszpikowany, oprócz odgłosami lasu, syntezatorem, ale to nic nie zmienia, klimat nadal jest odczuwalny.
Dźwięki te znajdą upodobanie wśród szukających mrocznej muzy słuchaczy, ale także i tych, co rozmarzeni, samotnymi są na tym świecie. Ta muzyka stanie się dla nich przyjacielem, nie opuszczając ich do końca, jeżeli tylko pozwolą się jej zbliżyć dostatecznie blisko.

czwartek, 17 września 2009

Morbid Angel - Altars of Madness


Powroty do korzeni bywają zaskakujące. Niekiedy stara płyta podobająca się nam kiedyś, puszczona po latach zostaje odkryta na nowo. Innym razem coś podobające nam się tylko trochę, w przyszłości rozmontowuje naszą świadomość na kawałeczki, nie pozostawiając nam nic oprócz uwielbienia.
Tak stało się ze mną ostatnio, kiedy do mojego odtwarzacza zawędrował pierwszy album Morbid Angel - „Altars of Madness”. Zawsze szalałem przy tych dźwiękach, ale dopiero teraz, po wielu latach, zostałem powalony na ziemie. Cios zadany był wielostopniowo. Najpierw zostałem zdominowany przez prostotę i konsekwencje. Później przez energie i agresje. Wreszcie riffy i klimat dokończyły dzieła zniszczenia ...
Chyba nie muszę mówić o takich utworach jak „Immortal Rites”, „Chapel Of Ghouls” czy „Maze of Torment”. To takie klasyki death metalu, o których się po prostu nie mówi. To genialne arcydzieła gatunku. Jak i zresztą pozostałe, więc o czym tu pisać, skoro całość od początku do końca to po prostu mistrzostwo świata ???!!!
Zajmę się więc może historią. Kiedy „Altars...” wyszedł na światło dzienne, nigdy wcześniej nie został nagrany album death metalowy, który miałby taki klimat. To na niej pierwszy raz death metal został „połączony” z mrocznym black metalowym feelingiem, nie zmieniając oczywiście stylu. To tylko klimat – ciemny, owiany chłodem, patetyczny do granic szaleństwa, sprawił, że można to porównać z blackiem.
David Vincent, Pete Sandowal i oczywiście Trey Azagthoth – nieświęta trójca. Na „Altars of Madness” stworzyli dla nas pierwotne zło!!! Kiedy słucham tych dźwięków, tęsknię do deathu metalu, takiego, jaki był kiedyś. Teraz zostaje mi tylko wspominać, bo dzieł takich jak to już nigdy nie będzie.
Cholera, daję juz spokój, nie mam pojęcia o czym pisać, bo tego trzeba posłuchać. Oddać się bez końca otchłaniom – „Ia iak sakkakh iak sakkakth Ia shaxul Ia kingu ia cthulu ia azbul Ia azabua!!!” Czyste szaleństwo!!!

środa, 16 września 2009

Dagoba - Face The Colossus


Czy kiedykolwiek zostaliście ofiarami recenzji? Bo ja tak i niestety nie mówię tu tylko o tej jednej płycie, którą właśnie mam zamiar sam zrecenzować. Recenzja, która sprawiła, że to czytacie, zamieszczona była w jednym z większych choć młodych czasopism o mocnej muzyce. Autor tego tekstu recenzowany zespół porównał do wielkich zespołów z ciężkiej sceny. Były to Pantera, Machine Head i Fear Factory.
Ślinka poleciała mi od samego patrzenia na nazwy tych trzech. Niestety, ten ktoś był w wielkim błędzie. W „Face the Colossus”, ostatniej płycie Dagoby, wypuszczonej w 2008 roku, wcale nie słychać wspomnianej wyżej trójki.
Styl grający przez tą francuską grupę oscyluje między groove, nu a industrial metalem, choć osobiście nie zgodzę się co do industrialu – gdyż to określenie w ich przypadku jest lekką przesadą. Jeżeli wstawki klawiszowe i niektóre riffy miałyby go przypominać, to chyba ktoś tu nie wie, o czym pisze.
Gdy za pierwszym razem usłyszałem dźwięki „Abyssal” poczułem, że to może być ciekawa pozycja. Jednak niestety, im dalej, tym mniej podobało mi się to, co słyszałem. Większość kompozycji z tego krążka jest po prostu mieszanką metal coru, nu metalu i innych tego typu rzeczy. A wszystko to jest przesiąknięte amerykańskim graniem, skąd w sumie pochodzą owe style. I tak niefortunnie album ten trafił na zagorzałego przeciwnika tego typu grania. Ten nowoczesny styl ciężkiej muzyki nie przemawia do mnie, ale pomimo to męczyłem się, słuchając całości materiału z „Face...”. Nie wiem, dlaczego tak naprawdę nie cierpię takiego grania? Zastanawiałem się, czy to może melodyjne wokalizy, takie jak w „Back From Life”, „Somebody Died Tonight”, czy też może w „The World in Between”. Czy może chodzi tu o rytmy?
Pomimo całej mojej niechęci dostrzegłem w tym jednak coś ciekawego. Po pierwsze klawisze. To naprawdę wyczyn. Dzięki tym dźwiękom da się tego słuchać. Tworzą one piękne tło i lekko tajemniczy klimat. Drugą rzeczą są dwa krótkie instrumentalne numery. Wspomniany wcześniej „Abyssal” i „Transylvania”, ten drugi z lekkim zabarwieniem etnicznym.
Niestety to nie wystarczyło by napisać pozytywną recenzję o Dagobie, a szalę przechylił kawałek dziewiąty „Silence #3”. Myślałem, że zaraz włączę American Pie, zapale jointa i poudaje idiotę. To typowe, słodkawe prawie emo granie – ohydne na dłuższa metę. I jeszcze do tego brzmienie. Przecież to wcale nie jest ciężkie. Shawter (wokalista) i ekipa mogli się bardziej postarać.
Podsumowując .... mam nadzieje, że zarówno wam jak i mi nie będzie się często przytrafiał tego typu wypadek, bycia ofiarą recenzji.

Flotsam And Jetsam - Dreams Of Death


Przygotujcie się na podróż w głąb podświadomości, do przestrzeni gdzie powstają sny, a wszystko to w pięknej otoczce rasowego, amerykańskiego thrash metalu w wykonaniu Flotsam and Jetsam. Aż dziw bierze, że zespół, który jest już na scenie prawie trzy dekady, jest tak mało popularny w Polsce, bo kto ich zna? A to przecież w nim zaczynał swą muzyczną karierę Jason Newsted, o czym też mało kto wie.
Słucham sobie ich dziewiątego albumu i pisząc tą recenzję, jestem przyjemnie zaskoczony. Pomimo lat, Flotsam nadal posiadają pazur, nadal potrafią przywalić aż miło, choć jak to bywa ze wszystkimi tego typu bandami, także i oni zostali skażeni melodyjnością.
Te mocne uderzenie możemy szukać w numerach takich jak „Straight to Hell” czy „Parasychic, Paranoid”, oczywiście w chwilach, kiedy nie zwalniają. Ale też i zwolnienia mogą być ciekawe... Tak jak w numerze „Bleed”, balladce opisującej koszmary wokalisty Erica Knutsona. Cały krążek jest koncept albumem traktującym o koszmarach jakie ten osobnik przeżył w swoim życiu, więc trochę melodyjności nie zaszkodzi.
Zanurzając się w liryczna część „Dreams of Death” (tak to się nazywa ten album) możemy poznać samych siebie. Sny łączą nas wszystkich w sposób nierozerwalny, każdy z nas spadał we śnie, uciekał przed swoimi demonami, panicznie bał się czegoś... Jeżeli lepiej poznamy własne sny, lepiej poznamy siebie.
Taka lekko „senna” atmosfera wycieka z dźwięków jak dotąd ostatniego dzieła Flotsam and Jetsam, które wyszło w 2005 roku, a jedyne, co wam pozostało, to tylko zapoznanie się z jej zawartością, no chyba, że interesuje was tylko blastowa młócka, szybka i bezsensowna. Jeżeli tak, to nie ma sensu zaprzyjaźniać się z tą pozycją, będzie to tylko strata waszego czasu. Ale jeżeli interesuje was lekko zmodernizowany thrash XXI wieku w wykonaniu zespołu, który swoje już przeszedł, to to coś dla was.
Dajcie się ponieść, zamknijcie oczy, śnijcie o śmierci, demonach, łzach wylanych przez niekończące się bojaźnie, wszystkich tych pięknych rzeczach, bez których metal nie miałby prawa bytu. Zanurzcie się w „Marzeniach śmierci”

Peter Gabriel – Up


W eksploracji rocka ciężko ominąć taką personę jak Peter Gabriel. Pierwszy wokalista Genesis, przyczynił się do sukcesu tego zespołu. Później kariera solowa, miliony sprzedanych płyt itd. Lecz lata lecą, Gabriel to już prawie dziadek, ale to nie znaczy, że już nic z siebie nie potrafi wykrzesać.
Ostatnia płyta jaką nagrał nosi tytuł, jak to bywa w jego przypadku, krótki i treściwy - „Up”. To już siódmy album w jego historii, który wyszedł 24 września 2002 roku. Jego nagranie zajęło Peterowi dokładnie dziesięć lat, ale cóż, niekiedy warto czekać. Znajdziemy na nim dziesięć kompozycji, z czego większość ma mroczno-melancholijny klimat, oczywiście jak na Petera. Najlepszym przykładem tego jest otwierający album Darkness. Aż ciarki przechodzą po ciele kiedy dźwięki uderzają w nas w szybszych, głośniejszych momentach. A kiedy jest spokojnie, wizje naszej podświadomości rysują przed nami obrazy, które Peter nam przekazuje w swoich tekstach.
Wokal i twórczość Gabriela ewoluowała przez lata, na „Up” możemy znaleźć echa każdej z wcześniejszych płyt. Do tego jego inspiracje tzw. World Music, czyni to dzieło jednym z ciekawszych w świecie ambitnego popu. Choć nie ma tu typowych hiciorów, jak to bywało wcześniej, to każdy poszukiwacz eksperymentalnych dźwięków znajdzie tu coś dla siebie.
Pozycje takie jak „Growing Up” i „Sky Blue” potwierdzają moje słowa. Pierwszy song posiada ciekawy, skoczny beat, a drugi to wolna balladka przy której możemy odlecieć ku nowym, ciekawym krainom, gdzie harmonia, piękno i stabilność sprawiają, że wolność nakazuje nam tylko jedno – wędrować bez końca.
Ciekawostką jest jeszcze długość numerów. Dziewięć z dziesięciu ma ponad sześc minut, co sprawia, że lekko się ciągną, ale nie zawsze tak jest. Tych naprawdę dobrych można słuchać długo i aż szkoda, że kończą się w ogóle.
Poruszę jeszcze jedną rzecz, a mianowicie jedną piosenkę pt. „I Grieve”. To kolejna zadumana kompozycja i naprawdę nie wiem, jak on to robi, ale wystarczy tylko zamknąć oczy, by poczuć, jak muzyka sama nas pociąga i niesie w nieznane. Chyba każdy kompozytor zazdrości Peterowi tego daru, bo pomimo, że płyta ta jest słabym jego dziełem w porównaniu do wcześniejszych albumów, to w zestawieniu z muzyką innych, ciężko ją pokonać.
Muzyka świata, wszelaki pop, który atakuje nas z mass mediów to chłam jakich mało, ale to wie każdy, więc nie ma sensu się nad tym rozwodzić. Faktem jest to, że Peter Gabriel świeci jasno na horyzoncie, pomimo swoich lat, i aż żal bierze, że takiego popu, czy jakkolwiek nazwać to, co on tworzy nie ma więcej w świecie. Może wtedy przestałbym słuchać metalu... Żartowałem z tym ostatnim... Po prostu dajcie mu szansę, a nie pożałujecie...

piątek, 11 września 2009

Saturnus - Veronika Decides To Die


Stało się to w 2006 roku, w marcu. Wtedy to duńska grupa o nazwie Saturnus wypuściła swą trzecią płytę o nazwie „Veronika Decides To Die”. Tytuł pewnie niektórym znajomy, a wszystko dzięki powieści słynnego Paula Coelho. On to napisał „Weronika postanawia umrzeć”, a ww. zespół postanowił książkę tą przedstawić w sposób muzyczny.
Niestety płyta ta trafiła do mnie i ja ją teraz osądzam... Styl reprezentowany przez Saturnus jest połączeniem deathu i doomu. Możecie dorzucić do tego jeszcze melodic i będzie to mniej więcej natura tego krążka. Jednak, niestety, styl ten nie za bardzo do mnie przemawia. Szwedzki Godgory grał kiedyś podobnie, a na palcach jednej ręki mógłbym wyliczyć ich dobre kawałki. Ale wracając do ostatniego Satrunusa...
Przeszkadza mi tutaj sposób wykonania numerów - niby jest nastrojowo i smutno, jak to na doom przystało, ale jednocześnie dźwięki tu ociekają jakby jakąś ckliwą cukierkowatością. Powiem szczerze, na początku jest bardzo mało wyczuwalna, dopiero po paru przesłuchaniach robi się piekielnie nudno z tego powodu. Wydaje się nawet, że twórcy nie potrafili utrzymać klimatu całości spójnie, że wszystko jakby się rozjeżdża.
Plusem wydawnictwa są solówki, które zagrane z pewną dozą wyobraźni, mogą się niektórym podobać. Mnie niestety również to nie przekonuje ... Panowie jednak starają się jak mogą i z bólem przyznaję, że nawet udało im się to na „Descending”. Tutaj coś może przyciągnąć uwagę. Pewnie głównie za sprawą solówki, choć reszta też jest niczego sobie.
Nie zabraknie tu również ciekawych wstawek, jak na przykład ta z początku „Rain Wash Me” zagrana na fortepianie. Wspominam ten song z powodu jeszcze jednej rzeczy. Tu pierwszy raz wokalista Thomas Akim Grønbæk Jensen mówi coś normalnym głosem, poza swoim growlem. Jednak jego normalny wokal jest tak samo bezpłciowy jak jego growl. Najgorsze jego wykonanie jest na ostatnim numerze, czyli „Murky Waters”, Thomas jest tak nudny w tym, co robi, że aż ciężko teraz mi wrócić do tych nagrań.
Nie wiem jak Saturnus grał na swoim wcześniejszych płytach, ale tu wydaje mi się, że za bardzo pragnęli by im wyszło. No po prostu - panowie się za bardzo wczuli i się zjebało. Wypieszczona jest to płyta – to moje ostatnie słowa...

czwartek, 10 września 2009

Soulfallen - Grave New World


Często każdemu z nas zdarzy się natknąć na ciekawy album. Ja ostatnio wpadłem na „Grave New World” fińskiej grupy Soulfallen. Pomimo tego, że uważam go za interesujący, to nie zrobił on na mnie wrażenia na tyle wielkiego, bym słuchał go z wielką namiętnością. Stało się tak dlatego, że muzyka z tej płyty wcale nie jest za bardzo odkrywcza, choć można mylnie ją uważać za nowatorską.
Melodic symphonic death/black metal - tak bym to określił ich styl. Jak więc widzicie - ciekawe połączenie, a poza tym nie ma za dużo bandów, które by się czymś takim parały. Zagrywki czy to death, czy też black są tu typowe, usłyszeć je można prawie wszędzie i choć może się to podobać, to jednak nic nowego
Jednak i tu jest coś... Najciekawszą i tą najbardziej przykuwającą rzeczą w tej muzyce są klawisze, które robią fenomenalną atmosferę na całej płycie. Ciekawszą sprawą jest to, że Soulfallen nie posiadają klawiszowca. Całą robotę wykonał dla nich niejaki Hannu Honkonen z Noisework Productions i można powiedzieć, że to dzięki niemu ten album jest, jaki jest.
Ogólnie z dziewięciu numerów siedem z nich posiada 4 minuty z kawałkiem i są mniej więcej takie same. Agresja połączona z klimatem smutku, jak w doomie – ogólnie rzecz ujmując. Na tle wybija się kawałek „Devour”, dzięki ostremu riffowi, czyniącym ten song nieźle zadziornym. „This World is Bleeding Flies” ma wpadający w ucho refren, lecz najbardziej wybijają się dwie piosenki. Pierwsza z nich to otwierająca „A Hearse With No Name”. Zaczyna się klimatyczną wstawką na gitarę, skrzypce i wiolonczelę, by przeistoczyć się w podróż do wnętrza... Głównie za pomocą klawiszy, atmosfera tego jest jedyna w swoim rodzaju. Szczególnie przy refrenie... Drugim jest „We Are the Sand”. Ten przypomina mi przechadzkę po lesie. Jest piękno, dzikość, dziewiczość... Na nim gościnie zaśpiewał Lars Eikind, między innymi wokalista zespołu Winds. Jego czysty wokal w połączeniu z growlem Kai Leikola porusza do głębi...
Muszę przyznać, że jak na drugi album w sześcioletniej historii tego zespołu jest nieźle. Właściwie to nie wiem, co mi nie odpowiada w tych dźwiękach. Ale jest w nich coś takiego, co mnie po prostu nudzi. Ale tak czy inaczej, polecam ten krążek, gdyż jestem pewien, że niektórym z was będzie spędzał sen z powiek, oddacie mu wiele z czasu waszego życia. I chyba w rzeczywistości warto... Sam mu trochę oddałem...

Swallow The Sun - Plague Of Butterflies


Oczarowuje od samego początku... Wolne tempa, ciekawe melodie. Smutek, rozpacz... i ciągłe oczekiwanie. Oto przed wami (jeżeli tylko tego będziecie chcieli) „Plague Of Butterflies”. Ostatnie wydawnictwo fińskiego Swallow The Sun. Ep-ka. Tytułowy numer, który rozciąga się na prawie trzydzieści pięć minut. To doom/death metalowe dzieło atakuje niespodziewanie. Wbijając się nam głęboko w czaszkę sprawia, że pragniemy więcej z każdą nadchodzącą minutą.
Spokojny, nastrojowy i lekko hipnotyczny, normalny wokal Mikko Kotamäki jest niczym w porównaniu z jego dwoma pozostałymi stylami. Głęboki brutalny growl i piekielny, pełen furii skrzek – to pozostałe dwa. One to w szczególności nadają sensu temu albumowi, gdyż niektóre przerwy, spokojniejsze grania w ogóle bez wokalu, są lekko przynudzające, zbyt rozciągnięte. Ale gdy Mikko wraca od razu robi się lepiej.
Plaga Motyli to eksperyment, który jednak nie do końca wypalił. Miał to być balet, pierwszy (chyba) metal połączony z baletem. Jednak nie wyszło i za to mamy tę płytę. Oprócz plagi, mamy tu jeszcze cztery kawałki, pochodzące z pierwszego ich dema „Out of This Gloomy Light”. To zapychacze, ale całkiem ciekawe. Sprawiają, że całość trwa nieco ponad godzinę.
Ale wracając do naszego dzieła... Składa się on z trzech części - Losing the Sunsets, Plague of Butterflies i „Evael 10:00”. Pierwsza jest mieszanką agresji i melancholii. Druga to czyste szaleństwo plagi motyli, zmieszane z zadumaniem. Trzecia z kolei zaczyna się szumem fal, dalekimi odgłosami kroków na piasku, dźwiękiem płynącej wody. To tylko uśpi waszą czujność. Uderzenie będzie potężne i powali was na kolana. Wolne i mocne - takie to jest naprawdę. To esencja doom/deathu, choć wolę z tego przytłaczający death, kiedy Mikko rozrywa mnie na strzępy, niż domowe motywy, ale to nic. To prawdziwe mistrzostwo świata.
Niestety trzeba dać się porwać tej muzyce. Nie jest ona łatwa w odbiorze. Poza tym, posiada minusy, choć są niewielkie i pochodzą tylko z niedoskonałości brzmienia tej płyty. Gitary niestety mogłyby trochę lepiej brzmieć, szczególnie te cięższe. Choć mają niesamowitą moc, to panowie ze Swallow nie wyciągnęli z nich wszystkiego czego się dało . Rekomenduję o wymianę gitarzystów, oni chyba bardziej wolą grać death’n’roll w ich macierzystym Murder in Art.
Ta plaga powinna się rozprzestrzenić, sam zacznę zagłębiać się w ich twórczość. Pierwszy raz się z nimi zetknąłem i jest naprawdę świetnie, chcę więcej! Wam powiem tylko jedno – nie czekajcie! To warto poznać.

Zbigniew Hołdys – Hołdys.com


Zbigniew Hołdys – to imię i nazwisko na pewno zna każdy. Dla tych, którzy jednak nie znają, przypomnę: pan ten grał i założył w dawnych już czasach zespół Perfect. Powrót Hołdysa po wielu letniej abstynencji muzycznej na scenę polską zaowocował wydaniem świeżej i muszę przyznać jednej z lepszych naszych rodzimych płyt rockowych - „Hołdys.com”
Album zaczyna się dość ostro od „Intra”, słowami: „Jeżeli kupiłeś tą płytę od piratów, okradłeś mnie, moją rodzinę i przyjaciół z którymi ją nagrałem” Nietypowy to wstęp. Przekaz ten wydaje się nie na miejscu, jakby Hołdys lekko przesadził. Ale to jego punkt widzenia, więc zostawmy go i zajmijmy się muzyką.
Mocną stroną tego wydawnictwa jest jego produkcja. Czytelna i ostro rockowa, bez żadnych pop wstawek czyni ten materiał żywiołowym. Zdecydowanie słychać to w szybszych, agresywniejszych numerach, jak np. „Pałac” lub „Jestem Głupi”. Ten drugi, jeden z moich osobistych faworytów na tym krążku ma w sobie niezłego kopa. Cały opiera się na rasowym, czadowym riffie gitarowym, plus do tego oczywiście niesamowita sekcja.
Kolejnym mocnym punktem jest „Molier”. Ballada ta z kontrowersyjnym tekstem spodobała mi się od pierwszego przesłuchania i zawsze chętnie wracam do tego albumu, właśnie w największym stopniu dla niej. Sami zakosztujcie tego smakowitego kąska – warto.
Dobrymi momentami krążka są również takie kawałki jak „Another Day”, jedyny kawałek zaśpiewany po angielsku. Klimatycznie jest lekko alternatywny i przez to odstaje od reszty. Ale i tu mamy to, co Hołdys potrafi najlepiej, czyli świetną solówkę i niezłe jebnięcie pod sam koniec. Dalej jest kolejna balladka „Jeżeli jesteś tam”. Tutaj znów główną rolę odgrywa tekst. Krzyk pana Hołdysa w przestrzeń do naszego stworzyciela, by w końcu obudził się z tej katatonii, w której zostawił nas samych.
Jest tu jeszcze jeden numer, który nasuwa mi porównanie płyty i osoby Hołdysa, do innej persony. Chodzi mi o Johna Lennona. Nie wiem, jaki był zamysł Hołdysa, ale tak jak on stworzył „Kołysanke dla Tytusa”, tak i Lennon stworzył coś podobnego, dla swego syna. Ot, taka luźna analogia...
Ostatnie dwa numery są przeróbkami Perfect. „Nie wiele ci mogę dać” gdzie zaśpiewał Artur Gadowaski i muszę przyznać, że dzięki jego manierze śpiewania numer ten nabrał jeszcze więcej ładunku emocjonalnego. I ostatni, w wersji koncertowej „Chcemy być sobą” zagrany instrumentalnie tylko na gitarach basowych. Tutaj zagrał drugi gość tego krążka, czyli pierwszy bas Rzeczpospolitej w osobie Wojciecha Pilichowskiego.
Hołdys nagrywając ten album udowodnił ludziom, ale przede wszystkim chyba najbardziej sobie, że jest świetnym muzykiem. Słychać to przez cała długość krążka. Powrót ten jest silny i gdyby się teraz zastanowić, z kim mógłby ten album konkurować, to ciężko byłoby coś wymyślić, no bo kto taki choć po części nagrał coś równie dobrego?

Enemy of the Sun – Shadows


Kiedy dowiedziałem się, że Waldemar Sorychta znany jako członek grupy Grip Inc. lub jako producent płytowy takich dzieł jak „Passage” zespołu Samael, ma wydać pierwszą płytę swojego nowego projektu o nazwie Enemy of the Sun, byłem wielce zaciekawiony. Sięgnąłem więc po ten krążek, który dostał miano „Shadows”.
Wymowna okładka, słoneczko z czaszką w środku, zaciekawiła mnie jeszcze bardziej. Ale najbardziej, ślinka zaczęła mi lecieć po przeczytaniu, że styl Enemy of The Sun oscyluje wokół progress/thrasu. Dodatkowo podobno są w nim odczuwalne wpływy takich styli jak black i death. Dawajcie mi to tu!!!
I tak się stało... Pierwsze dźwięki płynącego Emptiness zszokowały mnie i zamroziły mi krew w żyłach. Tak było przez cały kawałek. To, co usłyszałem sprawiło, że oczekiwałem na następny numer, pragnąc by ten pierwszy był wypadkiem przy pracy. Niestety, drugi też mnie zawiódł, a po nim kolejne.
Faktem jest to, że to thrash. Pokręcony thrash, ale w granicach normalności – istnieją bardziej pokręcone twory z lepszym brzmieniem. W żadnym wypadku nie jest to progres. I nikt mnie nie przekona, że nie mam racji. Jeżeli wstawki gitarowe Waldemara, te odpychające zwolnienia są tą progresją, to ja w tym momencie coś chyba zniszczę. Jak można pomylić totalne dno, oparte na melodiach metalcorowych zespołów, które są teraz tak popularne z progresją?! Przecież to śmierdzi na odległość. Co z tego, że od czasu do czasu przywali nas tu mięsistym riffem, skoro po chwili dostaniemy taki pokład słodyczy i pedalskiego wokalu, że aż się rzygać chce. Nie ważne jest też to, że ten sam wokalista uderza jakimś tam marnym growlikiem. Wszystko się ciągnie, przelatuje, niezauważone... To nie jest progres.
Ale i tu znalazłem coś, co nawet mi przypadło do gustu. Przy słuchaniu „Carousel” doznaję dziwnego uczucia deja vo. Nie wiem, dlaczego, ale przyciąga mnie to :) Oparty jest na świetnym riffie podbijanym perkusją, który niesamowicie kopie. Wokal pana Jules Näveri, brutalna jego część jest tu pierwszorzędna, niestety są tu też wstawki z normalnym wokalem, ale jakoś je znoszę. Przykuwającym uwagę może być też „Satisfied by Ego Purposes”, gdzie słychać starą dobrą szkołę thrashu, oczywiście na nową modłę zagraną. „Liar”, ten to jakby połączenie thrashu z dokonaniami Faith No More, ale to luźne skojarzenie.
Reszta wstawek, o których wspomniałem wcześniej jest żywcem wzięta z tandetnych wstawek zespołów grających pseudo nu metal, metalcore lub jakiś inne ścierwo. Nie mogę ich słuchać, a jak je już słyszę, to mam ochotę za nie kogoś pobić. Gdyby nie one, to ta muzyka byłaby bardziej kopiąca, bo szybkie, ostre jazdy na tej płycie to ciekawa młócka. Wszystko jest piękne, do momentu, kiedy Jules normalnie nie zacznie śpiewać. I tak tylko parę z 13 utworów nadaje się do słuchania, reszta tylko do spuszczenia w klozecie.

Cross Examination - Menace II Sobriety


Już pierwsze riffy objawiły mi prawdę, thrash metal powraca i to w starym stylu, gdzie brzmienie jest brudne, a gitary szybkie niczym błyskawice. Płyta „Menace II Sobriety” zespołu Cross Examination jest właśnie tego przykładem. W 2004 roku reinkarnował się jeden z najdzikszych styli w ciężkiej muzyce i w tym to roku powstał też ten zespół.
Na ich debiutanckim krążku mamy dwanaście kompozycji w tym intro „Return Of The Shredder” i outro „The Wimp Chipper”. Całość mieści się w dwudziestu sześciu minutach, więc wyobraźcie sobie, jaka to dzika jazda. Mamy tu thrash/crossover w wielkim stylu. Nie ma tu zwolnień, to płyta dla wytrwałych, starej daty thrasowców, którzy kochali takie kapele jak D.R.I. czy też Municipal Waste. Przez to właśnie, nie za bardzo wszystko mi w tej produkcji podchodzi, gdyż nigdy nie byłem fanem tych bandów.
Minusem tego wydawnictwa jest na pewno wokal. Ciągły krzyk, wysoki, bezpłciowy, jednostajny. Brak w nim emocji. Słuchając „Maximum Overchill” albo „Collateral Jam-Age” nigdy nie jestem w stanie powiedzieć, który jest, który. Przez śpiew Devil Dana wszystko jest takie samo, ale w sumie to właśnie z tego słynęły te stare kapele. I chylę czoła młodym ludziom z Cross Examination, dzięki nim powróciła stara, dobra młócka:)
W łojeniu Cross Examination można odnaleźć dużo czarnego humoru, pochwałę dla alkoholu i innych używek, oraz naturalnie imprezowania. Wszystkich zainteresowanych odsyłam do wideo krążącego po necie z dnia, kiedy imprezowali wydając ten album. Klimat tego występu mówi wszystko.
Jeżeli oldschool jest dla Ciebie wszystkim to zakochasz się w tych dźwiękach bez pamięci. Jeżeli nie, to i tak sięgnij po „Menace II Sobriety”, bo warto. Nadchodzi nowa era thrashu, a Cross Examination idzie w pierwszym szeregu niosąc sztandar zniszczenia...

Atrox - Binocular


Uwielbiam szukać nowych brzmień. Nowych zespołów. Wizji... Ostatnio taką naprawdę dobrą wizję przedstawił mi zespół Atrox z Norwegii. To grupa trwająca już trochę na scenie, gdyż jej początki sięgają początku laty 90-tych. Mają na swoim koncie już pięć płyt, jaki i również okazałą rozpiętość stylową. Zaczynali od death metalu jeszcze jako Saffocation, a teraz jest to szeroko pojęty awangardowo progresywny, lekkko gothicowy metal.
Dziwna to mieszanka przyznacie. Niestety nie mojego autorstwa, takie mniej więcej określenia ich muzyki kręcą się po necie. Mam nadzieje, że odpuścicie mi, gdyż w tej recenzji chciałbym odkryć, ile w tym prawdy.
Gothiciem w tym albumie dla mnie zalatuje tylko trzydziesto sekundowy początek utworu „Traces”, do chwili, kiedy wchodzą gitary i zaraz potem wokal. Jakoś narzucają mi się klimaty Evanescence, Within Temptation, ale jak napisałem, to tylko pół minuty.
Atrox to metal... Trochę pokręcony, ale jednak dalej metal, głównie przez sample i inne zdobycze elektronicznie. Panowie szukają, ale jeszcze chyba nie wiedzą czego. Choć owoce tego szukania są naprawdę dobre.
„ There are images bigger than this” - zgadzam się całkowicie z tą myślą, nie jest to płyta mistrzostwo, oczywiście istnieją lepsze. To fragment tekstu z numeru „Orgone” i to od niego tak naprawdę zaczyna się dla mnie ten album (to 6 z 10 utworów na tej płycie).
Początek jest wspaniały, ostry riff na tle przygrywającym mu klawiszom. Wokal trochę przeszkadza, ale nie całkiem, bo wstawka na wokal mniej więcej w połowie tego kawałka jest jedną z najlepszych w całych 47 minutach trwania albumu. Ale taka naprawdę totalną metamorfozą na lepszy klimat ma w sobie następny song o nazwie „Tight Tie”. Trochę aranżacyjnie przypomina niektóre dokonania innego norweskiego zespołu o nazwie Ulver, ale to naprawdę nieważne.
I tak doszliśmy do kolejnego ciekawego, chyba najbardziej awangardowego numeru, jednocześnie tytułowego „Binocular”. Tutaj od początku atakuje nas industrialowy motyw, jakby powtarzającej się maszyny w wielkiej fabryce. Ciekawostką jest używanie growlingu w tym utworze przez Rune Folgerø, ale tylko w krótkich wyziewach.
Muszę zaznaczyć coś jeszcze dla tych, którzy znają ten zespół choć trochę z wcześniejszych dokonań. Atrox, który znacie - nie istnieje. Atrox na „Binocular” to zupełnie coś innego. Pewnie już zorientowaliście się po moich wcześniejszych słowach. Styl ich wszedł teraz w nową erę i już się nie mogę doczekać następnej ich płyty. Może nowe wspaniałe dziecko nam się rodzi? A wszystko na to wskazuje. Wystarczy przesłuchać wspomniane kawałki … Albo najlepiej całą płytę, by niczego nie stracić.

V.A. - A Tribute To Abba


Muzyka metalowa posiada szerokie horyzonty. Niektóre zespoły poszerzają je o tzw. covery. Tak to powstają albumy oddające hołdy nie tylko metalowym zespołom. Wielu się już doczekało, doczekał się też kwartet ze Szwecji o nazwie Abba. Nuclear Blast zebrał kilkanaście numerów w jedną płytkę i nazwał ją po prostu „A Tribute To Abba”.
Numery są utrzymane głównie w klimatach power/heavy/thrash, ale nie tylko. Gdyż otwierający numer „Summer Night City” w wykonaniu Therion to raczej symfoniczny heavy, z jakiego ten zespół jest przecież dobrze znany. Mamy więc tu chóry, symfonie, czyli operowo metalowe granie na dużym poziomie, czarujące swą atmosferą. Kolejnym ciekawym wykonaniem może się pochwalić zespół Sinergy. Oni przerobili „ Gimme! Gimme Gimme! (A Man After Midnight)”. Tutaj mamy już power metal ze skocznym i wpadającym w ucho refrenem, ale przecież nie jest to dziwne, gdyż w oryginale utwór ten taki właśnie jest. Sinergy dodali mu tylko pazura.
To były dobre covery, teraz te świetne. Pierwszym, który naprawdę mnie zachwycił, był numer „Money, Money, Money” w wykonaniu niemieckiego At Vance. Zespół ten pogrywa coś na kształt neoklasycznego power metalu i cały feeling, który wkłada w swoje kompozycje, przelał w ten jeden z najbardziej popularnych utworów Abby. Minusem jest czas, gdyż dwie i pół minuty szybko mijają, zbyt szybko.
Teraz coś cięższego... Morgana Lefay wzięła na tapetę numer „Voulez-Vouz” i z połączenia pop/disco z ich thrashem powstał całkiem agresywny kawał muzy. Nie tak przejrzysty jak wspomniany wcześniej utwór At Vance, ale też równie dobry. Jednak najwspanialszym coverem tej płyty jest „Take A Chance On Me”, ten nagrał Rough Silk. Osobiście nie jestem fanem powera, ale to, co zrobił ten niemiecki zespół powaliło mnie na kolana. Dwa wokale, jeden męski drugi kobiecy, który nieco przypomina dokonania pań z Abby, plus do tego płynące ciężkie riffy, powodujące, że głowa nie chce przestać się kiwać. I aż chce się sięgnąć po ich wydawnictwo... chyba mięknę na starość.
Mamy tu jeszcze takie zespoły jak Flowing Tears, Tad Morose, Metalium i kilka innych. Łącznie czternaście kompozycji. Lecz oprócz tych opisanych przeze mnie reszta raczej nie wzrusza, nie porusza, ani nie wywołuje żadnych pozytywnych reakcji, wręcz przeciwnie. Tak czy inaczej, płytka obowiązkowa dla każdego fana heavy/power/thrash. Posłuchajcie, a może znajdziecie tu coś, co i was zachwyci, tak jak ja znalazłem.

Witam wszytkich!!!

Od dzis będziecie mogli tu znaleźć moje recenzje muzyki, która będę puszczał w Radiu Panteon w mojej audycji Horyzont Zdarzeń. Ale oczywiście nie tylko....
Znajdziecie też tu recenzje innej muzyki począwszy od rocka poprzez wszystkiego rodzaju alternatywy na metalu kończąc. Będę się starał wstawiać ich jak najwięcej...
Zapraszam do dyskusji oczywiście:)
Inne moje recenzje możecie znaleźć na stronie: http://metal.pl/recenzje.php?autor=Vincent+Asher
Zapraszam do czytania i eksplorowania nowych muzycznych krain!!!