<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995</id><updated>2011-12-09T01:22:42.757+01:00</updated><title type='text'>Event Horizon</title><subtitle type='html'>Muzyka to nie tylko dźwieki, ale i przestrzeń. Piękna muzyka to cisza,
a nuty są tylko obramowaniem tej ciszy</subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default?max-results=100'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><link rel='next' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default?start-index=101&amp;max-results=100'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>137</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>100</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-6492944309180771307</id><published>2011-04-16T10:39:00.003+02:00</published><updated>2011-04-16T10:39:54.680+02:00</updated><title type='text'>Judee Sill - Judee Sill</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/-mPOlyd6KtP8/TalVuCdacfI/AAAAAAAAASM/0qc_EZ_JUN8/s1600/Juddee_Sill_debut.jpg" imageanchor="1" style="margin-left:1em; margin-right:1em"&gt;&lt;img border="0" height="200" width="200" src="http://2.bp.blogspot.com/-mPOlyd6KtP8/TalVuCdacfI/AAAAAAAAASM/0qc_EZ_JUN8/s200/Juddee_Sill_debut.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Judee Sill była amerykańską piosenkarką, tworzącą w latach 70-tych. W swoim dorobku miała tylko dwa albumy. Może nagrała by więcej gdyby nie śmierć, która przyszła do niej nagle, poprzez przedawkowanie narkotyków. &lt;br /&gt;Jej pierwsza płyta wyszła w 1971 roku i nazywała się po prostu „Judee Sill”. Na albumie znalazło się jedenaście kompozycji utrzymujących się w klimacie barok popu, akustycznego rocka oraz folku z naleciałościami amerykańskiego country. &lt;br /&gt;Większość kompozycji jest wykonana na fortepianie, albo na gitarze akustycznej. I tak w „The Archetypal Man”, przykładowym barok popowym numerze, w tle słychać skrzypce, do których Judee jak przystało na kompozytorkę country, plumka sobie spokojnie na gitarze. &lt;br /&gt;Większość tekstów jest zabarwiona wiarą, gdyż Judee była osoba wierzącą. Przykładowym numerze o takiej tematyce jest kawałek „Jesus Was A Crossmaker”, który zalatuje lekko muzyką gospel. Największym przebojem tego wydawnictwa jest utwór „Lady-O”, przypominający kompozycje, które Poul McCArtney tworzył dla The Beatles w późniejszych latach ich działalności. &lt;br /&gt;Płytę tę Judee Sill nagrała w wieku dwudziestu siedmiu lat, dziesięć lat przed swoją śmiercią. Niedawno bo 6 lat temu amerykańska wytwórnia Rhino Handmade wydała reedycje jej albumów, by przypomnieć amerykańskim fanom muzyki, że kiedyś taka osoba istniała i że jej muzyka coś znaczyła.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-6492944309180771307?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/6492944309180771307/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2011/04/judee-sill-bya-amerykanska-piosenkarka.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/6492944309180771307'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/6492944309180771307'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2011/04/judee-sill-bya-amerykanska-piosenkarka.html' title='Judee Sill - Judee Sill'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/-mPOlyd6KtP8/TalVuCdacfI/AAAAAAAAASM/0qc_EZ_JUN8/s72-c/Juddee_Sill_debut.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-3690890764253201227</id><published>2011-04-11T22:17:00.001+02:00</published><updated>2011-04-11T22:22:11.326+02:00</updated><title type='text'>Comecon - Fable Frolic</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/-0LAXO1x1Q2M/TaNhjWHOjWI/AAAAAAAAASE/gm3WK4ZM6sg/s1600/Fable%2BFrolic.jpg" imageanchor="1" style="margin-left:1em; margin-right:1em"&gt;&lt;img border="0" height="200" width="200" src="http://1.bp.blogspot.com/-0LAXO1x1Q2M/TaNhjWHOjWI/AAAAAAAAASE/gm3WK4ZM6sg/s200/Fable%2BFrolic.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Tym razem chciałbym wam zaproponować coś starszego. Czy kojarzycie jeszcze ten zespół? Pewnie tylko nieliczni z was wiedzą co Comecon sobą reprezentował.  Ja sam znałem tylko ich dwie pierwsze płyty, nigdy nie mając okazji poznać ich ostatniego dzieła. Nadszedł czas to zmienić…&lt;br /&gt;„Fable Frolic” to płytka, która wyszła w 1995 roku i była najbardziej eksperymentalną częścią twórczości zespołu. Czternaście utworów, które znalazły się na tym krążku, to nadal death metal, ale już nie tak klasyczny, jak to bywało wcześniej, to bardziej eksperymentalne spojrzenie na ich wcześniejszy styl. Wiele kompozycji opatrzona jest w thrashowe riffy, skoczne i szybkie. Najczęściej połączone są one z hardcorowym feelingiem, który za cholerę nie przypomina tego co można było spotkać na wcześniejszych krążkach tej grupy. Zniknął gdzieś growl, który zastąpiono zwykłymi krzyczącymi wokalami autorstwa Marc’a Grewe z grupy Morgoth. &lt;br /&gt;Ciekawostką albumu są wstawki na gitary akustyczne, które wprowadzają do kompozycji pewną przestrzeń, więc nie jest to tylko czysta agresja. Tak jak to bywało wcześniej liderzy Comecon do nagrania tego wydawnictwa użyli automatu perkusyjnego. Brzmienie tej machiny jest po prostu cudowne, trzeba się naprawdę dobrze wsłuchać, by dosłyszeć jakiekolwiek różnice między sztuczną a żywą perkusją. A to jak na 1995 rok jest nie lada wyczyn. Album ten kończy się ponad 10 minutowym elektronicznym eksperymentem o nazwie po prostu "Track 14". Do jego nagrania użyto Minimoog oraz syntezator Buchla. Kiedy słucha się tych dźwięków człowiek się zastanawia, co mogłoby jeszcze wyjść pod szyldem Comecon? Niestety już się tego nie dowiemy. &lt;br /&gt;Fani poprzednich płyt nie mają czego szukać na tym krążku, ale ludzie którym odpowiada połączenie deathu z hardcorem, powinni tu znaleźć cos dla siebie.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-3690890764253201227?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/3690890764253201227/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2011/04/comecon-fable-frolic.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/3690890764253201227'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/3690890764253201227'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2011/04/comecon-fable-frolic.html' title='Comecon - Fable Frolic'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/-0LAXO1x1Q2M/TaNhjWHOjWI/AAAAAAAAASE/gm3WK4ZM6sg/s72-c/Fable%2BFrolic.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-956004952390284803</id><published>2011-04-04T22:02:00.000+02:00</published><updated>2011-04-04T22:02:51.689+02:00</updated><title type='text'>Bathory - Nordland I</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/--qwgBGqDd3g/TZojHdr05iI/AAAAAAAAAR8/5O_dCDDHi04/s1600/Nordland%2BI.jpg" imageanchor="1" style="margin-left:1em; margin-right:1em"&gt;&lt;img border="0" height="196" width="200" src="http://2.bp.blogspot.com/--qwgBGqDd3g/TZojHdr05iI/AAAAAAAAAR8/5O_dCDDHi04/s200/Nordland%2BI.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Minęło trochę lat od powstania tego albumu, a ja jakoś nie miałem wielkiej chęci, by go poznać. Pewnie dlatego, że jego poprzednik jakoś nie przypadł mi do gustu. „Destroyer of Worlds” był za bardzo chaotyczny, zbyt nie poukładany. Z tego co wyczytałem w prasie &lt;br /&gt;muzycznej „Nordland I” miał być inny, ale nawet to nie przeciągło mnie do niego. Teraz kiedy go słucham, jakoś nie specjalnie żałuje, że wcześniej się z nim nie zaznajomiłem, choć to stosunkowo dobry album. Ale to już nie jest ważne...&lt;br /&gt;„Nordland I” jest pierwszą z czterech części sagi o krainach północy, i jak wiadomo Quorthon zdążył nagrać tylko dwie części, gdyż zszedł z tego świata. A jaka jest pierwsza część? Jest to powrót do viking metalu z takich wielkich płyt jak „Hammerheart”,&lt;br /&gt;czy też “Twilight of the Gods”. Oczywiście są istotne różnice w tym co dostaliśmy na Nordland, a tym czym był viking metal, na początku lat 90-tych made in Bathory. Po pierwsze brzmienie... Nie jest tak brudne jak to było na ww. płytach, jest czytelniejsze, choć oczywiście mogłoby być trochę lepsze. Wydaje się, że w studio umyślnie je "zbrudzono" na potrzeby płyty. Cóż na pewno album ten nie był nagrywany na 8 ścieżkowcu jak np. „Hammerheart”. &lt;br /&gt;Różni się też muzyka, jest jakby żywsza. Riffy są agresywniejsze, bardziej konkretne. A to akurat jest zrozumiałe, lata mijały, a Quorthon między czasie grał ten swój post-thrash, a przecież zawsze coś zostaje. Najbardziej to słychać w utworach „Dragons Breath”, może i jest on nieco melodyjny, to jednak niektóre jego riffy mogłyby się znaleźć na płytach „Oktagon” lub „Requiem”. Tak samo jak w „Broken Sword”, który jest szybki, prawie że punkowy. Podobnie ma się z „Great Hall Awaits a Fallen Brother”, w nim słychać echa „Blond, Fire, Death”. &lt;br /&gt;Kolejną różnica jest brak tej podniosłości, monumentalności jaka charakteryzowała viking metal Bathory lat 90-tych, tutaj też on jest, ale to jakby nie było to. Album zaczyna utwór „Prelude”, który niesamowicie przypomina wczesne ambienotwe dokonania Mortiisa. Następnie mamy tytułowy „Nordland I” i już wiem do czego najbardziej porównać tą płytę, do albumu „Blood on Ice”. To było pierwsze viking wydawnictwo w dokonaniu Quorthona, na nim jeszcze nie wiedział dokąd zmierza ze swoją muzyką i na pierwszym Nordlandzie, jest podobnie. &lt;br /&gt;Tak jak na „Blood On Ice” można znaleźć ciekawe ballady, tak też i tu jest jedna ciekawa. „Ring of Gold” jest zagrana od początku do końca, na akustycznych gitarach. To prawdziwa opowieść o smokach północy, górach, lasach, z pogranicza świata mitologii i świata fantasy. Ten utwór jest przykładem tego, że Quorthon nie stracił jeszcze daru tworzenia ciekawej muzyki. I od tego momentu, czyli od 5 numeru płyty, album ten jakby stał się bardziej tym czym powinien być, a więc viking opowieścią prosto z północy. Riffy bardziej rozmyte w „Foreverdark Woods”, opowiadają legendy północnych krain, pełnych lasów, ciemnych i tajemniczych, ale jednocześnie przyciągających i magicznych.&lt;br /&gt;Jak napisałem wyżej to dobry album i to nie jest tylko moje zdanie, wystarczy poczytać inne recenzje fanów lub krytyków muzycznych. Oczywiście każdy znajdzie tu, lub też nie to czego szuka, ale to przecież normalne. Kto wie, może za niedługo zaznajomię się z druga częścią Nordlandu?&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-956004952390284803?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/956004952390284803/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2011/04/bathory-nordland-i.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/956004952390284803'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/956004952390284803'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2011/04/bathory-nordland-i.html' title='Bathory - Nordland I'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/--qwgBGqDd3g/TZojHdr05iI/AAAAAAAAAR8/5O_dCDDHi04/s72-c/Nordland%2BI.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-2440679067752384715</id><published>2011-04-03T11:42:00.000+02:00</published><updated>2011-04-03T11:42:07.052+02:00</updated><title type='text'>Crippled Black Phoenix - A Love Of Shared Disasters</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/-u1UShOwxuow/TZhAx1ApI8I/AAAAAAAAAR0/2b1E5YvVodM/s1600/Folder.jpg" imageanchor="1" style="margin-left:1em; margin-right:1em"&gt;&lt;img border="0" height="179" width="200" src="http://3.bp.blogspot.com/-u1UShOwxuow/TZhAx1ApI8I/AAAAAAAAAR0/2b1E5YvVodM/s200/Folder.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Crippled Black Phoenix  to zespół, który w tym natłoku muzyki w dzisiejszych czasach jakoś wymykał się mojemu wzrokowi, choć może bardziej słuchowi. &lt;br /&gt;W końcu udało mi się poznać ich wyczyny, ich debiut " A Love Of Shared Disasters ". Kiedy dowiedziałem się, że zespół ten to taki uboczny projekt Justina Greavesa z Electric Wizard, który dokooptował sobie do towarzystwa Dominica Aitchisona z Mogwai i kilku innych znanych osobistości, jak np. Kostasa Panagiotou i Andy’ego Semmensa, którzy SA znani z funeral doom metalowego zespołu Pantheist, to zaciekawiłem się bardzo tym co tam razem naważyli. A co dostałem? Ballady, wolne, duszne, prawie, że czarne, pełne smutku, melancholii, zadumania nad kondycją człowieka i światem w którym żyje.&lt;br /&gt;Muzykę Criplled Black Phoenix na " A Love Of Shared Disasters " można określić jako eksperymentalny post-rock. Niektóre kompozycje tego albumu są prawie ambietnowe&lt;br /&gt;tak, jak instrumentalny utwór The Whistler. Rozciąga się jak rzeka, która nie ma końca, gdyż zapętla się ona jak mitologiczny oroboros, jednocześnie jest w nim spokój, który można odnaleźć na bezkresnych wodach oceanu, ale też i zapowiedz jakiegoś końca, może śmierci... Podobny, choć bardziej apokaliptyczny jest Long Cold Summer, najdłuższy utwór tego albumu. &lt;br /&gt;W innych możemy usłyszeć trochę folkowych wstawek odegranych na akordeonie, tylko jak to przystało na tak nastrojową płytę, są one zimne, nostalgiczne. Ale oczywiście nie wszystko jest tu odpychająco smutne. Niektóre z ballad są prawie że komercyjnie, przebojowe. Jak choćby Suppose I Told The Truth, albo When You're Gone, które mogłyby konkurować z numerami czołowych brytyjskich rockowych zespołów.&lt;br /&gt;Płyta ta ma w sobie wiele pokładów emocji i ciężko byłoby opisać to wszystko, poza tym jaki w tym byłby sens? Każdy, kto sięgnie po jej zawartość, przekona się o tym na własnej skórze. To muzyka dla ludzi, którzy nie szukają radości w muzyce, szczęścia… Debiut Brytyjczyków jest jak requiem, jak lament i jestem pewien, że nie każdy zdoła dotrzeć do sedna tych dźwięków. Pewnie nie każdy będzie tego chciał…&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-2440679067752384715?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/2440679067752384715/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2011/04/crippled-black-phoenix-love-of-shared.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/2440679067752384715'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/2440679067752384715'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2011/04/crippled-black-phoenix-love-of-shared.html' title='Crippled Black Phoenix - A Love Of Shared Disasters'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/-u1UShOwxuow/TZhAx1ApI8I/AAAAAAAAAR0/2b1E5YvVodM/s72-c/Folder.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-4102229881522553596</id><published>2010-06-23T23:52:00.002+02:00</published><updated>2010-06-23T23:58:21.671+02:00</updated><title type='text'>Estradasphere - It's understood</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/TCKDd2wE2PI/AAAAAAAAARc/JgMp6MS5KK8/s1600/itsdavdolodav.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/TCKDd2wE2PI/AAAAAAAAARc/JgMp6MS5KK8/s200/itsdavdolodav.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5486091845027289330" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Ciężko pisać o czymś tak eksperymentalnym, jak kalifornijski zespół Estradasphere. Ich wyczyny muzyczne to połączenie wielu, powtarzam wielu gatunków. Na ich pierwszym albumie „It's understood” wydanym w 2000 roku mamy dwanaście kompozycji, które łącza ze sobą rock, metal, jazz, blues, country, bluegrass, funk, pop, new age, klimaty folkowe takich krain jak Bałkany i Grecja oraz rytmy cygańskie. Jak widać, jest w czym wybierać i dla wytrawnych słuchaczy, poszukujących nowych wrażeń muzycznych jest to strzał w dziesiątkę.&lt;br /&gt; Większość kompozycji to utwory instrumentalne, tylko gdzieniegdzie znajdziemy wstawki wokalne, jak na przykład przesterowany wokal w „The Transformation”, growling i deklamacja w „Danse of Tosho and Slavi/Randy's Desert Adventure” albo przyśpiewki typowe dla stylu bluegrass w „The Trials and Tribulations of Parking On Your Front Lawn”. Wokal pojawia się też w ostatnim numerze „D(b) Hell”, kiedy MonoMan (gość na tym albumie) wtrąca się na samym końcu kawałka, wydzierając się, przedrzeźniając muzykę i  nucąc ją po chamsku. &lt;br /&gt; Największym dziełem tego albumu jest jego początek o nazwie „Hunger Strike”. To prawie dwudziestominutowa kompozycja mieszająca większość styli wymienionych przeze mnie wyżej. To również najdłuższy w historii tej grupy numer.&lt;br /&gt; Muzycy Estradasphere to niesamowici instrumentaliści, ale co jest piękne, są to muzycy, którzy podchodzą do tego, co tworzą z pewnym dystansem, a nawet niekiedy pozwalają sobie na odrobinę humoru. Przykładem tego mogą być dwie kompozycje - „Cloud Land” i „Planet Sparkle / Court Yard Battle 1”, które parodiują dźwięki z gry komputerowej Super Mario Bros. Ich specyficzne poczucie humoru obecne jest też w „Spreading the Disease”. To niezwykły utwór oparty na muzyce new age, metalu oraz na muzyce relaksacyjnej. W nim możemy usłyszeć taki instrument jak didgeridoo, oczywiście nie jest to jedyny instrument jaki pojawia się w muzyce tego zespołu, mamy tu również cała masa saksofonów, skrzypiec, jak i również flet, mandolina, banjo i akordeon. &lt;br /&gt; To pozycja obowiązkowa dla każdego otwartego słuchacza. Proszę łykać w całości!!!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-4102229881522553596?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/4102229881522553596/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/06/estradasphere-its-understood.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/4102229881522553596'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/4102229881522553596'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/06/estradasphere-its-understood.html' title='Estradasphere - It&apos;s understood'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/TCKDd2wE2PI/AAAAAAAAARc/JgMp6MS5KK8/s72-c/itsdavdolodav.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-8497295648756066916</id><published>2010-06-20T00:36:00.002+02:00</published><updated>2010-06-29T01:32:31.442+02:00</updated><title type='text'>Beautiful World - In Existence</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/TB1HMQd47vI/AAAAAAAAARE/xOh1DCWVvsk/s1600/In+Existence.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 192px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/TB1HMQd47vI/AAAAAAAAARE/xOh1DCWVvsk/s200/In+Existence.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5484618197111467762" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Muzyka New Age niesie ze sobą przepiękne wizje lepszego jutra. Nie inaczej jest z płytą „In Existence”, projektu Phil'a Sawyer'a Beautiful World. Muzykę tą można nazwać pochwałą natury, na co wskazuje okładka, ale przede wszystkim słychać to w muzyce. Przekaz tego albumu jest jasny: „Jedyna prawda istnieje w każdym z nas”. Tutaj łączy się ona z czarnym lądem, gdzie rozkwitło życie naszej cywilizacji.&lt;br /&gt; Otwierający krążek utwór „In the Beginning” potwierdza moje słowa. Zaśpiewany w języku suahili, tylko z małą wstawką po angielsku, rozpościera przed nami wizję narodzin życia. Niesamowite połączenie afrykańskich rytmów z subtelnymi elektronicznymi wstawkami  w tle, czynią z niego jedną z najpiękniejszych kompozycji tego albumu. Podobny do „In the Beginning” jest drugi, tytułowy numer „In Existance”. &lt;br /&gt; Płyta ta serwuje nam trzynaście dań, które można podzielić na cztery kategorie. Pierwsza z nich, do której zaliczają się pierwsze dwa kawałki, to numery zaśpiewane w języku suahili. Łącznie jest ich cztery. Oprócz ww. został jeszcze „Love song”, płynący niczym rzeka i „Wonderful World”. Ten ostatni zaaranżowany jest w sposób najbardziej nowoczesny, ale nie zatarło to wpływów etnicznych. &lt;br /&gt; Do drugiej kategorii zaliczę utwory anglojęzyczne. Pośród nich znajduje się kompozycja, której mogłoby tutaj nie być. „Revolution of the Heart” posiada strasznie kiczowato-popowatą otoczkę z typowym, prawie że radiowym beatem. Podobnie ma się też z „I Know”, choć tutaj kicz nie jest tak strasznie wyeksponowany jak we wcześniejszym. Ostatni z nich, czyli „Spoken Word” wypada najlepiej. Tak jak poprzednicy i tu aranżacja jest popowa, lecz posiada ona ciekawą głębię. Wszystko dzięki warstwie lirycznej oraz ekspresji wokalnej ludzi wykonywujących ten kawałek. &lt;br /&gt; Trzecia kategoria zawiera tylko jedną sztukę o nazwie „Magicien du Bonheur”, zaśpiewaną w języku francuskim. Przypomina ona trochę dokonania innego projektu z nurtu New Age, Enigmę. Posiada tak samo jak kompozycje Enigmy pewną mistykę, tzn. połączenie rytmów muzyki afrykańskiej z atmosferą muzyki średniowiecza.&lt;br /&gt; Ostatnia grupa jest najliczniejsza, a mieszczą się w niej utwory instrumentalne. Te tak samo lekko przypominają wyczyny Michaela Cretu z Enigmy, a w szczególności  „Evolution”, „The Silk Road” i „The Coming of Age”. Oczywiście nie jest to w jakikolwiek sposób zrzynanie, po prostu numery te posiadają podobny klimat.&lt;br /&gt; Krążek ten jest muzycznym zobrazowaniem wizji lepszego świata, gdzie nie ma miejsca na nienawiść, jest tylko miłość i piękno. Jeżeli szukacie więc czegoś takiego w muzyce, tutaj na pewno to znajdziecie.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-8497295648756066916?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/8497295648756066916/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/06/beautiful-world-in-existence.html#comment-form' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/8497295648756066916'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/8497295648756066916'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/06/beautiful-world-in-existence.html' title='Beautiful World - In Existence'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/TB1HMQd47vI/AAAAAAAAARE/xOh1DCWVvsk/s72-c/In+Existence.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-1329262498594700500</id><published>2010-06-11T21:58:00.002+02:00</published><updated>2010-06-29T01:32:45.322+02:00</updated><title type='text'>Fukpig - Spewings From A Selfish Nation</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/TBKVzaJmtNI/AAAAAAAAAQs/Ffke7KvNTYo/s1600/cover500.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/TBKVzaJmtNI/AAAAAAAAAQs/Ffke7KvNTYo/s200/cover500.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5481608406888789202" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;W 2009 roku na półki sklepów muzycznych trafił krążek nowego projektu Mick'a Kenney o nazwie Fukpig. W jego skład oprócz niego wchodzi: dwóch gitarzystów Mistress – Misery i Drunk. Ten drugi w Fukpig objął posadę wokalisty. „Spewings From A Selfish Nation”, bo tak nazywa się ten debiut, to dokładnie trzydzieści jeden minut muzyki i czternaście utworów.&lt;br /&gt; Jak przystało na muzykę powstałą w szalonym umyśle Mika'a, Fukpig jest tak samo porąbany, jak jego wcześniejsze wyczyny. Dźwięki tego albumu to charcząca agresja, niecodzienne połączenie black metalu i crust punka o lekkim zabarwieniu grind corowym. Dziwi pewnie taka fuzja i w sumie to pewnie znajdą się tacy, którzy stwierdzą, że powiązanie ze sobą tych stylów to nie za dobry pomysł. &lt;br /&gt; Jeżeli rozbroić by muzykę Fukpig na czynniki pierwsze, to 90% byłoby crustem, a tylko10% black metalem. Brzmienie i większość zagrywek to czysty crust punk o grindowym zabarwieniu, za to wstawki klawiszowe i riffy im towarzyszące mają tylko coś wspólnego z blackiem. W sumie to tylko w niektórych kawałkach słychać to szalone  połączenie. Przykładem tego jest „The Horror Is Here”, który zaczyna się prawie że mistycznymi klawiszami coś a’la średniowieczny chór. Kilka razy powtarza się ten motyw, ale rządzi w nim crust felling. Podobny manewr użyto w „As the Bombs Fall”, ale trochę na mniejszą skalę, poza tym ten jest prawie o połowę krótszy od poprzedniego. I to byłoby wszystko jeżeli chodzi o klawisze na płycie. &lt;br /&gt; Cała reszta to już crust punkowe szaleńcze miniatury o takich nazwach jak np.: „Necropunk”, „As Millions Suffer”, „Cunt Hive”, czy też „Thrash Armageddon”. Na zakończenie dostajemy prawie że epicki jak na tę płytę song. „Inertia” to ponad sześć minut muzy w crust grinodwej atmosferze. Pełno w niej ryków i morderczo wolniejszych temp, ale oczywiście nie przez całość jego trwania, gdyż szybkości w nim nie zabraknie, szczególnie w pierwszej części. &lt;br /&gt; Dobrze się tego słucha, ale jakoś nie zapada w pamięć. Inne projekty Mick'a były o wiele lepsze. Pozycja raczej dla wytrawnych słuchaczy agresywnego, brudnego grania.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-1329262498594700500?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/1329262498594700500/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/06/fukpig-spewings-from-selfish-nation.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/1329262498594700500'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/1329262498594700500'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/06/fukpig-spewings-from-selfish-nation.html' title='Fukpig - Spewings From A Selfish Nation'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/TBKVzaJmtNI/AAAAAAAAAQs/Ffke7KvNTYo/s72-c/cover500.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-3545189120868182061</id><published>2010-06-09T23:47:00.005+02:00</published><updated>2010-06-29T01:32:54.566+02:00</updated><title type='text'>Anathema - We're Here Because We're Here</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/TBAMOJm-x1I/AAAAAAAAAQk/fMcvKzPB3bE/s1600/We%27re+Here+Because+We%27re+Here.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/TBAMOJm-x1I/AAAAAAAAAQk/fMcvKzPB3bE/s200/We%27re+Here+Because+We%27re+Here.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5480894183747012434" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Siedem lat czekania na nowy album i w końcu jest ... Dostaliśmy dziesięć kompozycji, z czego trzy były wcześniej dostępne jako wersje demo na oficjalnej stronie zespołu. Lekki zawód już na samym wstępie, bo Daniel Cavanagh zarzekał się, że zrekompensują fanom te lata czekania, że mają głowy pełne pomysłów, że może będzie podwójny album... Niestety... Nic z tych rzeczy, tylko dziesięć numerów … choć z drugiej strony może aż dziesięć? &lt;br /&gt; Po kolejnych zmianach płyta otrzymała nazwę „We're Here Because We're Here”. Pomysł ten został zaczerpnięty z pieśni śpiewanej w przez aliantów podczas I wojny światowej do melodii innej pieśni „Auld Lang Syne”. Fragment tego możemy usłyszeć na płycie, dokładnie na samym początku ostatniego utworu o nazwie „Hindsight”. Wyłania się on z trzasków i pisków starego radia. To taka mała ciekawostka, tak samo jak gościnny występ Ville Valo w „Angels Walk Among Us”, ale pohamujcie swoje emocje, gdyż pan ten udziela się tylko w chórkach i prawie kompletnie go nie słychać. &lt;br /&gt; Czas na konkrety... Anathema anno domini 2010 to zespół, który zapomniał jak to jest być Anathemą. To nadal są Ci sami ludzie, ale gdzieś po drodze zgubili się, zgubili istotę tego, czym Anathema była przez lata. Dlaczego uważam, że tak jest? Po prostu przesłuchałem ich nowy krążek. &lt;br /&gt; Słuchałem go długo, gdyż kapela ta była i nadal jest dla mnie czymś szczególnym, jeżeli chodzi o moją edukację muzyczną. Uciekałem do ich dźwięków zawsze po to, by doświadczyć pięknej muzyki. Żaden zespół nie dorównywał im w tworzeniu muzy opowiadającej o smutku rozstania, o samotności i o wszystkich innych uczuciach, które dojrzewają w człowieku. Teraz tego nie ma! Nadal mamy piękno, ale jest to piękno w stylu „jak to cudownie jest żyć”. &lt;br /&gt; Tak czy inaczej, na „We're Here Because We're Here” można znaleźć kilka ciekawych kompozycji. Zacznę od początku, czyli od „Thin Air”. Zaczyna się jednostajnym, prostym rytmem i kilkoma dźwiękami gitary, do których śpiewa Vincent. Ale jego wokal, co to ma być? Jeszcze nigdy nie śpiewał tak wysoko. Przez lata zawsze walczyłem z każdym fagasem, który śmiał powiedzieć, że Anathema to pedalski zespół, teraz tylko to słowo ciśnie mi się na usta. No ale to tylko śpiew, muzyka za to jest wyśmienita. Bardzo jasna, przejrzysta i oczywiście bardzo pozytywna. &lt;br /&gt; Kolejnym dobrym kawałkiem jest numer „Everything”. Aranżacja, choć nie specjalnie odmieniona od demo wersji, brzmi oczywiście o niebo lepiej. Tutaj startuje fortepian, a razem z nim wokalny tandem Vincent/Lee. To pierwsza pozytywna kompozycja Anathemy i raczej najlepsza z tego ich dorobku, choć mam jedno zastrzeżenie. Konstrukcja tego songu trochę przypomina „Summernight Horizon”, druga kompozycje tego albumu, tam również fortepian gra pierwsze skrzypce itd., aczkolwiek ten jest trochę mocniejszy od „Everything”. &lt;br /&gt; Najciekawszym jednak punktem tej płyty jest „A Simple Mistake”. To jedyny kawałek, w którym Vincent ma to coś w głosie. Ten ból, emocje, uczucie, no nazwijcie to jak chcecie, ten koleś potrafił wyśpiewać smutek. Ze szczęściem już nie idzie mu tak dobrze, ale może się jeszcze nauczy:)&lt;br /&gt; I to było by na tyle. Reszta kompozycji z lekka mnie irytuje, albo jest mi kompletnie obojętna, ale największą pomyłką tego wydawnictwa jest „Get Off, Get Out” autorstwa John'a Douglas'a. Ten utwór brzmi jakby był kawałkiem Porcupine Tree, a ja nie rozumiem, po co grać tak, jak ktoś inny, kiedy jest się świetnym w swoim stylu. &lt;br /&gt; Podsumowując... Album ten ma bardzo czyste brzmienie, słychać, że chłopcy (i dziewczę) dopieścili go i to bardzo, przez co słucha się go dobrze, ale brzmienie to przecież nie wszystko. Liczy się muzyka i niestety muszę przyznać, że jest średnio. To jedna z tych pozycji, których przestaje się słuchać i bardzo rzadko do nich wraca.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-3545189120868182061?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/3545189120868182061/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/06/anathema-were-here-because-were-here.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/3545189120868182061'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/3545189120868182061'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/06/anathema-were-here-because-were-here.html' title='Anathema - We&apos;re Here Because We&apos;re Here'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/TBAMOJm-x1I/AAAAAAAAAQk/fMcvKzPB3bE/s72-c/We%27re+Here+Because+We%27re+Here.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-1799955088203826424</id><published>2010-06-07T00:22:00.003+02:00</published><updated>2010-06-29T01:33:04.276+02:00</updated><title type='text'>Anaal Nathrakh - Domine Non Es Dignus</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/TAwg6hsQ-5I/AAAAAAAAAQc/35_iAcpcRMA/s1600/Domine+non+es+dignus.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/TAwg6hsQ-5I/AAAAAAAAAQc/35_iAcpcRMA/s200/Domine+non+es+dignus.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5479791036451584914" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;„I Wish I Could Vomit Blood On You... ...People” … Tym wymiotującym melanżem zaczyna się rzeczony album i sam tytuł mówi chyba wszystko o zespole i ich muzyce...&lt;br /&gt; „Domine Non Es Dignus” to drugi krążek angielskiego duetu Anaal Nathrakh, który ukazał się na naszym padole na początku listopada 2004 roku.  Założycielem i jedynym muzykiem jest Mick Kenney, czyli Irrumator. Wokalnie pomaga mu krzykacz Benediction Dave Hunt, który tutaj przybrał ksywę V.I.T.R.I.O.L. &lt;br /&gt; Z wydaniem tego materiału zmienił się styl formacji. Necro black metal został zastąpiony fuzją black metalu i grind cora i szczerze powiedziawszy był to dobry manewr. Wystarczy przesłuchać trzeci numer o wymownym tytule „Do Not Speak”, aby dojść do tych samych wniosków co ja. To jedna z najlepszych kompozycji na tym krążku. Szybka, miejscami melodyjna i ciągle prująca do przodu agresywnie i brutalnie jak przystało na czarną muzę. Charakterystycznym motywem jest tutaj wokal. Oczywiście Dave dwoi się i troi na całym albumie, ale tylko miejscami używa czegoś, czego na pierwszej płycie nie czynił, a mianowicie śpiewa heavy metalowym falsetem. Są to w sumie tylko wstawki, ale dzięki nim muzyka Anaal Nathrakh stała się bardziej finezyjna. Przypominają one nieco wyczyny Ishana z Emperor, ale tylko dlatego, że zapoczątkował on coś takiego w black metalu. Podobną kompozycją jest kawałek „This Cannot Be The End”. Tak samo jak poprzedni, wrzyna w ziemię aż miło.&lt;br /&gt; Jeżeli ktoś lubił ich wcześniejsze dzieła, to nie ma się o co martwić, nadal ich twórczość to jeden wielki bluzg skierowany ku ludzkości. Teraz tylko projekt ten stał się jednym z protoplastów można powiedzieć nowego stylu. Ale nie będę im słodził, po prostu opisze jeszcze co znajdziecie na tym krążku.&lt;br /&gt; Automat perkusyjny rządzi całym materiałem. Brzmi on świetnie, więc nie ma się do czego doczepić. A jak jest już automat, to są też zawrotne tempa, ale to akurat jest do przewidzenia. Do wyczynów Dave'a Hunt'a dodam jeszcze to, że używa on efektów, które przesterowują jego wokal na nieco industrialny. Patent ten był oczywiście świadomym czynem, gdyż łączy się to w całość z różnego rodzaju samplami z filmów, jak i chorymi elektronicznymi dźwiękami wytworzonymi w mózgu Irrumatora.&lt;br /&gt; Muzyka tego duetu jest dla każdego szaleńca, lubiącego się w szybkiej, agresywnej muzie,  gdyż przez całe czterdzieści kilka minut nie będzie wytchnienia, tylko rzeźnia, masakra i zniszczenie. Czego chcieć więcej?&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-1799955088203826424?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/1799955088203826424/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/06/anaal-nathrakh-domine-non-es-dignus.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/1799955088203826424'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/1799955088203826424'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/06/anaal-nathrakh-domine-non-es-dignus.html' title='Anaal Nathrakh - Domine Non Es Dignus'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/TAwg6hsQ-5I/AAAAAAAAAQc/35_iAcpcRMA/s72-c/Domine+non+es+dignus.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-5704786582428200009</id><published>2010-06-05T02:15:00.002+02:00</published><updated>2010-06-05T02:19:52.763+02:00</updated><title type='text'>Hiroshima Will Burn - To The Weight Of All Things</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/TAmYH6wa_yI/AAAAAAAAAQU/s4NKSNlULKM/s1600/HWB2.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 198px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/TAmYH6wa_yI/AAAAAAAAAQU/s4NKSNlULKM/s200/HWB2.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5479077683471777570" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Dzisiejszy death metal kompletnie mnie nie kręci. Nawet już nie pamiętam, czy jakakolwiek płyta śmierć metalu z ostatnich pięciu lat naprawdę przypadła mi do gustu, ale jak to się mówi „szukajcie, a znajdziecie”. I znalazłem...&lt;br /&gt; Hiroshima Will Burn to australijski zespół tworzący muzykę z pogranicza technicznego death metalu i metalcora, ale to nie wszystko. Grupa ta miesza te style z jazzowymi wstawkami i progresywnymi najazdami oraz dysonansami, jak to bywa w tak pokręconej muzyce…&lt;br /&gt;W 2009 roku światło dzienne ujrzał ich debiut o nazwie „To The Weight Of All Things”. Album zawiera osiem utworów zamykających się w lekko ponad 30 minutach. Nie jest to ani za długo, ani za krótko, można rzecz w sam raz. &lt;br /&gt;W składzie mamy pięć osób i każda z nich jest niesamowicie utalentowana. Gitarzyści tworzą raz to ciężkie, śmiercionośne riffy, by za chwile zmienić je na jazz wstawki, które wprowadzają kontrolowany chaos. Sekcja rytmiczna również czyni fenomenalne rzeczy. Bas ciągle słyszalny, pulsuje raz to do rytmu perkusji, a raz razem z wiosłami. Ma on również kilka momentów solowych, takich jak początek „Enigmatic Consumption” - to jedna z moich ulubionych kompozycji na tym krążku . No i perkusja... Ten instrument też czyni wiele dobrych, ciekawych rzeczy na  „To The Weight...”. Słychać, że pałker Josh Reynolds to świetny muzyk, potrafiący grać w rożnych tempach, z finezją i fantazją. A to, co chwali mu się najbardziej to rzadkie używanie blastów. Za to mamy tu częstsze jazdy na dwie stopy, czyli to, co w deathie jest najciekawsze. A jak już słyszymy jakieś blasty, to są one tak umiejętnie dopasowane do reszty, że kompletnie nie przeszkadzają słuchaczowi w odbiorze muzyki. No i został jeszcze wokal... A jest on jak to na death metal przystało głęboki, agresywny i mocny. Cóż tu dużo pisać... genialny tak jak pozostali.&lt;br /&gt; Ciekawostką płyty jest numer „Laberinto”. To instrumentalna sztuka pokazująca, jak dobrzy techniczne są muzycy Hiroshima Will Burn. Nie usłyszycie na niej ani jednego death riffu, ani jednego blastu. To spokojna jazzująca aranżacja w wielkim stylu. Prawie, że poetyczna. &lt;br /&gt; Ta płyta jest świetna bez dwóch zdań. Niestety to pierwsze i ostatnie wydawnictwo tej formacji. Prawie zaraz po wydaniu tego debiutu ogłoszono rozpad  zespołu. Trochę przykre, gdyż zaświecili bardzo jasno w death światku... Zgaśli jeszcze szybciej.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-5704786582428200009?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/5704786582428200009/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/06/hiroshima-will-burn-to-weight-of-all.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/5704786582428200009'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/5704786582428200009'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/06/hiroshima-will-burn-to-weight-of-all.html' title='Hiroshima Will Burn - To The Weight Of All Things'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/TAmYH6wa_yI/AAAAAAAAAQU/s4NKSNlULKM/s72-c/HWB2.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-8028572635730270631</id><published>2010-06-03T11:44:00.002+02:00</published><updated>2010-06-03T11:45:22.618+02:00</updated><title type='text'>Amorphis - Silent Waters</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/TAd5pPLiMJI/AAAAAAAAAQM/mahIHWy-OVQ/s1600/Silent+Waters+.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 199px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/TAd5pPLiMJI/AAAAAAAAAQM/mahIHWy-OVQ/s200/Silent+Waters+.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5478481221076005010" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Minęło dziewięć lat... Tyle czasu potrzebowałem, by znów zainteresować się jakimś materiałem spod szyldu Amorphis. Ale i tak nie sięgnąłem po ich ostatnie dzieło, tylko cofnąłem się do przedostatniego wydawnictwa „Silent Waters”, które wyszło w 2007 roku. Pewnie zrobiłem tak dlatego, że dowiedziałem się, iż Finowie znów swymi inspiracjami sięgnęli do Kalevali, tak jak robili to za dawnych dobrych czasów np. w „Tales from the Thousand Lakes ”. &lt;br /&gt; „Silent Waters” to moja pierwsza przesłuchana płyta z Tomim Joutsenem na wokalu. Oczywiście słyszałem jakieś tam single i widziałem teledyski z nim w roli głównej, ale jakoś nie ciągnęło mnie do płyty. W końcu stało się...&lt;br /&gt; Przesłuchałem raz, przesłuchałem kilkadziesiąt razy i niestety... trochę żałuje czasu, który zmarnowałem. Wydawnictwo to jest średnie, nie zaskakuje niczym szczególnym ani nie wybija się ponad przeciętność. Ckliwe melodie wylewają się z niego tonami.&lt;br /&gt; Nowością dla mnie był growl, który powrócił do muzyki Amorphis (np. w „Weaving the Incantation”, „Towards and Against” itd.). Poza tym Tomi cholernie przypomina swoimi wyczynami Pasi Koskinena, ma podobną manierę śpiewu. Pewnie właśnie dlatego wylądował w Amorphis na etacie.  &lt;br /&gt; Ale nawet tu znalazłem coś, co przykuło moją uwagę. Pierwszym numerem, dzięki któremu zupełnie nie spisałem tej płyty na straty jest „Towards and Against”. To jedna z szybszych kompozycji, gdzie gitarki ciekawie łączą się z klawiszami w tle i growlem - i jest prawie dobrze, do czasu aż wchodzi refren... cukierkowaty, aż do wyrzygania. Ale i tak całość w porównaniu do innych jest na plus. Kolejnym interesującym utworem jest „I of Crimson Blood”. Ten to zaczyna się melodyjnym fortepianem, który przeobraża się w melodyjną solówkę na gitarze. Później wchodzi Tomi i ich wyczyny przypominają mi lekko Lake of Tears, ale jest trochę za sielankowato, trochę za bardzo wesoło. Następny kawałek to już balladka „Her Alone”, najdłuższa kompozycja na tym albumie i obok poprzedniego najlepsza. Mógłbym nawet napisać, że przypomina mi ona ich wyczyny z czasów kiedy jeszcze na samą myśl o słuchaniu ich albumów serce szybciej mi biło. Mógłbym tak napisać i szczerze bardzo bym chciał. Ale niestety to jest tylko niezłe, a echa przyszłości już ledwo co słychać. &lt;br /&gt; Największy chłam w metalu pochodzi z Finlandii. Jeżeli ktoś szuka ckliwych, chwytliwych melodyjnych pioseneczek to tam na pewno coś znajdzie. Z przykrością muszę przyznać, że Amorphis podąża w tym kierunku, choć resztki ich honoru nadal są słyszalne. Ale jest ich tak mało, że prawie ich nie ma.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-8028572635730270631?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/8028572635730270631/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/06/amorphis-silent-waters.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/8028572635730270631'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/8028572635730270631'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/06/amorphis-silent-waters.html' title='Amorphis - Silent Waters'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/TAd5pPLiMJI/AAAAAAAAAQM/mahIHWy-OVQ/s72-c/Silent+Waters+.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-3303937141857651437</id><published>2010-05-31T11:48:00.001+02:00</published><updated>2010-05-31T11:51:37.639+02:00</updated><title type='text'>Hey – Sic!</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/TAOGpHwdAlI/AAAAAAAAAQE/Dn_O8EGcj58/s1600/sic_Hey,images_big,29,0927419392.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 196px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/TAOGpHwdAlI/AAAAAAAAAQE/Dn_O8EGcj58/s200/sic_Hey,images_big,29,0927419392.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5477369612827689554" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;„Sic!” to szósty album polskiego zespołu Hey, który wyszedł w 2001 roku. Dla mnie to kolejny, który postanowiłem poznać i chyba ostatni, jaki przesłucham, gdyż po przestudiowaniu paru ich albumów nie znalazłem niczego na tyle wartościowego, bym sięgnął po kolejne. Faktem jednak jest, że „Sic!” jest najlepszą ich odsłoną, oczywiście tylko w moim mniemaniu…&lt;br /&gt; Tym razem Szczecinianie zaoferowali nam trzynaście kompozycji, nieco odmiennych od tego, co czynili w przeszłości. Powodem tego była zmiana głównego kompozytora. Piotra Banacha zastąpił Paweł Krawczyk. On to wniósł do brzmienia Hey nieco orzeźwienia, sprawił, że stało się ono bardziej nowoczesne i nieco urozmaicone. Oczywiście jest to jak najbardziej plus tego wydawnictwa, ale istnieje też minus. Większość utworów i patentów, które Paweł Krawczyk skomponował ciągle mi coś przypominają. Sam Krawczyk zarzekał się, że jego jedyną inspiracją był wtedy zespół Coldplay, ale według mnie to nie wszystko. Materiał z „Sic!” naładowany jest rożnego rodzaju wpływami i przez to jest on nieco wtórny. Pytanie, po co słuchać czegoś polskiego, jeżeli już coś podobnego było nagrane w innych krajach, przez lepsze zespoły?&lt;br /&gt; No ale do rzeczy... Początek albumu, czyli „Antiba” jest mocny i konkretny, poza tym Kasia w nim wydziera się aż miło. Nigdy wcześniej Hey nie był tak ciężki jak tutaj. Za to następny tytułowy numer „[Sic!] to już fatalna kompozycja, szczególnie przez tekst z refrenu: „Nie, nie, nie. Nie to nie. Mówię nie gdy myślę nie...”. Nie jest to chyba jeden z tych sławnych tekstów Nosowskiej? Oczywiście każdemu zdarza się napisać coś mniejszych lotów, nawet sławnej Kasi Nosowskiej. Za to w balladce „Prelud deszczowy” wszystko jest już tak, jak być powinno. Subtelna i czysta aranżacja plus bardzo obrazkowy tekst czyni ten numer jednym z ciekawszych na tym krążku. &lt;br /&gt; Ciekawostką tego wydawnictwa jest cover zespołu Blondie - „Hanging on the telephone”. Nagrany poprawnie, tak jak pewnie zrobiłby to każdy. Ale tylko dlatego, że to dobry i skoczny numer, a przez to ciężki do spartolenia. Najciekawszą sztuką wśród tych trzynastu jest „Cudzoziemka w raju kobiet”. Świetne liryki, niesamowita ekspresja Kasi, szczególnie dzięki lekkiemu okrzykowi lub subtelnemu wyciu (jak tam kto woli), do tego piękna aranżacja sprawia, że wbija się on w pamięć.&lt;br /&gt; Wiem, że fani tego typu grania oskórowaliby mnie za to, co zaraz napisze, ale wydaje mi się, że prawda sama się obroni. Niby to dobry album, ale to tylko lekka iluzja tego, że to wszystko muzycznie już gdzieś było. Przez to „Sic!” nie wnosi sobą nic nowego. Zanim więc oskarżycie mnie o herezję, zastanówcie się, czy jest on wart wznoszenia go na ołtarze... Wydaje mi się, że nie...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-3303937141857651437?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/3303937141857651437/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/05/hey-sic.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/3303937141857651437'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/3303937141857651437'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/05/hey-sic.html' title='Hey – Sic!'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/TAOGpHwdAlI/AAAAAAAAAQE/Dn_O8EGcj58/s72-c/sic_Hey,images_big,29,0927419392.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-3927161399645047962</id><published>2010-05-27T00:18:00.001+02:00</published><updated>2010-05-27T00:21:04.519+02:00</updated><title type='text'>Pär Lindh and Björn Johansson – Bilbo</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S_2eyoBa7bI/AAAAAAAAAP8/LpcZ23fRJDU/s1600/c4be7c028dac36ffb56944ca7873f2a9_full.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S_2eyoBa7bI/AAAAAAAAAP8/LpcZ23fRJDU/s200/c4be7c028dac36ffb56944ca7873f2a9_full.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5475707314526416306" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Oto kolejna muzyczna opowieść opiewająca twórczość J.R.R Tolkiena, tym razem o zabarwieniu progresywnym. Pär Lindh i Björn Johansson  stworzyli album „Bilbo”, oparty na sławnej powieści angielskiego bajarza „Hobbit”. Muzycznie osadzili go tak, jak już wspomniałem wyżej, w muzyce progresywnej, ale oczywiście nie tylko. Twórczość Pär Lindha to symfoniczny prog rock i to właśnie tu znajdziemy. Do warstwy muzycznej dodano jeszcze motywy neoklasyczne i trochę folkowych i taki jest mniej więcej obraz stylu tego krążka. A co tak naprawdę w nim jest ? Dobre pytanie, na które spróbuje odpowiedzieć. &lt;br /&gt; Płytkę rozpoczyna utwór „The Shire”. Pojawia się niewinnie śpiewem ptaków, po czym dołącza do nich obój z pięknym, melodyjnym wdziękiem. Dalej mamy delikatne smyczki, fortepian i inne...  To numer instrumentalny, jak większość tutaj. Ciekawostką płyty są rożnego rodzaju motywy dźwiękowe, takie jak odgłos śpiewu ptaków w „The Shire”, odgłos pukania Gandalfa w drzwi Bilba w „Gandalf the Magician”, czy odgłosy burzy i upadek pierścienia w „The Dark Cave”. &lt;br /&gt; Kawałki wokalne śpiewa Magdalena Hagberg i muszę przyznać, że czyni to przepięknie. W „Song of the Dwarfs” wtóruje jej flet i werbel, dzięki czemu cała ta kompozycja ma charakter marszowy, ale też i lekko liryczny. W „Rivendell” zaś Magdalena wyśpiewuje piosnkę elfów z kolorową lekkością, co brzmi niczym śpiew dziecka, oczywiście w tej pozytywnej materii. W nim to po raz pierwszy słyszymy gitarę elektryczną. Björn Johansson swoją grą niekiedy przypomina wyczyny Mike Oldfielda. Obydwaj używają podobnych patentów, co najbardziej słychać w „Running Towards the Light”. To mój ulubiony fragment tego albumu. Do tych naprawdę ciekawych dodam jeszcze dwa kawałki. Pierwszy „Mirkwood Suite”, jak sam tytuł wskazuje to suita ponad jedenastominutowa, oraz drugi „Smaug”, najbardziej dramatyczny kawał muzyki tego wydawnictwa, ale to nic dziwnego, w końcu jest to kompozycja o smoku.&lt;br /&gt; Mógłbym opisywać i opisywać każdy z piętnastu kawałków tej płyty, ale nie miałoby to większego sensu. W tej muzyce napakowane jest tak wiele, że słowa to za mało. Trzeba to po prostu usłyszeć, a polecam to każdemu. To wybitne dzieło!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-3927161399645047962?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/3927161399645047962/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/05/par-lindh-and-bjorn-johansson-bilbo.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/3927161399645047962'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/3927161399645047962'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/05/par-lindh-and-bjorn-johansson-bilbo.html' title='Pär Lindh and Björn Johansson – Bilbo'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S_2eyoBa7bI/AAAAAAAAAP8/LpcZ23fRJDU/s72-c/c4be7c028dac36ffb56944ca7873f2a9_full.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-4876377423481924531</id><published>2010-05-23T23:50:00.001+02:00</published><updated>2010-05-23T23:54:29.029+02:00</updated><title type='text'>Sacrifice - Crest of Black</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S_mkDmrH5DI/AAAAAAAAAP0/ocFMR2LrN2Y/s1600/kim_sacrifice_jp1.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 199px; height: 200px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S_mkDmrH5DI/AAAAAAAAAP0/ocFMR2LrN2Y/s200/kim_sacrifice_jp1.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5474587203873530930" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Powinniśmy się cieszyć, bo thrash metal od ładnych paru lat odradza się, a my żyjemy w tych czasach. Tylko dlaczego za każdym razem, kiedy sięgam po kolejne albumy tych nowych thrashowych kapel, odczuwam niedosyt ? Jeszcze nie natknąłem się na taką płytkę, dzięki której mógłbym zwariować choć na chwilę, szalejąc po mieszkaniu w rytm jej dźwięków. Nie ma... za to jest cała masa chłamu!&lt;br /&gt;  Właśnie dlatego zapragnąłem sięgnąć po coś starego, po coś, czego jeszcze nie znam. Scena japońska zawsze była dla mnie enigmą, coś tam znałem, ale to „coś” był malutkim tylko procentem tego, co tam się działo. Tak to trafiłem na grupę prosto z Tokyo o nazwie Sacrifice i ich pierwszy album „Crest of Black”.&lt;br /&gt; Od pierwszego przesłuchania wiedziałem, że właśnie tego mi brakowało. Zbasowane brzmienie, ciężkie, rzężące gitary. Niby wszystko to można znaleźć teraz, ale jednak Sacrifice, choć wtedy kompletnie nieznany w Europie, teraz swoim debiutem bije wszystkie nowoczesne kapele wykonywające ten styl. &lt;br /&gt; „Crest of Black” wyszedł w 1987 roku. Płytka ta zawiera dziewięć kompozycji inspirowanych takimi kapelami jak Venom i Bathory, ale nie tylko, gdyż słychać w nich też wpływy kapel ruchu NWOBHM. Całość trwa lekko ponad 40 minut, czyli standardowo, ani za długo, ani za krótko. &lt;br /&gt; Krążek rozpoczyna subtelna kołysanka, która po paru sekundach zamienia się w szum. W tła dobiegają odgłosy Akira Sugiuchi – wokalisty grupy. Znów po paru sekundach zmiana, tym razem wchodzi ciężki walcowaty riff i roznosi swą siłą wszystko, co napotyka na drodze. Kiedy wchodzi sekcja rytmiczna, tempo nieco przyspiesza i utrzymuje się na jednym poziomie już do końca. Numer ten nosi nazwę „Friday Nightmare”. &lt;br /&gt; Jak to bywa z tego typu wydawnictwami wokal jest nieco niezrozumiały, ale teksty są po angielsku. Thrash po japońsku to nie za dobry wybór i Sacrifice o tym wiedzieli. Reszta kompozycji (oprócz „Illusory scene”, gdyż to instrumentalna miniatura) jest mniej lub bardziej taka sama jak ta pierwsza, co wcale nie jest minusem. W przypadku takich płyt jest to jak najbardziej plus, gdyż jest to równe granie, kopiące w krocze, prące do przodu. I tak ma być! &lt;br /&gt; To pozycja, dla old schoolowców, kochających tamte lata i ten styl.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-4876377423481924531?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/4876377423481924531/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/05/sacrifice-crest-of-black.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/4876377423481924531'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/4876377423481924531'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/05/sacrifice-crest-of-black.html' title='Sacrifice - Crest of Black'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S_mkDmrH5DI/AAAAAAAAAP0/ocFMR2LrN2Y/s72-c/kim_sacrifice_jp1.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-4971433815885107714</id><published>2010-05-22T00:19:00.002+02:00</published><updated>2010-05-22T00:28:43.152+02:00</updated><title type='text'>Hesperus Dimension - The Cyclothymic Panopticon</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S_cJEzsdCcI/AAAAAAAAAPs/tkUSqKLdYo0/s1600/hesperusdimension_cycloMCD.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 192px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S_cJEzsdCcI/AAAAAAAAAPs/tkUSqKLdYo0/s200/hesperusdimension_cycloMCD.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5473853850292914626" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Industrial black metal to niezbyt popularny styl w naszym kraju. Istniejące kapele, które parają się tym stylem w Polsce można by policzyć na palcach jednej ręki. Jednakże Hesperus Dimension wyróżnia się z tego małego grona profesjonalizmem i pewnym rozmachem, którego brakuje reszcie. Przykładem jest występ Fausta jako wokalisty na ich pierwszej Ep-ce. Ale to już przeszłość... dzisiejsza recenzja przedstawia ich drugi oficjalny materiał, również Ep-ke - „The Cyclothymic Panopticon”.&lt;br /&gt; Została ona wypuszczona w 2008 roku przez  Serpené Héli Music, a poprzedzał ją trailer. Taki chwyt nieczęsto się zdarza, szczerze, to był pierwszy zwiastun nadchodzącej płytki jaki widziałem. To też coś mówi o tej grupie. W skład jej wchodzą: Nahald, Marthrum i Maryś. Wszyscy muzycy wcześniej, jak i teraz udzielali się lub tworzyli inne projekty, co czyni Hesperus Dimension dojrzałym tworem. No ale do rzeczy...&lt;br /&gt; „The Cyclothymic Panopticon” to sześć utworów, z czego jeden z nich to remix pierwszego numeru „The Axis of Diagram” - „The Diagram of an Axis (Remix by Adon)”. Mix ten kompletnie do mnie nie przemawia. Słychać w nim oczywiście partie z oryginału, ale wszystko opatrzone jest jednym wielkim szumem. Nie wiem, może naprawdę istnieją ludzie, których kręcą takie eksperymenty, ja jednak uważam, że to nic wartościowego. Ale wróćmy do numeru pierwszego...&lt;br /&gt; W „The Axis of Diagram” najbardziej słychać wpływy takich kapel jak Thorns czy Aborym. Ale to nic dziwnego, w końcu to kultowe grupy tego gatunku. Jedynym wyróżniającym się czynnikiem jest użycie saksofonu na początku, jak i pod koniec numeru. Dzięki temu brzmi on z lekka awangardowo.&lt;br /&gt;Tytułowa sztuka to trochę ponad minutę industrialnych dźwięków, jakby zaproszenie do przesłuchania reszty, przysłowiowe intro. Kolejny, czyli „Through Drowsy Daydreams (Where Is that Man that I Heard of)” jest już w stylu pierwszego i nic do tego nie dodam. Zostały jeszcze dwa, obydwa ponad dwu minutowe, przedstawiające Hesperus Dimension jako zespół, który może jeszcze zamieszać w światku tego gatunku. &lt;br /&gt; Ep-ka ta opatrzona jest czytelnym brzmieniem, nawet automat perkusyjny nie razi, jak to często bywa w tego typu tworach. Wszystko jest na wysokim poziomie, choć nie zaskakuje. Jedno jest pewne, będę obserwował tą formacje i ich przyszłe wyczyny. Może jeszcze zaskoczą?&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-4971433815885107714?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/4971433815885107714/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/05/hesperus-dimension-cyclothymic.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/4971433815885107714'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/4971433815885107714'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/05/hesperus-dimension-cyclothymic.html' title='Hesperus Dimension - The Cyclothymic Panopticon'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S_cJEzsdCcI/AAAAAAAAAPs/tkUSqKLdYo0/s72-c/hesperusdimension_cycloMCD.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-4216117843784075995</id><published>2010-05-22T00:17:00.002+02:00</published><updated>2010-05-22T00:18:17.902+02:00</updated><title type='text'>Pär Lindh Project - Mundus Incompertus</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S_cGnRQbLMI/AAAAAAAAAPk/nLDrBV3iWR4/s1600/cover_344162412008.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S_cGnRQbLMI/AAAAAAAAAPk/nLDrBV3iWR4/s200/cover_344162412008.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5473851143809084610" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Niedawno to podniecałem się pierwszą płytą tej formacji, teraz przyszedł czas na drugą. „Mundus Incompertus” została wydana w 1997 roku i tak samo jak na poprzedniczce, Pär Lindh - główny kompozytor pokazał, że potrafi, jak nikt chyba w dzisiejszych czasach, naśladować wielkich tego stylu. Oczywiście twórczość Pär Lindh Project nie kończy się tylko na naśladownictwie, zespół ten to o wiele więcej. &lt;br /&gt; Tym razem dostaliśmy trzy utwory, zamykające się w ponad czterdziestu minutach. Album otwiera piękna kompozycja „Baroque Impression No. 1”. Nazwanie tego kawałka barokowym, jak to uczynił twórca, jest strasznie ubogim określeniem. Oczywiście zgadzam się, że barokiem to tu śmierdzi na odległość, ale jak napisałem wyżej, to nie wszystko. To ponad dziewięć minut przepięknie dobranych dźwięków, które przedstawiają ww. okres muzyczny w świetle prog rocka XX wieku. Najlepszym przykładem tego jest perkusja, robiąca tutaj fenomenalna robotę.&lt;br /&gt; Kolejną odsłoną „Mundus Incompertus” jest „The Crimson Shield”. To nieco odmienny od pierwszego numer. Tutaj muzyka jest raczej subtelną woalką, zaskakującą nas swoim wzorem, ale jednak dalej lekko opadającą na nasze uszy. Główną rolę odgrywa tu klawesyn i lekki kobiecy wokal, a obydwa te elementy spaja melotron, tworząc tło dla całości. Ta sztuka ma już raczej odcień renesansu, jej atmosfera jest dworska, ale raczej osobista niźli salonowa. &lt;br /&gt; Trzecim i zarazem ostatnim jest utwór tytułowy - „Mundus Incompertus”. To ponad dwudziesto sześcio minutowa epicka przygoda z muzyką progresywną made by Pär Lindh Project. Pierwszoplanowym instrumentem, trzymającym i łączącym wszystko w jedną niesamowitą całość są klawisze, ograny, Hammondy, palce Pär Lindh'a. To on pcha całą resztę do przodu, on gra pierwsze skrzypce. Ale nie tylko, więc nadmienię jeszcze rewelacyjną grę gitary jako niezwykłość tej kompozycji. Resztę przesłuchajcie sami – warto!&lt;br /&gt; Raz jeszcze zostałem oczarowany przez Pär Lindh Project, ale po poznaniu ich pierwszego dzieła, jakżeby mogło być inaczej. Trochę szkoda, że są tak mało znani  w szerszym świecie. Niestety, tylko ludzie siedzący w tym światku pewnie ich kojarzą, a to straszne niedopatrzenie.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-4216117843784075995?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/4216117843784075995/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/05/par-lindh-project-mundus-incompertus.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/4216117843784075995'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/4216117843784075995'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/05/par-lindh-project-mundus-incompertus.html' title='Pär Lindh Project - Mundus Incompertus'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S_cGnRQbLMI/AAAAAAAAAPk/nLDrBV3iWR4/s72-c/cover_344162412008.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-8335318211368936123</id><published>2010-05-19T00:28:00.008+02:00</published><updated>2010-06-29T01:33:50.160+02:00</updated><title type='text'>Hermh – Cold+Blood+Messiah</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S_MUwWt1QJI/AAAAAAAAAPc/h1GM32ciIYY/s1600/545b14b4ea156fdbd7597b103a0a239f_full.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 186px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S_MUwWt1QJI/AAAAAAAAAPc/h1GM32ciIYY/s200/545b14b4ea156fdbd7597b103a0a239f_full.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5472740793149374610" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Jakoś nigdy nie zachwycałem się wydawnictwami Hermh. Zawsze uważałem ich za zespół tzw. drugiej ligi, starający się oczywiście o większe uznanie, ale jednak pozostający poza tymi większymi, którzy rządzili sceną. Gdzieś tam pod koniec 2008 r. usłyszałem, że ich ostatni, czwarty krążek, to największe dzieło w ich dyskografii, objawieniem na scenie symphonic black metalu w Polsce. Z zasady nie wierzę żadnym recenzjom, ale obiecałem sobie, że przesłucham ten album. Minęło sporo czasu od tamtej pory, ale w końcu do niego dotarłem.&lt;br /&gt; Niestety, jak to w przeważającej części bywa, znów się zawiodłem. „Cold+Blood+Messiah”, bo tak to nazwano tą płytę, to dobry album, ale strasznie wtórny, z lekka nudny, w ogóle nie przyciągający. Po przesłuchaniu jego nic nie zostaje, wszystko po prostu przelatuje. Zgodzę się jednak, że to ich największe działo. Mystic Production - wydawca tegoż, odwalił kawał dobrej roboty, by opchnąć ten produkt. Okładka i cała wkłada są świetne, oprawa graficzna na wysokim poziomie, no ale nie kupuje się płyty dla fajnych obrazków, ale dla muzyki.&lt;br /&gt; No właśnie, muzyka... Na „Cold+Blood+Messiah” mamy zlepek symphonic blacku, a inspiracje są aż nadto oczywiste. Nowa płyta Hemrh mogłaby być nazwana „Tam gdzie Emperor spotkał Dimmu Borgir” plus do tego typowe dla dzisiejszych zespołów ekstremy wstawki z bliskiego wschodu i średniowieczne chóry. Wszystko byłoby ładne i piękne, gdyby nie to, że nie ma do czego ucha przyłożyć. Aranżacje są monotonne, praktycznie takie same. Brak w tej muzie urozmaicenia. &lt;br /&gt; Jedynie momenty są ciekawe. Początek „Eyes of the Blind Lamb”, refren „Sin is the Law”, miniatura instrumentalna „Gnosis”, a cała reszta niestety na kolana nie rzuca. Poza tym album ten jest krótki, niecałe czterdzieści minut muzyki, a to trochę mało. Może pomysłów nie było za wiele...  Oczywiście całość jest opatrzona czytelnym brzmieniem Hertz'a, bo jakżeby inaczej. To zaczyna się robić już tak wtórne jak wtórne były brzmienia płyt wychodzących z Selani. &lt;br /&gt; Dostaliśmy kolejny pięknie wydany średni krążek. Może następnym razem będzie lepiej, ale trzeba by poszukać inspiracji gdzieś indziej, a może stworzyć coś oryginalnego. Wtedy pewnie będzie o  „niebo” lepiej.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-8335318211368936123?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='enclosure' type='' href='http://www.megaupload.com/?d=J2BDZD94' length='0'/><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/8335318211368936123/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/05/hermh-coldbloodmessiah.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/8335318211368936123'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/8335318211368936123'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/05/hermh-coldbloodmessiah.html' title='Hermh – Cold+Blood+Messiah'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S_MUwWt1QJI/AAAAAAAAAPc/h1GM32ciIYY/s72-c/545b14b4ea156fdbd7597b103a0a239f_full.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-7540114552463607839</id><published>2010-05-19T00:15:00.001+02:00</published><updated>2010-05-19T00:18:36.797+02:00</updated><title type='text'>Profanum - Musaeum Esotericum</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S_MSN-oiIRI/AAAAAAAAAPU/nK_sJ86a4MM/s1600/Musaeum+Esotericum.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S_MSN-oiIRI/AAAAAAAAAPU/nK_sJ86a4MM/s200/Musaeum+Esotericum.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5472738003545891090" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Minęło już dziewięć lat. Dziewięć lat od wydania ostatniego albumu nieistniejącej już Zielonogórskiej grupy Profanum. „Musaeum Esotericum” - taką to nadali mu nazwę.. Z jednej strony szkoda, że duet Bastisa i Geryon'a zniknął z naszego padołu, gdyż odsłaniali przed nami niecodzienną wizję czarnego grania. Jednakże w porównaniu z resztą ich dyskografii, muszę stwierdzić, że ich ostatnie dzieło wychodzi trochę blado. &lt;br /&gt; „Musaeum Esotericum”to dwa utwory, niecałe czterdzieści minut muzyki. To „Ecce Deliquium Lunae - Atri Misanthropiae Floris” i „Ecce Axis Mundi - Ars Magna Et Ultima”, obydwa osadzone mocno w muzyce neoklasycznej. Profanum wyrzekł się gitar, cięższego brzmienia, na rzecz klimatu symfonii, dark ambinetu. Ale nie tylko... W pierwszym numerze, ponad dwudziestominutowym, można znaleźć motywy ludowe, oczywiście skrzętnie ukryte w monumentalnych dźwiękach. Nie wiem, czy to przypadek, czy manewr całkiem świadomy, jedno jest pewne, Profanum nie był pierwszym, który by sięgał do muzyki ludowej. Wystarczy popatrzeć na działa Chopina. Oczywiście nie porównuje muzyki naszego wielkiego kompozytora do twórczości Profanum, jestem od tego daleki, ale pokazuję, że nie byliby pierwsi.&lt;br /&gt; Jednakże to tylko mały minus, jeżeli w ogóle można nazwać to minusem. Większym jest użycie automatu perkusyjnego w obydwu kawałkach. Pytam się po co? „Musaeum...” przesiąknięte jest smyczkami, rożnego rodzaju symfonią i klawiszami, więc po co psuć tak ciekawie zarysowaną atmosferę czymś tak sztucznym jak automat? Dźwięki tego syntetycznego instrumentu są kompletnie niepotrzebne. To tak, jakby panowie chcieli na siłę wpleść jakiś black metalowy akcent w swoją muzykę.&lt;br /&gt; Poza tym jest tu jeszcze jedna rzecz trochę odstająca, gryząca się z resztą, a mianowicie niektóre linie wokalne Bastisa. Kompletnie nieczytelne, przesterowane, sztuczne. Rozumiem, pewnie czarny klimat miał być ponad wszystko, ale brak w tym złotego środka. Lubię rozumieć przekaz artysty, a tutaj jest on niestety nieczytelny.&lt;br /&gt; Dlatego też krążek ten zaliczę tylko do średnich, z ciekawymi elementami owszem, ale nie odsłaniający przed nami żadnego geniuszu.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-7540114552463607839?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/7540114552463607839/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/05/profanum-musaeum-esotericum.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/7540114552463607839'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/7540114552463607839'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/05/profanum-musaeum-esotericum.html' title='Profanum - Musaeum Esotericum'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S_MSN-oiIRI/AAAAAAAAAPU/nK_sJ86a4MM/s72-c/Musaeum+Esotericum.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-6072917411801693584</id><published>2010-05-12T19:30:00.001+02:00</published><updated>2010-05-12T19:35:11.073+02:00</updated><title type='text'>Hey – Karma</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S-rmyiQsOBI/AAAAAAAAAPM/2WSeObWtb9o/s1600/karma.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S-rmyiQsOBI/AAAAAAAAAPM/2WSeObWtb9o/s200/karma.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5470438453259548690" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Jakoś dziwne jest to, że dużo ludzi albo nie słucha, albo nie poważa polskiej muzyki. Sam nie jestem wielkim fanem polskiego grania, choć mam swoje ulubione typy. Zespół Hey był zawsze gdzieś obok, ani mnie nie ziębił, ani nie grzał, po prostu był. Teraz znam już kilka płyt i nie żałuje, że je poznałem, ale gdybym ich nie poznał, to bym dużo nie stracił…&lt;br /&gt; Album, który mnie zaciekawił (ale oczywiście tylko troszeczkę) nosi nazwę „Karma”. To ich piąta płyta z 1997 roku. Po okładce z pacyfką i oczywiście po tytule spodziewałem się jakiegoś rocka psychodelicznego, albo chociaż jakiegoś hipisowskiego akcentu. Niestety, w tym albumie nic takiego nie ma (prawie). A co jest? Mamy tu mocny otwierający utwór „Zakochani”, z ciekawym tekstem, gdzie to Katarzyna Nosowska śpiewa o tych błądzących w obłokach ludziach trochę inaczej, niż się to zwykło czynić. Ciekawie, ale nie porywająco. &lt;br /&gt; Przebojem tego krążka jest numer trzeci o nazwie „Katasza”. Śmieszny tekst, z lekka piosenkowe wykonanie, czyni ten numer bardzo chwytliwym i wpadającym w ucho. Ciekawą historię przedstawia balladka „O Podglądaniu”. Dzięki niemu słychać, że Kasia coraz bardziej odchodzi od rockowego śpiewania, że już nie do końca jej leży ten styl. Podobnie jest z inną wolną piosenką „O Suszeniu”.&lt;br /&gt; Na albumie pojawia się też trochę nowych rytmów, a mianowicie w utworach „Że”,  „Dosyć Poważnie” i „To Trzeba Lubić”. Jednak niczego nowego nie wnoszą do muzyki, po prostu to małe eksperymenty. Tak jak bywało na poprzednich krążkach Hey, tak też i tu kawałki anglojęzyczne są średniej jakości. Choć z lekka patrzę przychylnym okiem na „Saskias Life”, dzięki ciekawej aranżacji, to jednak nie czuć w nim większego polotu. &lt;br /&gt; I został jeszcze kawałek tytułowy. (To właśnie jest to prawie). „Karma” z lekka posiada psychodeliczne dźwięki, transowy rytm i gdyby tylko go bardziej rozbudować, poszerzyć, upiększyć, może nawet wstawić ścieżkę wokalną to mogłoby coś z niego być. Tak jest on tylko końcem albumu, który szczerze mówiąc jest taki sobie. &lt;br /&gt; Niby ambicje są, ale rzekłbym, że to raczej balansowanie między przebojowością, a chęcią tworzenia czegoś ambitnego. Cóż, pewnie od fanów bym oberwał, ale niestety tak czuję tą piątą płytkę Hey'a. Nic szczególnego...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-6072917411801693584?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/6072917411801693584/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/05/hey-karma.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/6072917411801693584'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/6072917411801693584'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/05/hey-karma.html' title='Hey – Karma'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S-rmyiQsOBI/AAAAAAAAAPM/2WSeObWtb9o/s72-c/karma.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-5896736085746453317</id><published>2010-05-12T19:27:00.002+02:00</published><updated>2010-05-12T19:27:52.643+02:00</updated><title type='text'>Pär Lindh Project - Gothic Impressions</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S-rlE5TdSYI/AAAAAAAAAPE/J5iHsghH_bU/s1600/Gothic+Impressions.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S-rlE5TdSYI/AAAAAAAAAPE/J5iHsghH_bU/s200/Gothic+Impressions.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5470436569659558274" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Słuchanie i pisanie o takich albumach jak „Gothic Impressions” grupy Pär Lindh Project to nie lada wyzwanie, z czego z tych dwóch najtrudniejsze jest pisanie. Muzyka tego typu, a projekt ten tworzy symfoniczny prog rock, jest krótko mówiąc nie do opisania, albo inaczej, można o niej pisać, ale ciężko zawrzeć cały jej sens na jednej stronie. O takich albumach można pisać eseje, a nawet i prace naukowe.&lt;br /&gt; Ale do rzeczy... Krążek ten wyszedł w 1994 roku, ale słuchając go można mieć wrażenie, że wcale tak nie jest. Brzmienie jego bowiem przywodzi na myśl albumy, które powstawały w latach 70-tych. Ma w sobie ten sam klimat, a szczególnie słychać to w numerze „ Green Meadow Lands”, ale o nim później.&lt;br /&gt; Płytę zaczyna nieco ponad dwuminutowe intro „Dresden Lamentation”. Mocno osadzone w muzyce kanonicznej, gdzie oczywiście pierwsze skrzypce grają organy. Niezauważenie przechodzi on w następny utwór o nazwie „The Iconoclast”. To wokalno-instrumentalna rockowo-barokowa kompozycja zdominowana przez organy kościelne i Hammonda. Piękny jest w nim manewr końcowy, kiedy to słyszymy finałowe apogeum, ale po chwili z ciszy wyłaniają się chóry, a zaraz po nich lekko kakofoniczne organowe prawdziwe zakończenie. Teraz wrócę do „Green Meadow Lands”. To sztuka napisana na modłę King Crimson z czasów „In the Court of the Crimson King”. Czuć w nim feeling tamtej płyty. Ale i tutaj Par Lindh demonstruje swoje niesamowite zdolności, krótkim organowym intro. A później cofamy się w czasie do początków, kiedy to muza progresywna tego typu dopiero powstawała. Lindh pokazał nam, że jeszcze można grać tak, jak kiedyś.&lt;br /&gt; Zostały jeszcze trzy utwory, z czego kolejny „The Cathedral” to epicki kolos trwający prawie dwadzieścia minut. Inspiracje muzyką barokową, a w szczególności Bachem są oczywiste. Przez pierwszą cześć prowadzi nas wokalista, w atmosferę pełną ciemnych wieków, do chwili, gdy po czwartej minucie klimat nagle się zmienia. Wchodzą Hammondy, gitara, perkusja, a całość aranżacji nabiera z lekka skomplikowany wydźwięk. Oczywiście klimaty barokowe jeszcze wracają, bo przecież w „Katedrze” nie mogłoby być inaczej. Złożoność tej kompozycji, różnego rodzaju pasaże, solówki, jest tu tego tyle, ze zakończę jego opisywanie. To trzeba usłyszeć!&lt;br /&gt; „Gunnlev's Round” to kompozycja oparta na średniowiecznych, wręcz trubadurskich pieśniach. Oparty jest on na klawesynie i pięknym kobiecym głosie. Ostatnią sztuką tego albumu jest przeróbka znanego poematu symfonicznego „Noc na Łysej Górze”, autorstwa Modesta Pietrowicza Musorgskiego. To znany w światku rocka progresywnego utwór, często przerabiany przez różne kapele. Pär Lindh uczynił to fenomenalnie, czyniąc z tego poematu kompletnie inny twór, jeszcze bardziej dramatyczny niż oryginał i nie będę się wynaturzał nad tym, jakie to jest. Jak napisałem wyżej – to trzeba przesłuchać i doświadczyć samemu. &lt;br /&gt;„Gothic Impressions” to album dla wymagających. Dla tych, którzy poszukują muzyki, nie dla rozrywki, ale dla sztuki.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-5896736085746453317?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/5896736085746453317/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/05/par-lindh-project-gothic-impressions.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/5896736085746453317'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/5896736085746453317'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/05/par-lindh-project-gothic-impressions.html' title='Pär Lindh Project - Gothic Impressions'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S-rlE5TdSYI/AAAAAAAAAPE/J5iHsghH_bU/s72-c/Gothic+Impressions.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-6859765003443265387</id><published>2010-05-10T15:53:00.003+02:00</published><updated>2010-05-10T16:23:04.544+02:00</updated><title type='text'>Relacja - Rotting Christ, Lost Soul, Crionics, Naumachia, Strandhogg – Bydgoszcz, Klub Estrada, 22.04.2010</title><content type='html'>Witam, dziś coś nowego na blogu, a mianowicie relacja z koncertu. zapraszam do czytania!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dzięki wydaniu najnowszej płyty - „Aealo” Rotting Christ zawitał do naszego kraju na małą trasę. Planowano aż jedenaście koncertów, co jest nie lada gratką dla fanów tej formacji, z czego niestety cztery zostały odwołane. A tak na marginesie, to nie często zdarza się coś tak wielkiego, bo ile zagranicznych zespołów uczyniło coś podobnego w przeszłości? Odpowiedź na to pytanie zostawię na kiedy indziej, teraz zajmę się sprawozdaniem z jednego z występów tej greckiej grupy. &lt;br /&gt; Dzięki uprzejmości sił wyższych miałem możliwości zobaczyć Rottingów w Bydgoszczy w klubie „Estrada”. To było moje pierwsze zetknięcie się z tym zespołem jak i z tym miejscem. Knajpka ta wypadła pozytywnie i jeżeli ktokolwiek z was będzie miał możliwości odwiedzenia jej w przyszłości na jakimkolwiek koncercie, polecam. Ostatnimi czasy występy metalowych zespołów w klubach polski to jedna wielka żenada,  coraz rzadziej zdarza się, by nagłośnienie było w porządku, coraz częściej zaś, że wychodząc z jakiegoś tam koncerciku słyszymy przez pewien czas przeciągły pisk w uszach, przez to podzielamy los akustyka, który jest głuchy. No ale do rzeczy...&lt;br /&gt; Wieczór otwierał występ poznańskiej grupy black metalowej Strandhogg. Znałem dobrze wcześniej wyczyny tych blackowców i mówiąc szczerze, czekałem na ich przedstawienie. Nie zawiodłem się. Było czarno, agresywnie, wręcz morderczo. Półgodzinny set w ich wykonaniu był klasycznym obrazem czarnej sztuki, bezprecedensowym kopem w krocze. I choć reakcja publiki nie była zbyt entuzjastyczna, gdyż ludzi szalejących pod sceną można by policzyć na palcach dwóch dłoni, to jednak nie zmienia faktu, że dali czadu. Poza tym grupa ta nadal jest mało znana w naszym małym kraiku, więc to naturalne. &lt;br /&gt; Zaskoczeniem dla mnie był widok wokalisty, gdyż z tego co pamiętałem człowiek, który czynił wcześniej honory w Strandhogg był łysy, a tu widziałem pana w długich włosach. Po koncercie okazało się, że to nowy nabytek. Michal przyszedł z Carpe Octem, innej poznańskiej formacji i muszę przyznać, że wpasował się w Strandhogg całkowicie. Kawałki, jakie mogliśmy usłyszeć to głównie kompozycje z ich pierwszej płyty - „Ritualistic Plague (Evangelical Death Apotheosis)”, ale nie tylko. Jednym z nich był utwór z ich jeszcze nie nagranego wydawnictwa, które ma ukazać się pod koniec roku, będzie to EP-ka o tytule „In Eternal Fire” Poza tym, na sam koniec, dostaliśmy cover Slayera – Black Magic. &lt;br /&gt; Po szybkiej wymianie sprzętu i małej próbie dźwięku, na scenę wkroczyli panowie z Naumachia. Występ ich był najgorszym ze wszystkich tego wieczoru, co było widoczne w reakcji widowni. Wszyscy stali od sceny w odległości trzech metrów, tylko patrząc i słuchając ściany dźwięku z której co jakiś czas wydostawały się jakieś czytelne nuty. Można powiedzieć jedno, że proporcjonalność bawiących się ludzi jest wprost proporcjonalna do jakości zespołu. Niestety spektakl w ich wykonaniu był książkowym przykładem spartolonej akustyki. Wszystko było za głośno. Dziwi najbardziej to, że poprzedzający Naumachie, Strandhogg brzmiał znakomicie. Nie mam nic więcej do dodania, no chyba, że jedną rzecz... Naumachia musi znaleźć kogoś, kto profesjonalnie będzie nagłaśniał ich występy, bo jeżeli ten show nie był błędem w sztuce, to raczej nigdy nie zostaną dobrze przyjęci przez ludzi. &lt;br /&gt; Następnym suportem miał być krakowski Crionics. Chwilowa przerwa techniczna pokazała nam panów, których mieliśmy za chwile zobaczyć w akcji. Szczególną uwagę przykuła osoba Rafała "Brovara" Brauera, basisty tegoż bandu. Wszystko dzięki twarzy całej pokrytej białym pyłem. W połączeniu z jego blond włosami facet wyglądał jak śmierć. &lt;br /&gt; Przerwa był krótka i to się im chwali. Pierwsze spostrzeżenia z ich występu to to, że panowie zachowują się jak prawdziwe gwiazdy, co nie jest złe, gdyż technika i profesjonalizm wylewała się z każdego ich ruchu. Widać, że Crionics ma wyznaczony cel i dąży do niego wszelkimi możliwymi sposobami. &lt;br /&gt; Materiał przedstawiony przez nich to numery z ich ostatniej płyty, plus dwa utwory z ich najnowszej, jeszcze nie wydanej EP-ki „N.O.I.R.”. Pierwszym był „Scapegoat (Welcome to Necropolis)” a drugim był kończący cały set cover Immortal - „Blashyrk (Mighty Ravendark)”.&lt;br /&gt; Przez cały ich występ, najbardziej widocznym człowiekiem zespołu był perkusista, który dwoił się i troił, by pokazać, że stać go na zajebistą grę. Był to gość specjalny, niejaki James Stewart, który dołączył do Crionics na tę trasę. Powodem była druga praca Pawła Jaroszewicza, a mianowicie inny zespół. Paweł razem z Vader w tym samym czasie był w USA na trasie dwudziestopięciolecia Overkill. Dobre wrażenie zrobił również frontman. Przemyslaw "Quazarre" Olbryt dodał do muzyki Crionics normalne wokalizy i choć słabo było słychać jego ekscesy, to jednak to, co dolatywało do moich uszu było bardzo ciekawe. Publika pożegnała ich wielkimi brawami, choć nie specjalnie smutnymi, gdyż następnym zespołem, który miał nas zaszczycić swoją obecnością miał być wrocławski Lost Soul. &lt;br /&gt;Po ich ostatniej płytce, która zamieszała trochę na naszej biało-czerwonej polskiej szachownicy, każdy był ciekaw, jak nowy materiał sprzeda się na koncertach. Tak samo jak w przypadku Crionics  nie trzeba było długo czekać na Jacka i spółkę. Grecki z nowym składem zaczęli od pierwszego utworu z „Immerse in Infinity”, czyli od „Revival”. Nie by to oczywiście jedyny kawałek z tego krążka. Usłyszeliśmy jeszcze „216”, „Breath of Nibiru” i „...if the Dead Can Speak”. Na tym ostatnim tłumy szalały, kawałek rządzi na koncertach. Miejmy nadzieje, że w przyszłości Lost Soul pójdzie jeszcze bardziej w tym kierunku. Poza tymi usłyszeliśmy jeszcze dwa kawałki, jeden pochodził z pierwszego dema, a drugi z płyty „Chaostream”. &lt;br /&gt; Death metalowa masakra, tak można podsumować ich występ. Choć sam nigdy nie byłem wielkim fanem tego bandu, to jednak z czystym sercem mogę powiedzieć, że Lost Soul królują na scenie. Ale jak to bywa w życiu, to co dobre, szybko się kończy i Wrocławianie zeszli z desek sceny. Nadchodził czas na gwiazdę wieczoru...&lt;br /&gt; Rotting Christ od pierwszy taktów wywołał chaos latających ciał pod sceną Estrady. Ogólnie rzecz biorąc, utwory, jakie zaprezentowali, to w przerażającej większości kawałki z ich ostatniej płyty „Aealo”. Między innymi usłyszeliśmy „Eon Aenaos”, „Demonon”, „VrosisNoctis Era”. Ale pojawiły się też kompozycje z trzech poprzednich albumów. Najlepiej przyjętym był „In Domine Sathana”. Na nim publika oszalała doszczętnie, skandując razem z Sakisem refren. Las rąk, krzyki dziesiątek gardeł, zapach potu i ogólny chaos. Tak to wyglądało w oczach obserwatora. &lt;br /&gt; Zabawa była przednia, piwo lało się strumieniami do gardeł obserwatorów, jak i również na ich ubrania. Sakis poruszał publicznością, zachęcając wszystkich do wspólnych harców pod sceną, ale nie było to potrzebne, starczyła muzyka. To ona wydobywała z polskich fanów Rotting energię, która mogłaby napędzić niejedną wielką maszynę.&lt;br /&gt; Rotting Christ jako jedyni bisowali. Inne kapele z podziwu godną dyscypliną schodzili ze sceny, robiąc miejsce na gwiazdę wieczoru. Show był niesamowity i jestem pewien, że jeżeli Grecy zawitają jeszcze kiedyś do naszego kraju, pojadę ich zobaczyć. Wam radze zrobić to samo, gdyż to kapela warta zobaczenia.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-6859765003443265387?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='related' href='http://radiopanteon.pl/relacje-koncertowe.html' title='Relacja - Rotting Christ, Lost Soul, Crionics, Naumachia, Strandhogg – Bydgoszcz, Klub Estrada, 22.04.2010'/><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/6859765003443265387/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/05/relacja-rotting-christ-lost-soul.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/6859765003443265387'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/6859765003443265387'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/05/relacja-rotting-christ-lost-soul.html' title='Relacja - Rotting Christ, Lost Soul, Crionics, Naumachia, Strandhogg – Bydgoszcz, Klub Estrada, 22.04.2010'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-4152475793348632535</id><published>2010-05-09T23:26:00.002+02:00</published><updated>2010-05-09T23:29:53.095+02:00</updated><title type='text'>Al Di Meola - Elegant Gipsy</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S-cpOCS_2jI/AAAAAAAAAO8/0U5XiqjJKKk/s1600/elegant_hi.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S-cpOCS_2jI/AAAAAAAAAO8/0U5XiqjJKKk/s200/elegant_hi.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5469385593576217138" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Kiedy pierwszy raz usłyszałem początek tej płyty, czyli utwór „Flight Over Rio” pomyślałem, że ktoś tu z kogoś zrzyna… Początek jest troszkę podobny do głównego tematu z pierwszej płyty Mike'a Oldfielda - „Tubular Bells”. Ale wydaje mi się, że to czysty przypadek. Przecież to Al Di Meola, jeden z największych wirtuozów zarówno gitary elektrycznej jak i akustycznej, a płyta ta to jedna z najmocniejszych pozycji w historii gitarowego jazzu.&lt;br /&gt; „Elegant Gipsy” to drugi krążek w solowej dyskografii tego artysty. Wyszedł rok po debiucie, który został przyjęty z wielkim entuzjazmem, za to jego następca jaki i muzyk, został obsypany nagrodami za „Najlepsze LP dla jazzowej gitary” i “Najlepszego gitarzysty roku 1977”. I nic dziwnego...&lt;br /&gt; Zawartość tego albumu to trochę ponad trzydzieści siedem minut muzyki, zamykającej się w sześciu instrumentalnych podróżach po krainach jazz fusion i rocka. Ale to nie wszystko... Al eksperymentując trochę z brzmieniem tej płyty, dodał to niej rytmy latynoskie oraz gitarowe flamenco. W tym pomógł mu jeden z najsłynniejszych gitarzystów tej sztuki - Paco de Lucía. W utworze „Mediterranean Sundance” słyszymy akustyczny popisy tego duetu. Piękne, liryczne harmonie dźwięków, ozdobione szybkimi popisami Di Meoli oraz grą palców Paco. Wszystko to stwarza złudzenie pięknego latynoskiego pejzażu. Obaj artyści są w tym numerze niczym malarze dźwięku.&lt;br /&gt; Z zasady rzadko słucham muzyki instrumentalnej, zawsze brakuje mi w niej wokalu, ale z „Elegant Gipsy” jest inaczej. W tej muzyce nie ma miejsca na wokal, przestrzeń jest zapełniona do granic możliwości. W kawałku „Midnight Tango” można się zakochać od pierwszego przesłuchania (jak i oczywiście w całej reszcie). To po prostu niesamowity pokaz technicznych umiejętności, lecz nie tylko, to wydawnictwo przyciąga. Poza tym wszystkim, to krążek ten powinien być elementarzem dla gitarzystów. Niejeden pewnie połamałby sobie na niej palce &lt;br /&gt; Podsumowując uważam, że to album dla każdego. Jeżeli szukasz dobrej muzyki, lubisz progres rock, jazz fusion, latynoskie rytmy, a nawet mocne uderzenie (a takim jest „Race With Devil on Spanish Highway”), to nie szukaj dalej. Już znalazłeś. Ta muzyka płynie...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-4152475793348632535?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/4152475793348632535/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/05/al-di-meola-elegant-gipsy.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/4152475793348632535'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/4152475793348632535'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/05/al-di-meola-elegant-gipsy.html' title='Al Di Meola - Elegant Gipsy'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S-cpOCS_2jI/AAAAAAAAAO8/0U5XiqjJKKk/s72-c/elegant_hi.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-4268876489517380365</id><published>2010-05-06T13:04:00.001+02:00</published><updated>2010-05-06T13:07:50.484+02:00</updated><title type='text'>Masachist - Death March Fury</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S-KjAhLsKkI/AAAAAAAAAO0/C4coQq7IOnU/s1600/ru47er.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S-KjAhLsKkI/AAAAAAAAAO0/C4coQq7IOnU/s200/ru47er.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5468112126883932738" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Osobiście to z zasady już od paru lat omijam szerokim łukiem kapele, które twierdzą, że grają death metal w najczystszej postaci. Im któraś bardziej krzyczy, tym bardziej jest to pożal się boże projekt, nieudolnie próbujący stworzyć coś śmiercionośnego. Może jestem spaczony i kocham oldschool, może... Ale to nie wyjaśnia jednej rzeczy, dlaczego przerażająca większość nowych death maszyn jest tak cholernie podobna do siebie? Wtórność zabija ten styl, ale widać nikomu to nie przeszkadza...&lt;br /&gt; Dobra, chyba lekko przesadziłem z tym wstępem, choć wydaje mi się, że nie. Po prostu wnerwia mnie jak słyszę coraz to nowe twory, które niczego nowego nie wnoszą, tylko raz lepiej, raz gorzej kopiują stare patenty. A jak to ma się do naszego nowego polskiego tworu Masachist? Spróbuję wam niżej o tym trochę powiedzieć.&lt;br /&gt; Projekt ten powstał z inicjatywy dwóch muzyków, znanych pod pseudonimami: Trufel i Daray, a było to w roku 2005. Pierwszy to były gitarzysta Yattering, a drugiego chyba nie muszę przedstawiać. Poza tym w składzie znalazły się takie osobistości polskiej sceny jak Sauron (ex Decapitated), Heinrich (Vesania) i Aro (Shadows Land) &lt;br /&gt;Debiutancka płyta tego dream teamu wyszła rok temu, a nadano jej nazwę - „Death March Fury”. Ogólnie mówiąc to trochę ponad dwadzieścia sześć minut muzyki zamkniętej w dziewięciu kawałkach, czyli logicznie rzecz ujmując, album ten to cholernie szybka jazda. Oczywiście jest wyjątek, jak to zawsze bywa. Na tym krążku nazywa się on „Appearance of the Worm” i jest najdłuższą kompozycją, sięgającą strukturą do starych dobrych czasów śmierć metalu. Czyli mamy tu walcowate riffy, trochę średnich temp, wspaniałe szarże na dwie stopy i wszystkie inne tego typu cudowne rzeczy, które kręcą fanów gatunku. Niby dobrze się go słucha i kopie, ale jednak nie ma w nim za dużo energii. Jakoś nadal siedzę...&lt;br /&gt; W czasie nagrań pojawił się gość specjalny. Ross Dolan z Immolation dodał swój wokal do utworu „Open the Wounds”. Oczywiście słychać go, ale tylko miejscami, zupełnie, jakby poskąpili mu czasu. Ross, jak wszyscy wiemy, posiada  najbardziej wyrazistych growl w death metalu i tak się złożyło, że zgodził się wystąpić na  albumie Masachist, kompletnie nie znanej kapeli z Polski, a oni pozwolili mu tylko na parę słów. Jak tak można panowie? Poza tym numer ten jakoś się nie wybija na tle reszty...&lt;br /&gt; A co do reszty... To nie jest źle, ale do dobrze jest mu daleko. Pomysły są, ciekawe zagrywki wylewają się tonami, ale jakoś nie powalają na kolana. Oczywiście usłyszycie tu prawie nieustające blasty, ale nie są one zbyt nachalne i nawet wyważone. Brzmienie dopracowane, przestrzenne, brutalne. I jak to bywa w nowoczesnym death metalu jest cholernie technicznie. Jednak nadal brak w tym ładunku energii, zmiatającego mnie z siedzenia.&lt;br /&gt; „Death March Fury” oczywiście posłuchać można, ale jeżeli ktoś będzie chciał sobie odpuścić, to nic nie straci. Album jak najbardziej przeciętny, bez zbędnych rewolucji.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-4268876489517380365?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/4268876489517380365/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/05/masachist-death-march-fury.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/4268876489517380365'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/4268876489517380365'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/05/masachist-death-march-fury.html' title='Masachist - Death March Fury'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S-KjAhLsKkI/AAAAAAAAAO0/C4coQq7IOnU/s72-c/ru47er.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-1627576956927978182</id><published>2010-05-06T00:33:00.001+02:00</published><updated>2010-05-06T00:37:47.770+02:00</updated><title type='text'>Editors - In This Light And On This Evening</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S-HzNXQ2OLI/AAAAAAAAAOs/p-lcOMNYgSs/s1600/Editors+-+In+This+Light+And+On+This+Evening+-+Front.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S-HzNXQ2OLI/AAAAAAAAAOs/p-lcOMNYgSs/s200/Editors+-+In+This+Light+And+On+This+Evening+-+Front.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5467918833513019570" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Po przesłuchaniu pierwszych dwóch pozycji tego zespołu z czystym sumieniem położyłem na nich krzyżyk... Los jednak wybrał inaczej. Sięgnąłem po ich trzecie dziecko o tajemniczym tytule „In This Light And On This Evening” i doznałem olśnienia. Po raz pierwszy słuchając tego zespołu poczułem to, co czuje się słuchając czegoś naprawdę dobrego. Dreszczyk na skórze...&lt;br /&gt; Od samego początku, czyli od tytułowego utworu słychać, że grupa ewoluowała. Położono na szali wierność starych fanów i stworzono coś zupełnie innego. Po pierwsze brzmienie... Kiedyś nie odstawało ono od soundu typowych brytyjskich bandów grających ten styl. Teraz stało się ono bardziej surowe, cięższe, może nawet mroczne, ale tylko miejscami. Po drugie klawisze... Nadały muzyce Editors przestrzeni, ich piosenki stały się przez to jeszcze bardziej klimatyczne. Te dwa aspekty sprawiły, że formacja ta zmieniła trochę styl gry. Nie jest to już gatunek „oby tylko sprzedać jak najwięcej płyt a’la Coldplay”, tylko przemyślany synthpop post-punk z naciskiem na klimaty lat 80-tych. &lt;br /&gt; Transformację tą Editorsi zawdzięczają Markowi Ellisowi aka Flood. On to produkował ten album i to on jest odpowiedzialny za wszystkie te upiększenia. Ale sam pomysł wyszedł od członków zespołu, a mianowicie od Toma Smitha. No ale wróćmy do muzyki...&lt;br /&gt; Pierwszym singlem tego wydawnictwa był najbardziej wyróżniający się numer - „Papillon”. To utwór klimatycznie osadzony w latach 80-tych, a wszystko przez atmosferę klawiszy i beat. Numer ten mógłby być grany z wielkim powodzeniem na dyskotekach tamtych lat. Gwarantuję, że wtopiłby się wspaniale. „Papillon” to trzecia pozycja tego krążka, ale pierwsze dwie są równie ciekawe. W pierwszym „In This Light And On This Evening” klawisze hipnotyzują i jednocześnie wprowadzają w stan oczekiwania. Tutaj po raz pierwszy ukazuje się nowa potęga Editors, tutaj usłyszycie ich nową moc.&lt;br /&gt; Drugi, czyli „Bricks and Mortar” zmienia nieco nastrój. To kompozycja osadzona w post-punkowej strukturze, tylko nieco odrestaurowanej, a nawet może odkrytej na nowo. Łezka się kręci przy jego dźwiękach, gdyż to przykład tego, że jednak jeszcze ktoś potrafi przywołać duchy starych czasów. To najlepsza pozycja tej płyty.&lt;br /&gt; Oczywiście reszta, czyli cała dziewiątka jest równie dobra. To niezaprzeczalnie najlepsze dzieło Editors i krok ku nowym przestrzeniom, które, mam nadzieję, będą nadal przez nich eksplorowane. W końcu zespół ten zaczął „być”, udało im się stworzyć coś naprawdę wartościowego.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-1627576956927978182?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/1627576956927978182/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/05/editors-in-this-light-and-on-this.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/1627576956927978182'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/1627576956927978182'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/05/editors-in-this-light-and-on-this.html' title='Editors - In This Light And On This Evening'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S-HzNXQ2OLI/AAAAAAAAAOs/p-lcOMNYgSs/s72-c/Editors+-+In+This+Light+And+On+This+Evening+-+Front.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-993077052897396031</id><published>2010-05-02T00:27:00.002+02:00</published><updated>2010-05-02T00:29:02.610+02:00</updated><title type='text'>Enslaved - Mardraum - Beyond The Within</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S9yrKa3buaI/AAAAAAAAAOk/in5f1v8kkfk/s1600/446.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S9yrKa3buaI/AAAAAAAAAOk/in5f1v8kkfk/s200/446.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5466432243219806626" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;„Mardraum - Beyond The Within” rozpoczął nowy rozdział w historii Enslaved. Praktycznie, jest to ich piąta płyta, lecz dla mnie jest ona pierwszą. Od tego momentu zespół ten jest wart poznania. Wcześniej po prostu „był”. &lt;br /&gt; Gdybym był (a przecież jestem) dociekliwym kolesiem, mógłbym rzec, że album ten jest połączeniem starego grania, z nową wizją. Pierwsze sześć numerów to granie bardziej eksperymentalne, reszta wiadomo – już trochę mniej. Oczywiście to wszystko traktujcie z przymrużeniem oka, gdyż rzecz jasna są wyjątki. &lt;br /&gt; Krążek ten zawładną mną od pierwszego przesłuchania. „Større enn Tid - Tyngre enn Natt”, otwierający numer, posiada początek tak czadowy, że ilekroć go słucham, mam ochotę zamiatać podłogę swymi włosami. Po prostu cudo! To najdłuższa kompozycja, jednocześnie też najbardziej rozbudowana, ale posiadająca niestety minus, wiążący się z produkcją, która jest fatalna. Ktoś tu odwalił kichę i to tyczy się całości wydawnictwa. &lt;br /&gt; Prawdziwie zwiastującym zmianę w ich graniu jest walcowaty utwór o tytule „Entrance-Escape”. Słychać w nim wpływy, jakim w późniejszych czasach panowie z Enslaved będę się poddawać. Inspiracje rockiem progresywnym, czyste wokalizy, gitary akustyczne, czytelniejsze brzmienie, to wszystko miało nadejść. A „Entrance...” jest tego znakiem.&lt;br /&gt; Przejrzystość riffów, to kolejna droga ku nowym krainom dźwięków Enslaved. Rozmyte gitary, selektywna sekcja, więcej jazd na dwie stopy, rzadsze używanie blastów. To można spotkać po części już w kolejnym numerze. „Ormgard” to prawie klasyk viking/blacku z mocarnym wejściem. Dźwięki gitary przedostają się do naszego ucha jakby zza ściany, gdzie w starym radiu płynie muzyka Enslaved. Jednak po chwili wszystko szybko się klaruje i wraz z tą czystością wchodzi Grutle Kjellson, growlującym wyziewem. To tylko niektóre przykłady, resztę koniecznie przesłuchajcie sami. Oczywiście, jeżeli jeszcze tego nie znacie.&lt;br /&gt; Mardraum po norwesku oznacza koszmar. Nie wiem, dlaczego wybrano ten wyraz na nazwę tego albumu, ale jedno jest pewne, krążek ten, jeżeli tylko mu na to pozwolicie, będzie ścierał sen z waszych powiek. A wiadomo, co dzieje się z człowiekiem, który nie może spać. Jego życie to koszmar... Jednak daleki jestem od nazwania „Mardraum” koszmarem, to raczej kontemplacja jednego z najczarniejszych gatunków muzyki.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-993077052897396031?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/993077052897396031/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/05/enslaved-mardraum-beyond-within.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/993077052897396031'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/993077052897396031'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/05/enslaved-mardraum-beyond-within.html' title='Enslaved - Mardraum - Beyond The Within'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S9yrKa3buaI/AAAAAAAAAOk/in5f1v8kkfk/s72-c/446.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-2179313469754387254</id><published>2010-04-28T21:39:00.002+02:00</published><updated>2010-04-28T21:39:55.487+02:00</updated><title type='text'>Hey – Ho!</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S9iPB_nZYKI/AAAAAAAAAOc/TJVrON1c7LE/s1600/Ho!.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S9iPB_nZYKI/AAAAAAAAAOc/TJVrON1c7LE/s200/Ho!.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5465275412233412770" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Zawsze omijałem szerokim łukiem twórczość tej szczecińskiej kapeli. Oczywiście znałem ich dokonania, ale tylko w małym, dostępnym dzięki mediom stopniu i nic ponadto. Znałem też coś innego... fanów Hey, którzy wychwalali ten zespół pod niebiosa, koronując go na najlepszą polską grupa rockową. Cóż, że z zasady nikomu nie wierze, musiałem sam się przekonać, co w tym siedzi.&lt;br /&gt; Tak też sięgnąłem (totalnie losowo) po ich drugi dzieło o tytule „Ho!”. Niestety nadal nie rozumiem fenomenu ich wielkości. Krążek ten, uważany za jeden z ich najlepszych wyczynów w całej dyskografii, nie za bardzo na mnie działa. Powodem tego są wpływy. Nie da się ukryć, że Hey tamtego okresu ciągnął kilogramami z amerykańskich formacji grających grunge. Najwięcej słychać tu Nirvany, ale nie tylko. Oczywiście najbardziej słyszalne jest to w utworach angielskojęzycznych, one też mają najmniejszą siłę przebicia. Nigdy nie zrozumiem, po co śpiewać taką muzykę po polsku, no ale to już nie moja broszka. Pomimo tego, dwa z nich są jednak nawet ciekawe. Wpadający w ucho dzięki refrenowi „Have A Nice Day” i zmanierowany „Is It Strange”&lt;br /&gt; No, ale do rzeczy. Pierwszym konkretem tej płyty jest utwór „Ja sowa”. Zwraca na siebie uwagę, dzięki lirykom. Kasia Nosowska znana jest z niebagatelnych tekstów, pełnych głębi i metafor. Ten oprócz melancholijnego klimatu balladki, posiada również tekst na przyzwoitym poziomie. Oczywiście docenię też piosenkę „Misie”, choć nie do końca rozumiem jej kultu. Pewny jestem za to tego, że pewnie na żywo jest z niego mocna petarda. No i oczywiście nie kwestionowanym, najmocniejszym punktem całego albumu jest jego zakończenie, czyli „Ho”. To taki kontynuator kawałka z ich pierwszej płyty o nazwie „Moja i twoja nadzieja”. Może nie jest on skonstruowany z takim samym rozmachem jak ww, ale jednak daje radę i to bardzo dobrze. „Ho” przegrywa tylko przez jedną rzecz, liryki.&lt;br /&gt; Polski grunge. Cóż... Nic dodać, nic ująć. Album ten, według mnie nie dorównał debiutowi, pójdę dalej i powiem, że nie wniósł nic tak arcyciekawego, by pamiętać go po wsze czasy. Jestem pewien, że niejedna osoba się ze mną nie zgodzi, ale co tam... Każdy ma swój punkt widzenia... tylko zważcie na jedno, u niektórych ten punkt jest szerszy, u innych węższy.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-2179313469754387254?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/2179313469754387254/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/04/hey-ho.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/2179313469754387254'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/2179313469754387254'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/04/hey-ho.html' title='Hey – Ho!'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S9iPB_nZYKI/AAAAAAAAAOc/TJVrON1c7LE/s72-c/Ho!.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-9046894435265935302</id><published>2010-04-26T00:43:00.001+02:00</published><updated>2010-04-26T00:45:01.775+02:00</updated><title type='text'>Titus Tommy Gunn - La Peneratica Svavolya</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S9TF540p40I/AAAAAAAAAOU/cKyvbY3RzgA/s1600/La-Peneratica-Svavolya_Tommy-Gunn-Titus,images_big,22,MYSTCD111.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 178px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S9TF540p40I/AAAAAAAAAOU/cKyvbY3RzgA/s200/La-Peneratica-Svavolya_Tommy-Gunn-Titus,images_big,22,MYSTCD111.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5464209846203704130" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Doczekaliśmy się! Tomasz „Titus” Pukacki zarzekał się już od dawna i w końcu dopiął swego, wydał pierwszą płytę swego solowego projektu Titus Tommy Gunn. Piętnastego grudnia 2009 roku wyszła na światło dzienne „La Peneratica Svavolya” i zamiast wstrząsnąć światkiem metalowym w naszym mały kraju, album ten przeszedł bez większego echa. Powód jest bardzo prosty, debiut tego Poznaniaka jest strasznie słabym tworem zresztą, sami poczytajcie o faktach.&lt;br /&gt; Titus Tommy Gunn to klasyczne trio, gdzie niekiedy bas bierze na siebie działkę drugiej gitary. A co do gitary, to na tym krążku usłyszymy wyczyny Tomasza “Lemmy'ego” Olszewskiego, znanego z Creation of Death. Do składu Titus dokooptował jeszcze niejakiego Vikinga, który zasiadł za garami. &lt;br /&gt; „La Peneratica Svavolya” to połączenie heavy rockandrollowych zagrywek z klimatem Motorhead. I nie ma się co dziwić, to było do przewidzenia. Każdy chyba zna podejście Titusa do muzyki Lemmy'ego Kilmistera. Tylko niestety coś nie wyszło... Muzyka z tego albumu nie porywa. Ale lećmy dalej. &lt;br /&gt; Wśród dziesięciu kompozycji znajdziemy jeden cover utworu Lizy Minnelli - „The Singer”. Jak ktoś nie zna tej piosenki w oryginale, to nic nie straci, ten kto zna, nic nie zyska. Tak samo jak z większością aranżacji tego krążka, tak samo i ta jest nieciekawa. Jedynym, który nadaje się do czegokolwiek, jest kawałek otwierający, czyli „The Bitch Is (Still) Dead”. Zaczyna się on odgłosami drumli, po nich wchodzi naprawdę ciężki riff i gdyby takich na tym wydawnictwie było więcej, to mogłoby być ono uratowane. Niestety... Drumle możemy usłyszeć jeszcze w jednym numerze, czwartym z kolei „Scarass” &lt;br /&gt; To pierwsza z trzech płyt, jakie prawdopodobnie usłyszymy pod szyldem Titus Tommy Gunn. Miejmy nadzieje, że Titus do następnych swych tworów podejdzie z większą pasją, gdyż nie wystarczy być tylko krzykaczem „kwasożłópów”, by wydać muzykę, która miała by porywać tłumy. Na razie dostaliśmy kupę marności, która przepadnie w historii polskiej muzyki. Trochę szkoda...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-9046894435265935302?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/9046894435265935302/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/04/titus-tommy-gunn-la-peneratica-svavolya.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/9046894435265935302'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/9046894435265935302'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/04/titus-tommy-gunn-la-peneratica-svavolya.html' title='Titus Tommy Gunn - La Peneratica Svavolya'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S9TF540p40I/AAAAAAAAAOU/cKyvbY3RzgA/s72-c/La-Peneratica-Svavolya_Tommy-Gunn-Titus,images_big,22,MYSTCD111.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-2630441393073113263</id><published>2010-04-26T00:33:00.001+02:00</published><updated>2010-04-26T00:37:20.921+02:00</updated><title type='text'>Editors - An End Has A Start</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S9TEHBoVQgI/AAAAAAAAAOE/3901XUMbJi4/s1600/An+End+Has+A+Start.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S9TEHBoVQgI/AAAAAAAAAOE/3901XUMbJi4/s200/An+End+Has+A+Start.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5464207872882983426" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Anglia jest dziwnym krajem pod względem muzyki. Kiedy Brytyjczycy uprą się na jeden gatunek, to w trakcie trwania tej fazy powstają setki zespołów i prawie wszystkie grają tak samo. Po uważnym przesłuchaniu drugiego krążka grupy Editors - „An End Has A Start” niestety zostałem zmuszony zaliczyć ich do tej grupy bandów, które coś tam sobie tworzą, ale to „coś” nie odbiega od przeciętności.&lt;br /&gt; Po niezłym, choć oczywiście mogło być lepiej, pierwszym ich albumie miałem nadzieje, że editorsi trochę się rozbudzą i porzucą ścieżkę komercji, obraną na „The Back Room”. Niestety.. Poszli dalej w tym samy kierunku i zawiedli całe moje oczekiwania, a muszę przyznać, że miałem nadzieje … Rozwiały się one przez dziesięć kompozycji ich drugiego krążka. &lt;br /&gt; Wpływy, jakie było słychać na ich debiucie zostały zatarte. Nie czuć już tu ani grama Joy Division, a wpływy Interpol są tak mało wyczuwalne, że prawie niesłyszalne. Niektórzy pewnie powiedzą - „To dobrze, w końcu brzmią tak jak powinni, a nie jak inni”. Ok, to była by prawda, gdyby nie to, że muzyka z „An End Has A Start” jest cholernie wtórna, nudna, bez oznak najmniejszej oryginalności. Tak jak napisałem w recenzji jedynki, coraz bliżej im do komerchy Coldplay, niż do ambitnego, konkretnego grania. Ale to wybór każdego zespołu z osobna. &lt;br /&gt; Dobra, zjechałem ich po całości, choć w sumie nigdy nie mam takiego zamiaru. Zawsze staram się dostrzec dobre strony w każdej muzyce. Tu też jest ich trochę, ale niestety mało, a ich jakość pozostawia wiele do życzenia. Przykładem czegoś ciekawego może być numer „The Weight of The World”, chyba najbardziej melancholijny, gdzie gitarka opowiada smutną historie ciężaru naszego życia. A najbardziej ciekawym z tych, których da się słuchać jest utwór „When Anger Shows”. Użyto w nim nawet podobnych patentów, jakie wcześniej zastosowała inna angielska formacja, a mianowicie Radiohead. Ale żebyśmy się zrozumieli, do tego, co robią Thom Yorke i spółka jest im cholernie daleko. Miło słucha się też „Escape The Nest”, jednego z szybszych kawałków, głównie przez wyczyny Chrisa Urbanowicza, to one przyciągają uwagę. &lt;br /&gt; Cała reszta to muza, która wpada jednym uchem, a wypada drugim. Szkoda czasu na jej eksplorowanie. Przecież gdzieś tam czekają lepsze płyty, więc z absolutną odpowiedzialnością odradzam wam tą. Naprawdę szkoda czasu!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-2630441393073113263?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/2630441393073113263/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/04/editors-end-has-start.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/2630441393073113263'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/2630441393073113263'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/04/editors-end-has-start.html' title='Editors - An End Has A Start'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S9TEHBoVQgI/AAAAAAAAAOE/3901XUMbJi4/s72-c/An+End+Has+A+Start.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-3159448229952271249</id><published>2010-04-23T08:43:00.001+02:00</published><updated>2010-04-23T08:48:25.633+02:00</updated><title type='text'>The Tolkien Ensemble - An Evening In Rivendell</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S9FCsv1oQtI/AAAAAAAAAN8/JYTnIIYQsZg/s1600/61J063E1PKL.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S9FCsv1oQtI/AAAAAAAAAN8/JYTnIIYQsZg/s200/61J063E1PKL.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5463221159500202706" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Było to w 1997 roku, w dwa lata po sformowaniu The Tolkien Ensemble. Wtedy to po raz pierwszy świat usłyszał muzykę tych Duńczyków, a była to rzecz niecodzienna. Caspar Reiff (jeden z współzałożycieli) i spółka stworzyli niesamowite klasyczno-folkowe kompozycje do tekstów chyba najsłynniejszego pisarza XX wieku – J.R.R. Tolkiena.&lt;br /&gt; Płyta „An Evening In Rivendell” zapoczątkowała dźwiękową historię, która rozrosła się późnij do trzech kolejnych albumów. Jakoś tak wyszło, że najpierw przedstawiłem wam ich drugie dzieło, ale teraz wracam do początku.&lt;br /&gt; Debiut ten dzieli się, oczywiście nieformalnie, na mniej więcej trzy nie do końca równe części. Pierwsza z nich to piosenki hobbitów. Sielankowe, pełne wesołych i skocznych melodii, osadzonych głęboko w muzyce folkowej. W nich najczęściej usłyszymy brzmienie skrzypiec, akordeonu i oczywiście gitary. Przykładem tych utworów mogą być „There is an inn, a merry old inn...” lub „Sam's Rhyme of the Troll”. Lecz nie są to wszystkie tzw. „wesołe piosenki”, gdyż jest tu jeszcze jedna równie beztroska, a nie hobbitowa - „Tom Bombadil's Song, Hey dol! Merry dol!”. Chyba każdy fan „Władcy Pierścieni” zna postać Toma i wie, jak szczęśliwą był on istotą i taki jest mniej więcej ten numer.&lt;br /&gt; Drugą częścią tego krążka są eflowe hymny, pełne piękna i smutku zarazem. W nich obok skrzypiec możemy usłyszeć harfę, kontrabas, wibrafon, marimbę, dzwoneczki i wiele, wiele innych instrumentów klasycznych. Do tego to w nich najczęściej usłyszymy najpiękniejsze głosy, tak jak w „Galadriel's Song of Eldamar, I sang of leaves...” lub „Elven Hymn to Elbereth Gilthoniel, Snow-white! Snow-white!”. W pierwszym Signe Asmussen, znana w Danii sopranistka śpiewa jako Galadriela o dalekich krainach Eldamaru, a w drugim Ole Jegindø Norup pięknym barytonem wciela się w postać Gildora, śpiewającego jeden z najpiękniejszych hymnów nieśmiertelnych elfów. &lt;br /&gt; Do trzeciej części kompozycji tego krążka zaliczę wszystkie pozostałe utwory. A znalazły się w niej takie sztuki jak „Sam's Song in the Orc-tower” i „The Ent and the Ent-wife. Ten drugi to najbardziej minimalistyczna historia tego dzieła przypominająca trochę twórczość Claude'a Debussy.&lt;br /&gt; Polecam te dźwięki każdemu, można się w nich lekko rozmarzyć, albo uczynić z nich wspaniałe tło do kolejnego przeczytania książek Tolkiena.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-3159448229952271249?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/3159448229952271249/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/04/tolkien-ensemble-evening-in-rivendell.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/3159448229952271249'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/3159448229952271249'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/04/tolkien-ensemble-evening-in-rivendell.html' title='The Tolkien Ensemble - An Evening In Rivendell'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S9FCsv1oQtI/AAAAAAAAAN8/JYTnIIYQsZg/s72-c/61J063E1PKL.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-5090118751589355320</id><published>2010-04-20T22:29:00.002+02:00</published><updated>2010-04-20T22:38:20.958+02:00</updated><title type='text'>Yeah Yeah Yeahs - Fever to Tell</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S84Qt2LbSNI/AAAAAAAAAN0/Z7LrTHMhr5c/s1600/tumblr_kunl8jhUnn1qz7o2oo1_500.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 198px; height: 200px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S84Qt2LbSNI/AAAAAAAAAN0/Z7LrTHMhr5c/s200/tumblr_kunl8jhUnn1qz7o2oo1_500.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5462321777870588114" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Zespoły takiego typu mają swoje korzenie w kapelach, które powstawały w latach 60-tych. Był to wtedy tzw. garage rock, do którego należały takie grupy jak: The Standells, The Seeds itd. To jednak nie wszystko, gdyż źródłem był też inny styl, a mianowicie protopunk. Głównymi ikonami tego gatunku były The Stooges, nieco późniejszy już zespół The Fuzztones i inne. Większość tych kapel charakteryzowała jedna cecha, ich nazwy zaczynały się od przedrostka „The”. Pod koniec lat 90-tych ruch ten zaczął ponownie odżywać. Powstały takie już gwiazdy jak The White Strpies czy też The Strokes, ale nie tylko. W Nowym Yorku dokładnie w 2000 roku powstała kolejna formacja, która zapragnęła cofnąć się trochę do korzeni „garażowego grania”.&lt;br /&gt; Yeah Yeah Yeahs liczy sobie trzech członków, są nimi wokalistka i pianistka Karen Orzołek (znana jako Karen O), gitarzysta i keyboardzista Nick Zinner oraz perkusista Brian Chase. Swój pierwszy długograj wydali trzy lata po powstaniu czyli w 2003 roku i nadali mu nazwę „Fever to Tell”. Jedenaście kompozycji, które znalazły się na tym wydawnictwie zamknęły się w niecałych czterdziestu minutach. Stylistycznie, oprócz tego, co napisałem wyżej, ich muzyka kręci się jeszcze wokół alternatywnego rocka i art punka&lt;br /&gt; Brzmienie całości jest brudne, stylizowane na punkowe produkcje. To samo tyczy się wokalu. Tylko w niektórych momentach możemy usłyszeć prawdziwą, czystą barwę Karen O. Przykładem takiego utworu jest jedyna inna piosenka na całym krążku - „Maps”. Jednocześnie jest to najbardziej alternatywno-rockowa kompozycja w całym zamieszczonym tu materiale. Czytelna, świeża, z ciekawą melodią chwytająca słuchacza.&lt;br /&gt;Cała reszta to już art punkowe łojenie, gdzie ciężko znaleźć coś naprawdę godnego uwagi. Ale jeżeli już miałbym coś wymienić, to może byłby to „Cold Light” i może jeszcze „Y Control”, ale to tylko przez to, że są bardziej wyraziste od pozostałych.&lt;br /&gt; Ciekawostką muzyki Yeah Yeah Yeahs jest brak gitary basowej. Za to mamy tu klawisze, które wprowadzają słuchacza w lekko psychodeliczno-dyskotekowy klimat. &lt;br /&gt;Ale co z tego? Płyta ta jest i pozostanie już na zawsze cholernie słabą. Nie rozumiem sławy, jaka się roztacza wokół tej formacji. Ale oni przecież są ze Stanów, tam sprzedać można wszystko. Nawet coś takiego jak „Fever to Tel”&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-5090118751589355320?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/5090118751589355320/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/04/yeah-yeah-yeahs-fever-to-tell.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/5090118751589355320'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/5090118751589355320'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/04/yeah-yeah-yeahs-fever-to-tell.html' title='Yeah Yeah Yeahs - Fever to Tell'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S84Qt2LbSNI/AAAAAAAAAN0/Z7LrTHMhr5c/s72-c/tumblr_kunl8jhUnn1qz7o2oo1_500.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-3943878339808477697</id><published>2010-04-20T22:23:00.001+02:00</published><updated>2010-04-20T22:24:47.556+02:00</updated><title type='text'>Darkthrone - Soulside Journey</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S84Nij94alI/AAAAAAAAANs/wW2VQ-mRspk/s1600/soulside_journey.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S84Nij94alI/AAAAAAAAANs/wW2VQ-mRspk/s200/soulside_journey.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5462318285468494418" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Początek lat dziewięćdziesiątych był dla death metalu najbardziej obfity. W tamtym okresie powstawały największe dzieła tego gatunku. Jednym z takich albumów, które odcisnęły się na psychice wiernych fanów śmierć metalu tamtych lat, była pierwsza płyta Darkthrone - „Soulside Journey”.&lt;br /&gt; Pierwsza i jedyna... Niestety z powstaniem fali black metalu w Norwegii, Nocturno Culto i reszta zmieniła swój image na bardziej mroczny, transformacji uległa także ich muzyka. A wszystko przez jedną osobę... Ale to temat na inny czas.... Na razie skupię się na ich pierwszym długograju. &lt;br /&gt; Era death metalu w Skandynawii zaczęła się w Szwecji i właśnie od tamtych, ale oczywiście nie tylko, gdyż protoplastami tej sceny są zespoły amerykańskie, czerpali swe inspiracje panowie z Darkthrone. Wtedy było ich jeszcze czterech... Już po brzmieniu można poznać, że ciągnęło ich ku ciemności i to najczarniejszej z czarnych. Z drugiej strony słuchać, kto jest realizatorem tych dźwięków. Grupa wybrała się do Szwecji by nagrać swoje pierwsze dziecko w Sunlight Studio. Tomas Skogsberg pozostawił ślad na kolejnym death albumie tamtych dni i jak to bywało na innych jego tworach, tak i tu zrobił to świetnie. Wracając jeszcze na chwile do brzmienia muszę dodać, że jest ono typowe, czyli mamy tu tzw. „brzęczącą piłę” - wizytówkę szwedzkiego death metalu. Materiał otwiera „Cromlech”, chyba najbardziej wyróżniający się utwór. Zaczyna się on riffem niesamowicie podobnym do jednego z numerów Death, poza tym mamy tu jazdy na dwie stopy, typowe dla old schoola tremola i solówki, które niestety w późniejszych czasach już raczej nie znajdowały miejsca w twórczości tej kapeli. Podobny jest kolejny „Sunrise Over Locus Mortis”, tylko w tym jest więcej zwolnień, prawie że doom riffów. W połączeniu z wokalem Teda, głębokim, wzbogaconym o pogłos brzmi to jakby dochodziło z cmentarnych czeluści, czyli kurewsko tak jak powinno! No i jest tu jeszcze jeden kawałek, który uderza mocno i nie pozostawia nikogo żywym, a mianowicie „Iconoclasm Sweeps Cappadocia”. To kolejna perełka tego wydawnictwa, mocna i porywająca, a cała reszta, choć nie zostanie opisana przez ze mnie, też jest bardzo dobra. Ta płyta nie ma słabych momentów.&lt;br /&gt; Im bardziej zagłębiam się w te dźwięki, tym bardziej słyszę wpływy amerykańskiej ziemi. Trochę szkoda, że Darkthrone stał się innym Darkthrone. Po tym krążku jeszcze tylko dwa razy udało im się nagrać coś równie dobrego, a mowa o „Goatlord”, „prawdziwej” drugiej płycie i „A Blaze in the Northern Sky”. Wszystkie inne  to marne substytuty, raz lepsze, raz gorsze.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-3943878339808477697?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/3943878339808477697/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/04/darkthrone-soulside-journey.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/3943878339808477697'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/3943878339808477697'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/04/darkthrone-soulside-journey.html' title='Darkthrone - Soulside Journey'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S84Nij94alI/AAAAAAAAANs/wW2VQ-mRspk/s72-c/soulside_journey.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-3586511262815368425</id><published>2010-04-19T20:52:00.001+02:00</published><updated>2010-04-19T20:55:54.054+02:00</updated><title type='text'>Lech Janerka – Bruhaha</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S8ynMpJ4L9I/AAAAAAAAANk/2F_4Ax68P8E/s1600/Bruhaha.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 197px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S8ynMpJ4L9I/AAAAAAAAANk/2F_4Ax68P8E/s200/Bruhaha.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5461924283741122514" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Wyzwaniem jest opisać twórczość Lecha Janerki. Jego muzykę albo się kocha, albo nienawidzi, ale tylko z tego względu, że się jej najczęściej nie rozumie. To tyczy się najczęściej wcześniejszych jego wydawnictw. Sam nie uważam się na takiego, który rozumie wszystkie chwyty, teksty, piosenki stworzone przez tego Wrocławianina.&lt;br /&gt; W dzisiejszej recenzji chciałbym się skupić na jego czwartym albumie wydanym w 1994 roku o nazwie „Bruhaha”. Znalazło się na nim czternaście kompozycji, które zamykają się w trochę ponad czterdziestu minutach. Muzycznie jest to jedna z najcięższych płyt, jakie udało mu się nagrać. Winę za to ponosi Wojciech Seweryn, który odpowiedzialny jest za większość riffów. Janerka przy tworzeniu materiału na ten krążek oddał trochę inicjatywy reszcie zespołu, dzięki czemu często i gęsto możemy usłyszeć na nim jazzrockowe improwizacje i wstawki. Utworem, który najlepiej oddaje fakt przekazania na chwilę pałeczki innym jest „Mój sztylecik w twoim sercu”. Muzykę do niego stworzył Artur Dominik - perkusista, który tak samo jak Wojciech Seweryn miał zapędy w stronę jazzowania. Wpływy te słychać również w kawałkach najbardziej znanych i lubianych przez fanów Janerki. Mowa tutaj o otwierającym „Kalafiorze”, który jest opisem rzeczywistości połowy lat 90-tych, jak i w „Ryba Lufa”, do którego stworzono teledysk. &lt;br /&gt; Po eksperymentalnej płycie „Ur”, gdzie inspiracje Lecha poszły bardziej w stronę elektroniki, tak w „Bruhaha” mamy do czynienia z rockiem w najczystszej postaci made in Lech Janerka. Obok wpadających w ucho „W czapę”, „Tak Tylko Ty” czy też  „Nagan” i „Lubią Nas”, mamy tu również trochę bardziej odjechane kompozycje. Do tych drugich można zaliczyć „Jualari (nie wolno zjadać innych ani chłeptać czyjejś krwi)”, „Nie mnij mnie” czy jeszcze „Zuza (i tak to wygląda)”. Właśnie przez te ostatnie, ale oczywiście nie tylko, Lecha Janerke można zaliczyć do kompozytorów alternatywnego rocka. &lt;br /&gt; „Bruhaha”, choć przez fanów pozostanie niejednokrotnie niedoceniana, jest jednak kawałkiem niesamowicie wizjonerskiego podejścia do muzyki i mimo tego, że minęło już szesnaście lat, nadal pozostaje ona świeża.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-3586511262815368425?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/3586511262815368425/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/04/lech-janerka-bruhaha.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/3586511262815368425'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/3586511262815368425'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/04/lech-janerka-bruhaha.html' title='Lech Janerka – Bruhaha'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S8ynMpJ4L9I/AAAAAAAAANk/2F_4Ax68P8E/s72-c/Bruhaha.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-5630697484502934337</id><published>2010-04-17T00:10:00.001+02:00</published><updated>2010-04-17T00:13:41.147+02:00</updated><title type='text'>Acid Drinkers - Verses Of Steel</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S8jhEQIPxAI/AAAAAAAAANc/RsJmTxkIxPI/s1600/B001LK6IC2.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S8jhEQIPxAI/AAAAAAAAANc/RsJmTxkIxPI/s200/B001LK6IC2.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5460862011352007682" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Minęło chyba prawie dziesięć lat od czasu, kiedy ostatnio naprawdę zainteresowałem się płytą tej grupy. Niestety po odejściu ze składu Roberta "Litzy" Friedricha i wydaniu przez resztę albumu „Amazing Atomic Activity”, moje zainteresowanie tą formacją zmalało do poziomu totalnej ignorancji. Ale, jak to się mówi, czas leczy rany i po latach wróciłem, by sprawdzić jak tam Titus i spółka sobie poczynają.&lt;br /&gt; Okazało się, że znów nastąpiły zmiany. Po Perle i Lipie teraz na stanowisku krzyczącego gitarzysty mamy Olassa z None (R.I.P.). Z nowym członkiem „Kwasożłopy” wypościli kolejny już,  trzynasty (jeżeli liczyć „Fishdicka”) album. Szczerze mówiąc to podszedłem do niego z pewnego rodzaju rezerwą, gdyż jakoś nie wierzyłem, że kiedykolwiek uda im się pokonać ich wcześniejsze działa. Nie będę teraz wymieniał jakie, gdyż chyba każdy, kto choć trochę zna ich płyty wie, o czym mówię. Mimo tego, jak tylko usłyszałem pierwsze takty otwierającego numeru „Fuel of My Soul” zostałem zamurowany. Toż to riff, który już gdzieś słyszałem! Acid Drinkers rozpoczynają swój atak od  lekko spreparowanego riffu Meshuggah z ep-ki „I”. Ale niestety tak elektryzujący jest tylko początek, później nie jest już tak zaskakująco.&lt;br /&gt; Jedenaście kompozycji zawartych na „Verses of Steel” jest, krótko mówiąc, muzyczną pochwałą dla kultowych już kapel thrashowych lat 80-tych, ale nie tylko. Usłyszycie tu również nowe brzmienia, wzorujące się na takich kapelach jak np. Machine Head. Cóż tu dużo pisać, Acidzi wlali do gara starą dobrą młóckę, dodali do niej nowy groove metal i pochodne tegoż gatunku, a efekt końcowy to słuchane przez nas „Wersety ze Stali”.&lt;br /&gt; Jestem pewien, że niejeden z was znajdzie w tym krążku sporo rzeczy, przy których będzie skakał, machał czupryną, ogólnie się nimi zachwyci. Ja niestety pokręcę nosem i stwierdzę, że przeciętna to płyta. Osobiście zaczyna się ona dla mnie z numerem „Meltdown of Sanctity”, gdzie w końcu poczułem jakieś cięższe uderzenie, jakieś konkretne riffy. Kolejny, zaraz po nim, trochę mnie zaskoczył, gdyż poczułem w nim klimaty z „High Proof Cosmic Milk”. W „We Died Before We Start to Live” czuć lekko klimat tamtych wspaniałych dla tego bandu lat. Do tych dwóch dorzucę jeszcze jeden, a mianowicie „Red Shining Fur”. Ten z kolei atakuje wpadającym od pierwszego przesłuchania groove refrenem i nawet jakbym chciał go nienawidzić, to po prostu się nie da. &lt;br /&gt; Teraz po zaznajomieniu się z tym materiałem, może nie żałuje straconego czasu, bo jednak sentyment do tej kapeli nadal posiadam. Daleki jednak jestem, by pochlebnie się odnosić do ich dzieł. Szkoda... Może w przyszłości jeszcze nas zaskoczą. Czas pokaże...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-5630697484502934337?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/5630697484502934337/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/04/acid-drinkers-verses-of-steel.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/5630697484502934337'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/5630697484502934337'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/04/acid-drinkers-verses-of-steel.html' title='Acid Drinkers - Verses Of Steel'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S8jhEQIPxAI/AAAAAAAAANc/RsJmTxkIxPI/s72-c/B001LK6IC2.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-1077404483186377475</id><published>2010-04-14T21:37:00.001+02:00</published><updated>2010-04-14T21:39:59.847+02:00</updated><title type='text'>Trance Atlantic Air Waves - The Energy Of Sound</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S8YaCEe835I/AAAAAAAAANU/Mh8y2kBWUzg/s1600/EnergyOfSound.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 180px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S8YaCEe835I/AAAAAAAAANU/Mh8y2kBWUzg/s200/EnergyOfSound.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5460080221098925970" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Trance Atlantic Air Waves to projekt powstały w 1997 roku z inicjatywy dwóch osób, a były to Michale Cretu i Jens Gad. Ten pierwszy znany jest ze swojego innego przedsięwzięcia o nazwie Enigma, drugi zaś to producent płytowy, głównie dance popowych krążków lat 80-tych. Na swoim koncie ma albumy takich gwiazd tego światka jak ww. Enigma, Sandra, Milli Vanilli, Fancy. &lt;br /&gt; „The Energy of Sound” wyszła rok po założeniu projektu i pozostaje jedynym dziełem tych panów. Znajdziemy na niej dziesięć kompozycji, z czego tylko trzy są autorstwa  Cretu/Gad, reszta to covery różnych wykonawców. Wszystko zaczyna przeróbka The Alan Parsons Project z płyty “Eve”, a mianowicie „Lucifer”. Niestety trochę krótszy od oryginału, raczej nie robi wrażenia. Następną przeróbką jest główny temat z filmu „Gliniarz z Beverly Hills”, a nosi on nazwę „Axel F”. Duet Cretu/Gad trochę odkurzył ten chyba znany przez każdego motyw muzyczny, ożywiając go trochę, dodając do niego żywy beat. Kolejnym motywem filmowym jest główny temat tym razem z serialu „Policjanci z Miami”. „Crockett's Theme” tak samo jak oryginał posiada także i tu piękny klimat, tylko tak samo jak to było z poprzednikiem, tak i ten został z lekka odrestaurowany. &lt;br /&gt; Nie będę wam wymieniał wszystkich coverów tej płyty, ale dodam tylko, że znajdziecie tu numery takich ludzi jak: Jan Hammer, M. Hayef, Ecama, i Giorgio Moroder czy Vangelis. Tego ostatniego Cretu i Gad pozwolili sobie na wariacje utworu „Pulsar”. Jeżeli ktoś siedzi w tego typu muzyce to wie, o czym mówię. Dla tych, którzy nie wiedzą wyjaśniam, że „Pulsar” pochodzi z krążka o nazwie „Albedo 0.39” z 1976 i pozostaje do dziś jednym z najbardziej znanych numerów tego pana. &lt;br /&gt; Jestem pewien, że projekt ten, jak i połączenie muzyki elektronicznej, dancowej i New Age nie każdemu przypadnie do gustu, dlatego też nie rozpisuję się na temat tego, jak to temu duetowi wyszły ich modyfikacje. Każdy zainteresowany niech sprawdzi to sam...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-1077404483186377475?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/1077404483186377475/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/04/trance-atlantic-air-waves-energy-of.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/1077404483186377475'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/1077404483186377475'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/04/trance-atlantic-air-waves-energy-of.html' title='Trance Atlantic Air Waves - The Energy Of Sound'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S8YaCEe835I/AAAAAAAAANU/Mh8y2kBWUzg/s72-c/EnergyOfSound.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-2505413458673138804</id><published>2010-04-13T22:13:00.001+02:00</published><updated>2010-04-13T22:17:49.649+02:00</updated><title type='text'>Editors - The Back Room</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S8TRaEM-wJI/AAAAAAAAANM/aU05UguQMAQ/s1600/Editorsbackroomindie.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S8TRaEM-wJI/AAAAAAAAANM/aU05UguQMAQ/s200/Editorsbackroomindie.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5459718894014873746" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Znów, dzięki rekomendacji, sięgnąłem po płytę brytyjskiego zespołu z nurtu indie rock. Editors to powstała w 2004 roku grupa z Birmingham a „The Back Room” to ich pierwszy oficjalny krążek. Zanim przesłuchałem ten materiał, słyszałem skądinąd o porównaniach ich twórczości do takich znakomitości jak Joy Division czy też Interpol. Zachęcony jeszcze bardziej zacząłem w końcu tego słuchać i trochę się zawiodłem...&lt;br /&gt; Pierwszym utworem, który do mnie dotarł był numer „Fall”. W nim to najbardziej słychać wpływy Interpol, i choć nie jest to tak niesamowicie melancholijne, jak to potrafią czynić nowojorczycy, to coś w nim jest. &lt;br /&gt;Po kilkudziesięciokrotnym przesłuchaniu całości utwierdziłem się w jednym - Editors mają swój własny styl, który może przypominać niektóre bandy. Uwalniając się więc od oczywistych inspiracji tej kapeli, stwierdziłem, że ich debiut, choć ciekawy, nie zasługuje na tak duże rozdmuchanie medialne, jak to miało miejsce w rzeczywistości.  &lt;br /&gt; Oprócz trzech kawałków, czyli ww. „Fall”, „Camera” i „Open Your Arms”, które jednocześnie są zwolnieniami tego albumu, cała reszta pod względem aranżacyjnym, jak i melodyjnym ma tylko jeden cel, a jest nim medialność. Nie twierdzę, że panom z Editors zależy na kasie, ale patrząc na konstrukcje poszczególnych utworów ciężko nie zauważyć, że chodziło tu o uderzenie w mało wybrednych słuchaczy. Gdybym musiał naprawdę porównywać wyczyny tego kwartetu to wrzuciłbym ich do jednej szufladki z Coldpaly, gdyż właśnie Editorsom bliżej do popu, niż do konkretnie ambitnego grania.&lt;br /&gt; Może trochę za ostro ich traktuje, ale przecież  teraz inaczej się nie da. Trzeba oddzielać wartościowe albumy od tych, które pomimo ciekawych pomysłów (tak jest w tym przypadku) są jednak słabe. „The Back Room” niczym nie zaskakuje, nie potrafi porwać, jego uczucia, choć niekiedy bardzo rozrysowane, były już eksplorowane przez innych, w lepszy sposób.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-2505413458673138804?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/2505413458673138804/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/04/editors-back-room.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/2505413458673138804'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/2505413458673138804'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/04/editors-back-room.html' title='Editors - The Back Room'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S8TRaEM-wJI/AAAAAAAAANM/aU05UguQMAQ/s72-c/Editorsbackroomindie.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-8014849930304464023</id><published>2010-04-12T23:04:00.002+02:00</published><updated>2010-04-12T23:10:37.322+02:00</updated><title type='text'>Tolkien Ensemble - A Night in Rivendell</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S8OMSXi61zI/AAAAAAAAANE/0zA2zkaoFGU/s1600/A_Night_In_Rivendell_Albumcover.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 198px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S8OMSXi61zI/AAAAAAAAANE/0zA2zkaoFGU/s200/A_Night_In_Rivendell_Albumcover.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5459361420489185074" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Tolkien Ensemble to duńska grupa wykonująca muzykę do tekstów największego pisarza fantasy - J.R.R. Tolkiena. Zespół ten powstał w 1995 roku i od tamtego czasu wypuścił pod tą nazwą cztery płyty plus jeden „the best of...” Dzisiejsza recenzja będzie traktować o ich drugim dziele o nazwie „A Night in Rivendell”. &lt;br /&gt; Muzykę tej formacji można zaklasyfikować jako połączenie muzyki klasycznej z folkiem, z bardzo dużym naciskiem na ten drugi gatunek. Album posiada dwanaście kompozycji, z czego cztery to lamenty. Pierwszym z nich jest „Lament of the Rohirrim”. Utwór ten oparty jest głównie na instrumentach smyczkowych, które tworzą piękne tło, a całość prowadzi gitara klasyczna i głęboki barytonowy wokal. Podobną strukturę posiada „Frodo's Lament for Gandalf”. Rozpoczyna się on od dźwięków płaczących skrzypiec, a dalej tak jak w poprzednim lekko płynie gitara klasyczna wraz z akordeonem. Zupełnie innym jest „Lament for Boromir”. W nim to solista wyśpiewuje historie sławnego rycerza Gondoru przy akompaniamencie fortepianu. To jedna z lepszych kompozycji na tym albumie, pełna pięknych klawiszowych pejzaży. Pięknym i jednocześnie niesamowicie smutnym jest ostatni lament. „Lament for Théoden” to chóralny utwór polifoniczny. Jednocześnie to najdłuższa sztuka wśród tuzina innych pieśni o Śródziemiu. Słuchając go możemy oczami wyobraźni zobaczyć kurhany królów Marchii i Rohimirrów, żegnających swego wielkiego władcę.&lt;br /&gt;  Jednak moim osobistym faworytem jest elficka pieśń „The Fall of Gil-galad”. Opiewa ona, jak sam tytuł wskazuje, upadek ostatniego wielkiego króla elfów Gil-galada. To smutna pieśń, w której w tle lekko mruczy kontrabas, wtóruje mu przy tym gitara i akordeon, a między momentami śpiewanymi wchodzi przepięknie smutny tin whistle, czyli irlandzka piszczałka. Ciekawostką jest jeszcze jeden utwór „Gollums Song/Riddle”. Povl Dissing wokalnie wcielił się tu w postać Golluma i zrobił to fenomenalnie, szepcąc i  gulgocząc słynne zagadki w ciemności.&lt;br /&gt; Dzieło to, jestem tego pewien, nie każdego zauroczy, ale ci, którzy zechcą poznać  bliżej dźwięki Tolkien Ensemble, odpłyną w nich bez końca pewnie niejeden raz.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-8014849930304464023?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/8014849930304464023/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/04/tolkien-ensemble-night-in-rivendell.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/8014849930304464023'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/8014849930304464023'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/04/tolkien-ensemble-night-in-rivendell.html' title='Tolkien Ensemble - A Night in Rivendell'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S8OMSXi61zI/AAAAAAAAANE/0zA2zkaoFGU/s72-c/A_Night_In_Rivendell_Albumcover.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-5221582850043458948</id><published>2010-04-09T22:29:00.002+02:00</published><updated>2010-04-09T22:30:11.887+02:00</updated><title type='text'>Warbringer - War Without End</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S7-OTr_iRbI/AAAAAAAAAM8/e6FcmDMofUg/s1600/61OTQ09djgL._SS500_.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S7-OTr_iRbI/AAAAAAAAAM8/e6FcmDMofUg/s200/61OTQ09djgL._SS500_.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5458237742274201010" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Thrash metal powrócił zza grobu. To fakt. Od paru ładnych lat zewsząd atakują nas pozycje, które brzmieniowo i stylowo mogłyby być nagrane w latach 80-tych, kiedy to gatunek ten królował w świecie metalu. Przykładem tego thrash marszu jest amerykański zespół Warbringer. Kapela ta powstała w 2004 roku, a swój pierwszy długograj nagrała w cztery lata później. Debiut ten nazwano „War Without End”.&lt;br /&gt; Zawartość tego krążka to jedenaście utworów zamykających się w niecałych czterdziestu minutach muzyki i od początku do końca słuchając tych dźwięków, słyszy się tylko jedno – wpływy. Niestety nie wiem, jak bardzo panowie z Newbury Park musieliby się postarać, by przerosnąć mistrzów, których usilnie kopiują, a słychać tego tu trochę... Mamy tu wczesną Metallice, Megadeth, Exodus, Slayer i Anthrax, itp., itd. … Nie jest to oczywistym grzechem, gdyż posiłkowanie się tymi gwiazdami thrashu ma swoje plusy, ale też minusy. Tutaj tym wielkim minusem jest nuda, która zakrada się po kilkukrotnym przesłuchaniu tego materiału. Jest to dobre, ale tylko na krótko. &lt;br /&gt; Producentem tego albumu jest Bill Metoyer, legendarny już producent płyt takich zespołów jak Sacred Reich, Fatest Warning, Flotsam and Jetsam, Slayer i wielu, wielu innych. On to nadał temu wydawnictwu odpowiednie brzmienie i muszę przyznać, ze odwalił kawał dobrej roboty. Całość brzmi jakby miało ponad dwadzieścia lat. &lt;br /&gt; Wszystkie kompozycje są niezwykle równe, co sprawia, że ciężko wskazać konkretnego faworyta. A jeżeli już miałbym to uczynić, to powiedziałbym, że „At The Crack Of Doom”, „Beneath The Waves” i „Instruments Of Torture” to numery, które mają może w sobie coś więcej od reszty. &lt;br /&gt; Jest jeszcze coś, fundamentalna skaza nowej fali thrash metalu. Większość płyt nagranych przez te bandy ma spartoloną jedną rzecz, która łączy je wszystkie, a mianowicie jest to wokal. Jeszcze nie udało mi się znaleźć albumu z dobrym wokalistą - muza może być, ale wokal odpada. Tak samo jest tu. John Kevill wrzeszczy jak Tom Araya, który przeszedł terapię black metalem. Połączenie co najmniej ciężko strawne. &lt;br /&gt; Mocny debiut, ale nie na tyle, by powalił na kolana...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-5221582850043458948?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/5221582850043458948/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/04/warbringer-war-without-end.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/5221582850043458948'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/5221582850043458948'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/04/warbringer-war-without-end.html' title='Warbringer - War Without End'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S7-OTr_iRbI/AAAAAAAAAM8/e6FcmDMofUg/s72-c/61OTQ09djgL._SS500_.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-480824527427816546</id><published>2010-04-09T21:36:00.002+02:00</published><updated>2010-04-09T21:37:08.990+02:00</updated><title type='text'>Antichrisis - Cantara Anachoreta</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S7-B33ydUkI/AAAAAAAAAM0/JL0Vdo0r0_4/s1600/92666.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S7-B33ydUkI/AAAAAAAAAM0/JL0Vdo0r0_4/s200/92666.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5458224070264705602" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Niekiedy nie wiem, po co sięgam po wydawnictwa tak mało znanych zespołów jak Antichrisis. Z góry można przypuszczać, że ich muzyka raczej nie będzie wysokich lotów, bo gdyby było inaczej, to byłoby o nich głośno. Ostatni swój albumu zespół ten wydał w 2001 roku, ale wszystkie informacje wskazują na to, że jeszcze kiedyś o nich usłyszymy. Na razie wrócę do ich początków...&lt;br /&gt;„Cantara Anachoreta” - pierwsza ich płyta wyszła w dwa lata po powstaniu grupy, czyli w 1997 roku. Już od samego początku Sid (założyciel i główny kompozytor) częstuje nas krążkiem trwającym ponad siedemdziesiąt minut. &lt;br /&gt;Pierwszą rzeczą, na jaką zwracam uwagę przed przesłuchaniem jest czas trwania wydawnictwa, a te siedemdziesiąt minut i znajomość twórczości tej formacji powiedziało mi dwie rzeczy. Po pierwsze - prawdopodobnie użyto tu dużo różnorodnych pomysłów, po drugie – ktoś tu jest bardzo ambitny. &lt;br /&gt; Obydwa spostrzeżenia były trafne. Muzyka tutaj zawarta kręci się gdzieś wokoło gothicu, lekkiego metalu, folku w prawie każdej postaci. Przeczytałem gdzieś, że niektórzy słyszą tu też black metal. Dla mnie to totalne mrzonki. Z blackiem to ta muzyka może mieć coś wspólnego tylko dzięki wokalowi, kiedy to Sid zamienia swój gardłowy wokal na lekko skrzekliwy, a dopinguje go w tym Willowcat . Zagłębiając się w to bardziej, napiszę, że muzyka Antichrisis ma więcej wspólnego z rockiem lub z folk rockiem niż z metalem. Niektóre zagrywki w prawie każdym kawałku są ciężkie, ale w sumie to przecież sam fakt tego o niczym nie świadczy. Do tego wszystkiego można jeszcze dodać inspiracje world music, szczególnie we fragmencie utworu „The Endless Dance”.&lt;br /&gt; Tak więc zagłębiając się w dźwięki tego krążka dostaniemy ciekawą mieszankę różnych gatunków i do tego coś jeszcze – klimat. Uczucia melancholii, smutku, piękna, bólu i wiele innych... i wszystko było by pięknie, lecz niestety tak nie jest. Pierwszym słyszalnym minusem jest brzmienie. Barwa każdego z instrumentów jest niedopracowana, jakby ktoś spieszył się z nagraniem i zrobił to byle jak. Nie wiem, czy jest to wina producenta, czy zespołu, który marny ma sprzęt, ale jasne jest to, że płyta przez to kuleje. Drugą rzeczą są kobiece wokale, używane stanowczo za często i zamiast mieszać je z męskimi, częściej są puszczone samopas. Tak jak w numerze „Goodbye To Jane”, który jest najsłabszym tutaj. Gdyby nie to, że trwa on prawie osiem minut, mógłbym napisać, że przypomina mi on dorobek naszego polskiego zespołu Wilki, tak zajeżdża on popem i ckliwymi melodiami. &lt;br /&gt; Jak na debiut to słabo, choć mogło być o wiele gorzej. Dobre rozbudowanie kompozycji, ale niestety fatalne wykonanie. Na kolejnej płycie było lepiej, ale bardziej folkowo. Nic zostało mi więc nic innego, jak raczej odwieść wszystkich od marnowania czasu na ten album, tak jak ja to zrobiłem, choć pewnie znajdą się amatorzy i tego dania. Nikomu przecież niczego nie zabraniam.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-480824527427816546?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/480824527427816546/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/04/antichrisis-cantara-anachoreta.html#comment-form' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/480824527427816546'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/480824527427816546'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/04/antichrisis-cantara-anachoreta.html' title='Antichrisis - Cantara Anachoreta'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S7-B33ydUkI/AAAAAAAAAM0/JL0Vdo0r0_4/s72-c/92666.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-5244014707153021245</id><published>2010-04-01T23:01:00.001+02:00</published><updated>2010-04-01T23:04:08.309+02:00</updated><title type='text'>Moonspell – Wolfheart</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S7UKQm9-ykI/AAAAAAAAAMs/fWB_C8ia4EM/s1600/Wolfheart.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S7UKQm9-ykI/AAAAAAAAAMs/fWB_C8ia4EM/s200/Wolfheart.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5455277804083923522" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;To jedno z tych dzieł, dzięki którym nadal siedzę w tej muzyce. To dla mnie ważna pozycja w mojej edukacji metalem, ale faktem jest też, że zawsze nawet w najbardziej brutalnych jej odmianach szukałem klimatu, czegoś, co mnie poruszy. &lt;br /&gt; Tutaj nie trzeba długo czekać. Już od pierwszych taktów „Wolfshade (A Werewolf Masquerade)” wiem, że mam do czynienia z czymś unikatowym. Atmosfera tego albumu krąży gdzieś w okolicy wampiryzmu i likantropii, do tego można wmieszać jeszcze erotyzm i uzyskamy iście finalną poezję. &lt;br /&gt; Umiejętnie operowanie nastrojem, czyli to, kiedy przyłożyć trochę ciężej, kiedy wrzucić trochę skrzekliwych wokaliz, a subtelnymi wstawkami na syntezator, zwolnieniami i wokalem kobiecym, to właśnie geniusz „Wolfheart”.&lt;br /&gt; Utwory tutaj zamieszczone łącza się razem w jedną wspaniałą całość, celebrując moce nocy. Atmosfera jest wymowna, wystarczy posłuchać instrumentalnego „Lua D'Inverno” by ujrzeć oczami wyobraźni ciemny las oświetlany blaskiem pełni księżyca. To, co przyciąga i sprawia, że wydawnictwo to jest unikatowe to wstawki folkowe. Przykładem jest „Trebraruna”. To pochwała pogańskiego bożka, wyśpiewana w starym średniowiecznym stylu portugalskich trubadurów. Jednak chyba najbardziej klimatyczną sztuką tego krążka jest utwór „Vampiria”. Nigdy później nie spotkałem się z tak pięknym muzycznym przedstawieniem wampiryzmu, nie wliczając do tego płyty Cradle of Filth - „Crualty and the Beast”&lt;br /&gt; W innym utworze klimat przesycony jest erotyzmem, jak sam tytuł wskazuje „An Erotic Alchemy”. W nim to słyszymy rytmiczną wstawkę bardzo podobną do tej, która jest w „Vampiri”. Ten świadomy manewr spaja w jedno te kawałki, przecież tak odrębne od siebie. W nim to znajdziemy jeszcze w warstwie lirycznej króciutki tekst Markiza De Sade, a to chyba mówi już wszystko o tym numerze. &lt;br /&gt; Na koniec mamy wielce energetyczny „Alma Mater”. Można powiedzieć, że to jest początek tzw. „Lustianian Metalu”. Ruch ten rozszerzył się teraz i jest już wiele zespołów grających ten typ muzyki metalowej.&lt;br /&gt; W dzisiejszych czasach ciężko teraz znaleźć płyty, które mogłyby choć w połowie dorównać tejże. Minęło piętnaście lat i raczej już nie usłyszymy nic, co mogłoby z tym albumem konkurować. Istnieje oczywiście jedno ustępstwo od tego niepisanego prawa. Drugi album Moonspell, ten to przebił „Wolfheart” i wszystko inne. Ale to już inna historia...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-5244014707153021245?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/5244014707153021245/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/04/moonspell-wolfheart.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/5244014707153021245'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/5244014707153021245'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/04/moonspell-wolfheart.html' title='Moonspell – Wolfheart'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S7UKQm9-ykI/AAAAAAAAAMs/fWB_C8ia4EM/s72-c/Wolfheart.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-7462818211006150556</id><published>2010-04-01T21:45:00.003+02:00</published><updated>2010-04-01T21:46:26.657+02:00</updated><title type='text'>Lost Soul - Immerse in Infinity</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S7T4CGrA7aI/AAAAAAAAAMk/yE03J8Xf3Lo/s1600/1255772646_f.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S7T4CGrA7aI/AAAAAAAAAMk/yE03J8Xf3Lo/s200/1255772646_f.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5455257763686968738" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Już zaczyna mnie nudzić taka muzyka. Techniczna odmiana death metalu w wykonaniu wrocławskiego Lost Soul to nic innego, jak prawie że nieustająca maszyna produkująca blasty. Nawet ucieszyłem się, kiedy z tego obozu nie docierały żadne wieści przez te cztery lata. Nie zrozumcie mnie źle, ale po przesłuchaniu „Chaostream” miałem serdecznie dość tego zespołu, gdyż nie wniósł on niczego nowego do tego gatunku. No ale nadszedł rok 2009 i Lost Soul w całkiem nowym składzie, wypuścił swój kolejny krążek o nazwie „Immerse In Infinity”. &lt;br /&gt; Kiedy usłyszałem pierwsze dwa utwory czyli „Revival” i „Personal Universe” myślałem, że nic się nie zmieniło. Nadal króluje szybkość. No, może konstrukcje tych kawałków są bardziej połamane, ale to nic w porównaniu z kapelami, które tak łamią zasady różnorakiej konstrukcji, że to, co usłyszałem tutaj kompletnie nie zrobiło na mnie wrażenia. Poza tym zmienił się trochę wokal Jacka Greckiego i teraz przypomina on wyczyny Petera z Vader.&lt;br /&gt; Dopiero pierwszą konkretną zmianą był utwór trzeci. „...if the Dead Can Speak” to przemyślana kompozycja, przypominająca trochę dokonania Behemoth. Niektóre z riffów tutaj skomponowanych mają zabarwienie core'owe, a jeden jest uderzająco podobny do riffu kawałka Fear Factory. Klimat całego możemy zawdzięczać wpływowi nowoczesnego amerykańskiego grania, ale w porównaniu do tego, co Lost Soul tworzył kiedyś, to wcale nie wypada źle. Poza tym w tymże numerze pojawiła się ciekawa solówka. Nigdy wcześniej nic tak konkretnego nie wychodziło spod palców Greckiego. Mówiąc szczerze, to wszystkie sola przypominają dokonania gitarzystów z lat kiedy death metal raczkował w USA. A to bardzo dobry znak. Niestety, utwór ten jest praktycznie jednorazowym wybrykiem, a szkoda. &lt;br /&gt; Po nim wracamy do młócki... Hmm, jak słucham „216” to już sam nie wiem, czy przyzwyczajam się do tego, czy jest to ciekawe? Raczej coś w nim jest, ale zabijcie mnie,  sam nie wiem co …tak samo jest w większości kawałków. Tylko momentami, niekiedy przez parę sekund można usłyszeć ciekawą zagrywkę. Poza tym blasty!!! W chwili, kiedy zdominowały one death metal, gatunek ten zaczął umierać. Teraz zamiast wewnętrznej agresji, mamy wykalkulowaną brutalność. &lt;br /&gt; Wyjątkami oprócz „...if the Dead Can Speak” są „Breath of Nibiru” z najciekawszym początkiem na tym krążku i najbardziej stabilną konstrukcją i „Divine Project”. Ten raczej oprócz niezłych dźwięków ma ciekawą warstwę liryczną. I jest jeszcze ostatni - „Simulation”. Najdłuższy, najbardziej rozbudowany. &lt;br /&gt; Te cztery z ośmiu kawałków, które są warte mojej uwagi nie sprawią, że stanę się wielkim fanem tego bandu, ale to już dobry początek do tego, by zacząć tworzyć coś wartościowego, a nie tylko kontrolowany chaos i szum. Jedno jest pewne, to najdojrzalsze dzieło w historii Lost Soul.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-7462818211006150556?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/7462818211006150556/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/04/lost-soul-immerse-in-infinity.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/7462818211006150556'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/7462818211006150556'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/04/lost-soul-immerse-in-infinity.html' title='Lost Soul - Immerse in Infinity'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S7T4CGrA7aI/AAAAAAAAAMk/yE03J8Xf3Lo/s72-c/1255772646_f.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-8396159533432158004</id><published>2010-04-01T21:39:00.001+02:00</published><updated>2010-04-01T21:42:18.282+02:00</updated><title type='text'>Goldfrapp  - Felt Mountain</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S7T3EzmamkI/AAAAAAAAAMc/E-VdgOmfkqs/s1600/1370828fd7a07a84c8ce0110.L.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S7T3EzmamkI/AAAAAAAAAMc/E-VdgOmfkqs/s200/1370828fd7a07a84c8ce0110.L.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5455256710595385922" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Nie mogłem się doczekać, by poznać twórczość Goldfrapp, kiedy dowiedziałem się, że porównywano ich do mego ulubionego trip-hopowego zespołu Portishead. Na tapetę poszła pierwsza ich płyta - „Felt Mountain”. Pierwsze moje zetknięcie się z tym albumem potwierdziło te porównania, ale im więcej słuchałem tych dźwięków, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że to tylko powierzchowna ocena ich muzyki. &lt;br /&gt; Will Gregory i Alison Goldfrapp poszli trochę dalej niż formacja z Bristolu. Swój trip-hop „postarzali”. Nadali mu wyraz zmanierowanej kobiety w sile wieku, która jest fantastyczną śpiewaczką i bardzo dobrze zdaje sobie z tego sprawę. To równie dobrze mógłby być opis Alison, gdyż jej maniera wokalna właśnie taka jest. Jednak słowa te najlepiej opisują ich muzykę, która mogłaby być soundtrackiem do niejednego filmu z gatunku „film noir”, lub ze starszych filmów z agentem Bondem. Klimat całego krążka oscyluje gdzieś między stonowaną nowoczesnością, którą można nazwać trip-hopem (dla mnie tu prawie tego nie ma), a atmosferą zadymionej knajpki z przełomu lat 40-tych i 50-tych. Do tego dołączcie kabaret i będziecie mieli mniej więcej obraz tej płyty. &lt;br /&gt; Do tego ostatniego najbardziej zalicza się „Oompa Radar”, inspirowany filmem Romana Polańskiego - „Matnia”, a w szczególności muzyką Krzysztofa Komedy. To utwór instrumentalny, lecz tego typu numery z tej płyt nigdy nie są całkiem bez wokalu, gdyż Alison stara się jak może, by cały czas coś podśpiewywać. Oczywiście, w tym przypadku nie są to słowa.  &lt;br /&gt; Wrócę teraz znów do naszego zmarłego kompozytora, gdyż jego muzyka odcisnęła się mocno na tym dziele. Słychać to praktycznie w każdej z dziewięciu piosenek. Kończąca kompozycja „Horse Tears” równie dobrze mogła wyjść spod jego rąk. Przypomina ona trochę główny temat z Dziecka Rosemary. &lt;br /&gt; No dobra, koniec z inspiracjami i wpływami. Te prawie czterdzieści pięć minut muzy zaczyna „Lovely Head”. Po syntetycznym kilkusekundowym intro wchodzi pełne melodii gwizdanie i już jesteśmy w gęstej atmosferze oparów papierosowych. Wręcz pływamy w jej elegancji. Ten jest moim ulubionym, razem z chyba najbardziej „żywym” numerem o tytule  „Utopia”. To najbardziej „nowoczesna” kompozycja tego albumu, w niej to najwięcej jest elektroniki, syntezatorów, a nawet beatów.&lt;br /&gt; Jeżeli więc szukacie drugiego Portishead, tak jak to było w moim przypadku, to możecie się zawieść. Goldfrapp to kompletnie inna bajka, choć z podobnym morałem. Ci, którzy pozwolą oczarować się gracji tego debiutu, niejednokrotnie odpłyną w dal, gdzie każdy dźwięk jest wyważany ...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-8396159533432158004?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/8396159533432158004/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/04/goldfrapp-felt-mountain.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/8396159533432158004'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/8396159533432158004'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/04/goldfrapp-felt-mountain.html' title='Goldfrapp  - Felt Mountain'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S7T3EzmamkI/AAAAAAAAAMc/E-VdgOmfkqs/s72-c/1370828fd7a07a84c8ce0110.L.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-4340073696017180598</id><published>2010-03-28T21:20:00.001+02:00</published><updated>2010-03-28T21:25:49.676+02:00</updated><title type='text'>The Beatles - Rubber Soul</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S6-s_M8xZHI/AAAAAAAAAMU/Ao9619dlAEc/s1600/Rubber+Soul.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 196px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S6-s_M8xZHI/AAAAAAAAAMU/Ao9619dlAEc/s200/Rubber+Soul.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5453767875576816754" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;„Rubber Soul” to szósty krążek w dyskografii tego największego zespołu rockowego. Jednocześnie jest to przedostatni krążek przed erą studyjną zespołu. Został on wypuszczony na światło dzienne dokładnie 3 grudnia 1965 roku. Nagrania trwały cztery tygodnie, spieszono się, gdyż chciano wydać go przed gwiazdką. &lt;br /&gt; Album ten jest pierwszym krokiem ku bardziej psychodelicznym brzmieniom.  Na nim to po raz pierwszy George Harrison użył indyjskiego instrumentu o nazwie sitar. Poprosił go o to John Lennon, gdyż uważał, że w jego utworze „Norwegian Wood (This Bird Has Flown)” będzie on pasował. Ale to była dopiero druga kompozycja na tym wydawnictwie. Pierwszym numerem jest chyba każdemu znany „Drive My Car”. To jedna z piosenek napisana przez McCartneya. &lt;br /&gt; Jednym z kroków ku przyszłym muzycznym eksploracjom był utwór „Nowhere Man”. To jedna z pierwszy kompozycji, które nie opowiadają już o miłości, jak to bywało wcześniej. Jej autorem jest John Lennon i jak sam przyznał po latach, jest to utwór o nim, o stanie jego psychiki w tamtym okresie. &lt;br /&gt; No ale jeżeli pisze się cokolwiek o The Beatles to nie można zapomnieć o balladach. Na „Rubber Soul” mamy takie dwie. Pierwszą z nich jest kompozycja Paula „Michelle”, ale bardziej wyrazista jest ta druga o tytule po prostu „Girl”. Ciekawostką w niej jest długi, przeciągły wdech, który miałby symbolizować zaciągnięcie się dymem marihuany. Chyba nie muszę pisać, że w tamtych czasach czwórka z Liverpoolu paliła tony tego ziela.&lt;br /&gt; Jedną z perełek tej płyty, na pewno dla Johna był „In My Life”. To sztuka opowiadająca o jego życiu, szczególnie koncentrującą się na jego dzieciństwie i śmierci jego przyjaciela Stuarta Sutcliffe. Sam Lennon po nagraniu tegoż przyznał, że wszystko co nagrał przed tym było do kitu. &lt;br /&gt; Dwa z czternastu numerów zamieszonych na tym krążku jest autorstwa Georga Harrisona. George coraz bardziej dojrzewał jako kompozytor, przykładem tego jest świetna kompozycja „If I Needed Someone”. &lt;br /&gt; Patrząc z perspektywy czasu na to dzieło, wydaje się ono słabsze w porównaniu do wcześniejszego albumu „Help!” czy też późniejszego „Revolver”. Charakterystycznym jego elementem jest gitara klasyczna, gdyż John częściej sięgał właśnie po nią w czasie nagrań. Poza tym jest to jeden z najsłabszych albumów McCartney'a. Jego „I'm Looking Through You”, czy też „Michelle” nie elektryzują tak bardzo jak by mogły. Ale to się miało zmienić.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-4340073696017180598?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/4340073696017180598/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/03/beatles-rubber-soul.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/4340073696017180598'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/4340073696017180598'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/03/beatles-rubber-soul.html' title='The Beatles - Rubber Soul'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S6-s_M8xZHI/AAAAAAAAAMU/Ao9619dlAEc/s72-c/Rubber+Soul.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-4197964455897296664</id><published>2010-03-28T21:17:00.002+02:00</published><updated>2010-03-28T21:18:15.955+02:00</updated><title type='text'>Rivendell - Farewell - The Last Dawn</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S6-rc7BA6VI/AAAAAAAAAMM/sPM9S2M-984/s1600/Cover.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 199px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S6-rc7BA6VI/AAAAAAAAAMM/sPM9S2M-984/s200/Cover.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5453766187135592786" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Jednak sięgnąłem po trzecią i zarazem ostatnią płytę austriackiego projektu Mr. Falagara o nazwie Rivendell. Dawno już nie byłem tak uparty, jeżeli chodzi o muzykę. Dałem mu dużo kredytu, tylko dlatego, ze śpiewa o krainie zwanej „Śródziemiem”. &lt;br /&gt; Jego ostatnie jak do tej pory dzieło nosi nazwę „Farewell - The Last Dawn” i zostało wydane w 2005 roku. Nie wiem, czy jest to pożegnanie się z muzyką i zawieszenie działalności, ale wszystko na to wskazuje. Po pierwsze tytuł, jakby nie patrzeć wymowny, po drugie minęło już pięć lat, a z obozu Rivendell dobiega tylko jedno – cisza. &lt;br /&gt; Na krążku, który zawiera siedem numerów możemy się spodziewać folk metalu. Epicki black metal, który wcześniej królował na albumach Falagara już nie ma racji bytu. Zostały tylko wokalizy, ale i one nie są już tak zadziorne i natarczywe jak wcześniej. Wyjątkiem od tego jest jeden utwór. „Back To Lands We Once Did Know”. Ma on jak najbardziej atmosferę epic blacku, ale tylko dlatego, że numer ten pochodzi z czasów kiedy Rivendell było czarne i złe :). Gerold Laimer w zamierzchłych czasach (patrz 1998 rok) nagrał demo „Poems of Mountains and Forests” i właśnie z niego pochodzi ten kawałek. Czyli mamy tylko sześć nowych kompozycji.&lt;br /&gt; Muzyka, która tutaj doświadczycie dla mnie osobiście jest prawie przebojowa. Chwytliwe melodie, wesołe przyśpiewki. Szczególnie w „The Fall Of Gil-Galad”, którym wnerwił mnie Falagar niemiłosiernie. Kawałek o śmierci ostatniego króla elfów jest sielankowo ogniskową pioseneczką. Przykro mi, ale inaczej wyobrażałem sobie muzyczne przedstawienie śmierci, nawet jeżeli chodzi tu tylko o postać fikcyjną. &lt;br /&gt; Zabarwiony o sitraowo indyjskie klimaty jest kawałek „The Old Walking Song”. A jest to pewnie, niektórzy z was poznają po tekście, piosenka Hobbitów. Tutaj znów jest sielankowo, ale akurat w tym momencie jest to wskazane, tak samo jak w „A Drinking Song”, ale niestety tutaj jest to już maksymalnie wtórne.&lt;br /&gt; Kiedy znalazłem Rivendell ucieszyłem się, gdyż miałem nadzieje, ze będzie to coś równie ciekawego i klimatycznego jak Summoning. Ale niestety to kompletnie inne twory i w porównaniu Rivendell wychodzi dużo słabiej. Reasumując, muzyka tego projektu trafi pewnie tylko do fanów gatunku i nikogo więcej ...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-4197964455897296664?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/4197964455897296664/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/03/rivendell-farewell-last-dawn.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/4197964455897296664'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/4197964455897296664'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/03/rivendell-farewell-last-dawn.html' title='Rivendell - Farewell - The Last Dawn'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S6-rc7BA6VI/AAAAAAAAAMM/sPM9S2M-984/s72-c/Cover.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-6430283261066295731</id><published>2010-03-27T01:11:00.001+01:00</published><updated>2010-03-27T01:13:55.969+01:00</updated><title type='text'>Eloy - Power and the Passion</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S61NwGD-2zI/AAAAAAAAAME/b-IN5s-mKRU/s1600/Power+And+The+Passion+(Remastered+Album).jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 195px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S61NwGD-2zI/AAAAAAAAAME/b-IN5s-mKRU/s200/Power+And+The+Passion+(Remastered+Album).jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5453100212471913266" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Czasem dobrze jest cofnąć się w czasie i sięgnąć po dzieła, które powstawały ponad trzydzieści lat temu. Posłuchać dźwięków korzeni muzyki rockowej. Teraz bardzo rzadko wracamy do tego typu rzeczy. Sam czynię to nieczęsto... Ale wróciłem, tym razem dzięki człowiekowi, który wychował się na tego typu muzyce. &lt;br /&gt; Niemiecka grupa Eloy powstała w 1969 roku pod przewodnictwem Franka Bornemanna. Swój czwarty album pt. „Power and the Passion” zarejestrowała w 1975 roku i muszę przyznać, że jest to jedno z lepszych dzieł psychodelicznego rocka jakie słyszałem. Jeżeli miałbym już szufladkować ich muzykę, to pokusiłbym się napisać, że i owszem jest to psychodelic rock, ale namaczany w progresie ze szczyptą space rocka. Głównymi inspiracjami tej niemieckiej formacji są zespoły brytyjskie, w szczególność Pink Floyd i Genesis, co lekko dziwi, gdyż większość niemieckich kapel z tamtego okresu poruszała się raczej w sferze rocka elektronicznego lub krautrocka. &lt;br /&gt; „Power...” to pierwszy w historii tego zespołu koncept album. Opowiada on o mężczyźnie, który podróżuje w czasie. Człowiek ów eksperymentuje z narkotykami, które przenoszą go do przeszłości. Po ich spróbowaniu Jamie (tak ma na imię bohater tej płyty) ląduje w Paryżu w roku 1358. Tam poznaje kobietę – Jeanne. Początek tej opowieści najbardziej obrazuje utwór „Love Over Six Centuries”. Jak sam tytuł wskazuje, para zakochuje się w sobie i dalej przeżywają razem rożne przygody. W końcu Jamie wraca do teraźniejszości. Krążek kończy niesamowicie klimatyczny numer „The Bells Of Notre Dame”, w którym bohater wspomina swoją przygodę.&lt;br /&gt; Odchodząc trochę od warstwy lirycznej, muzycznie utwór „ Love Over Six Centuries” jest najciekawszym songiem tego dzieła. Oprócz oczywistego klimatu space rocka, głównym motywem jest w nim psychodeliczna wstawka. W tym samym czasie słyszymy jedyną kwestie mówioną na całej płycie. W niej to Jamie i Jeanne po raz pierwszy się spotykają i poznając się palą marihuanę :) Sztuka ta trwa ponad dziesięć minut i jest najdłuższa ze wszystkich 10 kawałków tu zamieszczonych. Jeżeli chodzi o długość numerów, to są tu jeszcze dwie dłuższe kompozycje, a reszta średnio ma jakieś dwie minuty z kawałkiem. Dziwny to manewr, ale słucha się tego co najmniej składnie. &lt;br /&gt; Jedynym minusem tego albumu są wokale pana Bornemanna. Czułem faktyczny ból, kiedy pierwszy raz usłyszałem jego wyczyny. Po dłuższym zapoznaniu się z materiałem człowiek przyzwyczaja się do tego, ale cholera, czemu nikt mu nie powiedział, że nie umie śpiewać?&lt;br /&gt;Koncepty powinno się przesłuchiwać w całości, od początku do końca, choć większość można kontemplować osobno. „Power and the Passion” raczej powinno się łykać w całości, wtedy tylko dostrzeże się cały świat kolorowych pejzaży, jaki w sobie kryje. Teraz takiej muzyki się już nie tworzy – a szkoda.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-6430283261066295731?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/6430283261066295731/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/03/eloy-power-and-passion.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/6430283261066295731'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/6430283261066295731'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/03/eloy-power-and-passion.html' title='Eloy - Power and the Passion'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S61NwGD-2zI/AAAAAAAAAME/b-IN5s-mKRU/s72-c/Power+And+The+Passion+(Remastered+Album).jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-4225831159492189034</id><published>2010-03-25T01:55:00.002+01:00</published><updated>2010-03-25T01:59:39.469+01:00</updated><title type='text'>Rivendell - Elven Tears</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S6q1dxewo6I/AAAAAAAAAL8/C2W7sB9mfEY/s1600/03_elven_tears.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S6q1dxewo6I/AAAAAAAAAL8/C2W7sB9mfEY/s200/03_elven_tears.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5452369821988594594" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Po przesłuchaniu pierwszego albumu Rivendell - „The Ancient Glory”, zaciekawiony dalszą karierą Falagara sięgnąłem po kolejny jego krążek. Drugą płytę o nazwie „Elven Tears” udało mu się nagrać w trzy lata po pierwszej, tj. 2003 roku. Tak samo jak pierwszy krążek, także i ten zawiera osiem kompozycji, opartych na epickim black metalu, zabarwionych folkowymi motywami. Tym razem klimatem przypominają atmosferę bliskiego wschodu, czy też Egiptu. Ale oczywiście nie zabrakło różnego rodzaju fletów, męskich podniosłych chórów, klasycznych gitar i wszystkich tych innych motywów, które są popularne w tego rodzaju muzyce.&lt;br /&gt; Najlepszym tego przykładem jest utwór „Misty Mountains”. Najdłuższa kompozycja na tym albumie, opowiadająca, jak wskazuje sam tytuł o Górach Mglistych. Zadumany, pełen przestrzeni i zimnych dźwięków klimat, to to, czego możecie się po nim spodziewać. Ciekawym jest też „Mithrandir”. Ten za to klimatem sięga aż do Indii. Tutaj Falagar użył sitaru, instrumentu z tego azjatyckiego landu, aby ubarwić nieco swą muzykę, sprawić, by bardziej wpadała w ucho dzięki chwytliwej melodii.&lt;br /&gt; Poza tym, nic ciekawszego tu nie ma. Mogę nawet stwierdzić, że Rivendell stało się bardziej przebojowe, choć przecież nadal wokale są typowo black metalowe. Teraz już wiem, dlaczego tak mało znany jest to projekt. Nic nowego nie wnosi swą twórczością pan Falagar do światka metalu. I co z tego, że używa on tekstów największego bajarza dwudziestego wieku. Słowa nie wystarczą, by zaczarować słuchacza. Jeżeli muzyka jest bądź co bądź wtórna, gdyż Rivendell niczym się nie wyróżnia na tle innych kapel black/folkowych, to niestety efekt końcowy będzie dość marny. &lt;br /&gt; Podsumowując muszę stwierdzić, że „Elfie Łzy” są średniej jakości. Oczywiście fani gatunku będą mogli znaleźć tu coś dla siebie, ale dla innych zjadaczy metalowego chleba pozycja ta będzie raczej niestrawna. Został jeszcze jeden album... Zastanawiam się, czy warto sięgnąć po trzecie dziecko Rivendell?&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-4225831159492189034?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/4225831159492189034/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/03/rivendell-elven-tears.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/4225831159492189034'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/4225831159492189034'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/03/rivendell-elven-tears.html' title='Rivendell - Elven Tears'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S6q1dxewo6I/AAAAAAAAAL8/C2W7sB9mfEY/s72-c/03_elven_tears.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-3979068939790978495</id><published>2010-03-24T01:57:00.001+01:00</published><updated>2010-03-24T02:01:50.378+01:00</updated><title type='text'>Megadeth - Endgame</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S6lkd4b0l5I/AAAAAAAAAL0/EEYG_hXOIZA/s1600-h/megadeth_endgame.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S6lkd4b0l5I/AAAAAAAAAL0/EEYG_hXOIZA/s200/megadeth_endgame.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5451999288436758418" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Nigdy za bardzo nie przepadałem za tym zespołem. Wyjątkami były tylko „Countdown to Extinction” i „Cryptic Writings”. Cała reszta, łącznie z wychwalanym pod niebiosa „Rust in Peace” uważałem za kompletne gówno. Bez urazy... Przypadkiem, gdyż sam bym raczej nie dążył do tego, trafiła do mnie ich ostatnia płyta „Endgame”. Z lekką ciekawością podszedłem do tego wydawnictwa. Nie nastawiałem się na nic. I w sumie to dobrze...&lt;br /&gt; Wystarczyło, że do mych uszu doszły dźwięki pierwszego utworu - „Dialectic Chaos” Trochę mnie to zdziwiło, gdyż rzadko zdarza się, by pierwszy numer był w całości  instrumentalny. Pełen popisów, gitarowych umiejętności, solówki, aż się z niego wylewają, a przecież to tylko dwie i pół minuty muzy. Dla mnie to kompletnie nijaka kompozycja i to już na samym początku. No ale lecę dalej. „This Day We Fight!” zaczyna się mocno, szybko, prawdziwie speed/thrash metalowo. Ale jakoś brak w nim ciężkości, brzmienie jest lekko rozmyte. Oczywiście tu też są solówki, solówki i solówki. Chris Broderick i Dave Mustaine wysypują je jakby z rękawa. &lt;br /&gt; Kolejno mamy „44 Minutes” i od tego wszystko było już jasne. Ten kawałek to czysta dysharmonia między muzyką, a wokalem. Aż mnie boli jak tego słucham. Muza jest może i nawet niezła - ostre, ciężkie riffy, ale wokal Dave'a to mordęga. Pewnie chłop chciał połączyć agresywność speedu z przebojowością, ale niestety... Wyszedł z tego bezbarwny chłam. Nic też nie dało, jak w „1,320'” wmieszano trochę riffów rockandrollowych. Trochę się to huśta, ale w ostatecznym rozrachunku nadal jest poniżej średniej.&lt;br /&gt; Muszę pochwalić sekcję rytmiczną. Na krążku przez cały czas słychać pulsowanie basu, a to lubię. Perkusja też jest niezła, choć brak mi rajdów na dwie stopy. No ale wracając do utworów... Kompletnie nie potrafię zrozumieć, o co chodzi na tej płycie. Dajmy na to taki „Bodies”. Numer posiada ciekawe riffy, ciekawy rytm, ale jak wchodzi wokal ze swoją pseudo melodyjnością i pseudo przebojowością, burzy wszystko. Jedynym światełkiem w tunelu jest numer tytułowy. „Endgame” ma coś w sobie, odznacza się na tle innych. Ale czym? Sam nie wiem. Jeżeli chcecie przechodzić, przez mordęgę tego albumu, to zapewne się przekonacie. &lt;br /&gt; Szperałem trochę po necie i w mediach, w poszukiwaniu recenzji tego krążka i … o zgrozo … nie spotkałem się z jego negatywną oceną. Nie wiem, albo jestem głuchy i nie słyszę tego, co reszta, albo jest wręcz odwrotnie. Mniejsza... Podsumowując... Wydawnictwo to ma ciekawe momenty, ale tylko momenty. Krótkie wstawki, tu i ówdzie ciekawy riff, sola... Ale nic poza tym. Słuchając go czuję, że Dave miał pomysł, ale tylko na tym się skończyło, bo wykonanie jest mizerne i szkoda tracić te 45 minut z życia. To może się podobać się w Ameryce …&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-3979068939790978495?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/3979068939790978495/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/03/megadeth-endgame.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/3979068939790978495'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/3979068939790978495'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/03/megadeth-endgame.html' title='Megadeth - Endgame'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S6lkd4b0l5I/AAAAAAAAAL0/EEYG_hXOIZA/s72-c/megadeth_endgame.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-8312319852449554181</id><published>2010-03-18T23:49:00.001+01:00</published><updated>2010-03-18T23:55:02.165+01:00</updated><title type='text'>Uaral – Laments</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S6KvQVfh7oI/AAAAAAAAALs/c5uVxtrP9qk/s1600-h/bain_gansters.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S6KvQVfh7oI/AAAAAAAAALs/c5uVxtrP9qk/s200/bain_gansters.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5450111194253880962" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Uaral i ich ep-ka „Laments” to moje ostatnie odkrycie. Nie jest to nowe wydawnictwa, gdyż pięć utworów, które zawiera powstało ponad dwanaście lat temu. Zespół ten pochodzi z Chile, a założyli go dwaj panowie: Aciago (odpowiedzialny za całe instrumentarium) i Caudal, który growluje, śpiewa, krzyczy i wyczynia wszystkie te piękne rzeczy z wokalem, które można usłyszeć w doom muzyce. Jednak zaklasyfikowanie ich do doomu to lekko pochopna decyzja. Głównym rdzeniem ich muzyki są gitary klasyczne, brzmiące bardzo latynosko, wręcz folkowo. Przez ten właśnie manewr nie mamy tu do czynienia z czystym doomem, ale jeżeli chodzi o klimat, to jak najbardziej. &lt;br /&gt; Z czystym sumieniem mogę napisać, że już dawno nie słyszałem takich dźwięków. Ładunek emocjonalnym, jaki zawierają, jest przeogromny, a wszystko skupia się na uczuciach smutku, samotności... wręcz piękna samotności. Cudownym przykładem tego jest najdłuższy numer tej ep-ki, jednocześnie tytułowy „Laments”. To prawie jedenaście minut skondensowanego żalu, zamkniętego w pięknych dźwiękach. W nim to Caudal dwoi się i troi, by przekazać nam każdą z emocji sięgając przy tym, aż po takie ludzkie wynalazki jak płacz i łkanie. Jego krzyki są naprawdę przepełnione lamentem. Z drugiej strony muzyka jest jeszcze lepsza. Stonowana, oparta na klasycznej gitarze, fortepianie i niesamowicie malowniczych, pięknych, wręcz krzyczących solówkach.&lt;br /&gt;Reszta kompozycji też jest świetna. Wymienię jeszcze jedną sztukę, a jest nią „Surrendered To The Decadence (Part II)”, ale nie będę jej opisywał, gdyż jest równie piękna, jak numer który już zdążyłem przedstawić. Aranżacje Uaral są po prostu niesamowite i dość równe. Każdy kawałek z czterech (pierwszym jest lekko ponad minutowe intro) jest wspaniały.&lt;br /&gt; Te stonowane dźwięki zaczarują każdego. Trzeba tylko dać się ponieść ... a szczerze, to ciężko się oprzeć. Polecam ją na długie, samotne, jesienne wieczory, ale nie tylko...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-8312319852449554181?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/8312319852449554181/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/03/uaral-laments.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/8312319852449554181'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/8312319852449554181'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/03/uaral-laments.html' title='Uaral – Laments'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S6KvQVfh7oI/AAAAAAAAALs/c5uVxtrP9qk/s72-c/bain_gansters.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-6703227546527857218</id><published>2010-03-18T00:40:00.001+01:00</published><updated>2010-03-18T00:43:50.909+01:00</updated><title type='text'>Agalloch - The Mantle</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S6FpMmN8dVI/AAAAAAAAALk/4S3om0E12Og/s1600-h/The+Mantle.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 199px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S6FpMmN8dVI/AAAAAAAAALk/4S3om0E12Og/s200/The+Mantle.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5449752689233392978" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Agalloch to jeden z tych tworów, które ciężko jednoznacznie zaklasyfikować. Dlaczego? Cóż, ich muzyka to fuzja rożnego rodzaju gatunków, które umiejętnie połączone tworzą coś unikatowego, coś naprawdę pięknego. Ale do rzeczy... W 2002 roku zespół ten wypuszcza swój drugi longplay o nazwie „The Mantle”. Znajdziemy na nim dziewięć klimatyczno folkowych kompozycji.&lt;br /&gt;  Rozpoczyna je instrumentalny „A Celebration For the Death of Man...”, a jest to nic innego, jak akustyczny wstęp do albumu, który może, choć nie musi zabrać każdego słuchacza w ciemny las naszej egzystencji. Kolejno mamy „In the Shadow of Our Pale Companion”, prawie piętnastominutową sztukę i mojego osobistego faworyta tego krążka. Królują w nim gitary akustyczne, czyste wokalizy i blackowy skrzek, ale to nie wszystko. Oprócz tego są tu pełne emocji, czysto rockowe gitarowe solówki. Należą się pochwały dla Johna Haughma. Ten utwór jest genialny!&lt;br /&gt; Później nie jest już tak wspaniale, ale też  nie jest źle. Na szczególne uznanie zasługują kawałki: „The Hawthorne Passage”, „The Lodge” oraz „...And the Great Cold Death of the Earth”. Pierwszy to ogólnie rzecz ujmując numer instrumentalny z progresywnym feelingiem, niestety na samym końcu pojawia się niepotrzebna wstawka sampla z jakiegoś hiszpańskiego filmu, która niszczy cały klimat skrupulatnie tworzony przez ponad jedenaście minut. Drugi też jest kawałkiem, gdzie nie użyto wokaliz. Zaczyna się on odgłosami kroków po grubej pokrywie śniegu. Do tego oczywiście akustyk, kontrabas i systematyczne uderzenia drewna o drewno. Szkoda, że nie powstało to w czasach „Twin Peaks”, niezły byłby z tego soundtrack. Najbardziej z tej trójki przypadł mi jednak do gustu trzeci. Tu znów możemy usłyszeć kontrabas i piękną solówkę, tym razem zagraną na akustyku, co sprawia, że brzmi bardzo folkowo. &lt;br /&gt; Najmniej na tym albumie podobają mi się wstawki o zabarwieniu black metalowym. Choć urozmaicają muzykę Agalloch, to jednak coś mi w nich nie pasuje, ale to są moje osobiste odczucia. Tak czy inaczej uważam ten album za bardzo dobre, oryginalne dzieło, warte przesłuchania i dogłębnego poznania, nie tylko przez fanów metalu.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-6703227546527857218?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/6703227546527857218/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/03/agalloch-mantle.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/6703227546527857218'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/6703227546527857218'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/03/agalloch-mantle.html' title='Agalloch - The Mantle'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S6FpMmN8dVI/AAAAAAAAALk/4S3om0E12Og/s72-c/The+Mantle.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-6544274005373072132</id><published>2010-03-17T00:38:00.001+01:00</published><updated>2010-03-17T00:39:42.126+01:00</updated><title type='text'>Decapitated - Organic Hallucinosis</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S6AWuPXH8-I/AAAAAAAAALc/xZ0l-29BX_4/s1600-h/album-organic-hallucinosis.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S6AWuPXH8-I/AAAAAAAAALc/xZ0l-29BX_4/s200/album-organic-hallucinosis.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5449380532771615714" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Tak jak to bywało na początku, kiedy to death metal rozkwitł na naszym padole, tak i teraz Earache Records stara się mieć w swojej stajni kapele, które są albo wielkie, albo wielkimi krokami zmierzają ku szczytowi. Jedną z takich grup jest polski Decapitated. Po wydaniu „Organic Hallucinosis” dali każdemu do zrozumienia, że są wielcy. &lt;br /&gt; Ale zacznijmy od początku... W 2005 roku zespół opuszcza Sauron. Zastępuje go frontman Atrophia Red Sun - Adrian "Covan" Kowanek. Z nowym krzykaczem w 2006 roku Decapitatd wypuszcza swój ostatni jak na ten czas, czwarty album o tytule „Organic Hallucinosis”. Zawartość tego krążka to siedem utworów, zamkniętych w trzydziestu dwóch minutach. Muzycznie to ultranowoczesny death metal. &lt;br /&gt; Styl ten przeszedł długą drogę. Teraz grupy takie jaki Decapitated grający tę swoją techniczną odmianę, są dalekie od deathu końca lat 80-tych. I gdyby porównywać muzykę przeszłości do tego co mamy teraz, to można by powiedzieć, że to co znajduje się na czwartym krążku panów z Krosna,  death metalem już nie jest. No ale do rzeczy...&lt;br /&gt; Nie da się nie usłyszeć, że formacja Meshuggah miała wielki wpływ na Vogg’a kiedy ten tworzył riffy do tego albumu. Słychać to w każdym numerze, tylko tutaj w odróżnieniu od muzyki Szwedów jest brutalnie, szybko i agresywnie. Muszę przyznać, że wybór Covana na wokalistę był bardzo dobry, jego krzyki wspaniale współgrają z muzyką. Gdyby to był growl Saurona, muzyka ta nie miałaby takiej energii. A słychać ją w każdym z kawałków. &lt;br /&gt; Całość jest niesamowicie równa, przez to też ciężko wytypować jakiegoś faworyta. Za każdym razem podoba mi się coś innego, inny fragment, inny utwór. Zamiast więc opisywać je skupię się na ciekawostkach tego wydawnictwa. Tekst otwierającej sztuki o tytule „A Poem About an Old Prison Man” napisał Charles Manson. To tak zwany wyjątek, gdyż reszta liryków wyszła już spod palców Polaków.  &lt;br /&gt;Oprócz tego w numerze drugim możemy usłyszeć króciutkie solo Witka, rzadko spotykany manewr w death metalu. To niestety był jego pożegnalny album, choć nie zdawał sobie z tego sprawy.&lt;br /&gt; Po wypadku, o którym chyba słyszał każdy, Decapitated się rozpadło. Teraz znów funkcjonuje. Na czele stoi Vogg, tylko on pozostał na placu boju. Ciekaw jestem co stworzy z nową kompanią.  W którą stronę pójdzie Decapitated? To się okaże. Na razie mamy „Organic…” i cholernie dobrą muzykę!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-6544274005373072132?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/6544274005373072132/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/03/decapitated-organic-hallucinosis.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/6544274005373072132'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/6544274005373072132'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/03/decapitated-organic-hallucinosis.html' title='Decapitated - Organic Hallucinosis'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S6AWuPXH8-I/AAAAAAAAALc/xZ0l-29BX_4/s72-c/album-organic-hallucinosis.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-1280052307008040645</id><published>2010-03-16T00:51:00.002+01:00</published><updated>2010-03-16T00:52:40.805+01:00</updated><title type='text'>Porcupine Tree - In Absentia</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S57IRMaJnvI/AAAAAAAAALU/acmPhzfabUI/s1600-h/In+Absentia.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 173px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S57IRMaJnvI/AAAAAAAAALU/acmPhzfabUI/s200/In+Absentia.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5449012796879118066" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Porcupine Tree z wydaniem „In Absentia” przybliżył się tylko do jednego... Przebojowości... Nie ma już w tej muzyce tajemniczości, a pięknych pejzaży jest jak na lekarstwo. To, co znajdziemy na siódmym albumie Anglików, to wpadające w uszy nuty. Przykładem tego jest otwierający „Blackest Eyes”. Nie ma się w co zagłębić, ten kawałek po prostu płynie, jest dobry, miejscami ciężki z przysłowiowym kopem, ale to wszystko. Zero głębi. Tak samo kolejny „Trains”, który wydaje się być stworzonym dla rozgłośni radiowych „hitów na czasie”. Wystarczy popatrzeć na tekst tej sztuki. Można go opisać jednym zdaniem – „Oj, jak to pięknie jest śpiewać o miłości”. &lt;br /&gt; Zacząłem narzekaniem na ten album, ale to nie zmieni tego, że to jednak dobra muza. Może nie jest to najlepsza rzecz, jaką nagrał Steven Wilson, ale i tak sprawił się nieźle, a to w skali światowej znaczy naprawdę dobrze:) I jeszcze jedno, ciężko mi tą muzykę nazwać progres rockiem. Oczywiście, gdybym musiał zaszufladkować tą płytę, pewnie trafiła by ona właśnie tam, ale w rzeczywistości to z progresem ma ona niewiele wspólnego.&lt;br /&gt; Ale do rzeczy... Pierwszą rzeczą, na którą zwróciłem uwagę na tym krążku to częste użycie gitary akustycznej, nawet w tych mocniejszych numerach. Nie żebym nie lubił tego instrumentu, ale co za dużo to niezdrowo. Powód tak częstego występowania może być tylko jeden - próba zachowania równowagi między agresją a delikatnością. Ale czy to dobry pomysł? Cóż, odpowiedź pozostawię wam. Kolejną sprawą jest nierówność materiału. Dwanaście utworów tu zamieszczonych nie tworzy spójnej całości, to raczej indywidua, przez co rzadko sięgam po ten album. Gdy myślę o muzyce Porków, to łączę muzykę z klimatem, a „In Absentia” to świat wielu różnych klimatycznych światów. &lt;br /&gt; Z drugiej strony, to co jest tu ciekawe, to momenty. Niekiedy kilkusekundowe, niekiedy parominutowe. Ale tylko momenty. Wydaje mi się, że każdy utwór na tym krążku jest umiejętnie skopany. Moim osobistym faworytem jest „Heartattack In A Layby”. On to od początku do końca zachowuje pewnego rodzaju napięcie, magnetyzm, który może przyciągnąć. W nim to użyto nakładania na siebie kilku ścieżek wokalnych. Zawsze podobały mi się tego typu aranżacje. Tutaj Wilson stworzył niesamowity klimat. Chylę czoło. Podobny motyw jest też na „Gravity Eyelids”, tylko tam jest on jakiś rozmemłany, nieczytelny...&lt;br /&gt; Czepiam się i czepiam, a wszystko przez to, że po paru latach wróciłem do tej muzy i przestała mi się ona podobać. W sumie to nigdy nie byłem wielkim fanem tych sześćdziesięciu ośmiu minut. Teraz pewnie nieprędko do tego wrócę...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-1280052307008040645?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/1280052307008040645/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/03/porcupine-tree-in-absentia.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/1280052307008040645'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/1280052307008040645'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/03/porcupine-tree-in-absentia.html' title='Porcupine Tree - In Absentia'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S57IRMaJnvI/AAAAAAAAALU/acmPhzfabUI/s72-c/In+Absentia.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-2556496140774285293</id><published>2010-03-11T00:23:00.001+01:00</published><updated>2010-03-11T00:25:09.616+01:00</updated><title type='text'>A Perfect Circle - Thirteenth Step</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S5gqUDsptSI/AAAAAAAAALM/082t9Pxs2HU/s1600-h/Thirteenth+Step.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 195px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S5gqUDsptSI/AAAAAAAAALM/082t9Pxs2HU/s200/Thirteenth+Step.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5447150273382954274" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Zawsze dziwiło mnie, gdy porównywano A Perfect Circle i Toola. To dwa różne zespoły, choć posiadają tego samego wokalistę. To, jak odmienne są te dwie kapele stało się całkowicie jasne z chwilą, kiedy APC wypuścili swoją druga płytkę. Muszę wam się przyznać, że nie dawałem jej zbyt dużo szans, kiedy wychodziła parę lat temu. Jestem fanem ich pierwszej płyty, ale „Thirteenth Step” jakoś mnie odrzuciła. Teraz wiem, że gdybym wtedy poświęcił jej więcej czasu, byłoby inaczej. To piękna płyta! Odmienna od „Mer De Noms”, ale to wcale nie jest jej minus. &lt;br /&gt; Wystarczy przesłuchać otwierający numer - „The Package”. Transowy i hipnotyczny, ale zarazem pełen energii i agresji, jak taniec ze śmiercią. Takiego A Perfect Circle nie znacie. Zespół dojrzał, już na drugiej płycie nagrał kawałki, które powinny przejść do historii alternatywnego rocka. Kolejnym, jeszcze lepszym tego przykładem, gdyż uważam go za arcydzieło tego zespołu, jest „The Noose”. Nigdy wcześniej, ani nigdy później nie nagrali takiego utworu. Wystarczy posłuchać tych dźwięków. To czysta harmonia... i to wystarczy...&lt;br /&gt; Cały album porusza się gdzieś na granicy z rzeczywistością, jakby był marzeniem sennym. Nawet w tych szybszych momentach, których nie jest za mało. Ale tak czy inaczej te wolniejsze kawałki biorą tu górę. Tak jak w subtelnie zaczynającym się „Vanishing”. Umyślne ściszenie numeru na samym początku sprawia, że słucha się go jak odgłosu strumienia. On po prostu płynie...Ukłon w stronę pana Keenana. Wydaje mi się, że dopiero w tym zespole pokazuje, na co go stać.&lt;br /&gt;Wspomniałem o szybszych momentach. Przykładem tych chwil jest „The Outsider”, młodszy brat „Judith” z Morza Imion. Ale jak wszystko na tej płycie jest on trochę bardziej ślamazarny. Drugim, mocniejszym uderzeniem tej płyty jest „Pet”. Ten chyba najbardziej przypomina wyczyny APC z pierwszej płyty. Łączy się on z kolejnym numerem „Lullaby”. Na nim i na „The Noose” użyczyła swego głosu szeroko znana Jarboe. &lt;br /&gt; Wszędzie znajdzie się małe błędy w sztuce. Dla mnie na Trzynastu Krokach błędem jest „The Nurse Who Loved Me”, cover Failure. Nie wiem dlaczego, ale kojarzy mi się on z przesadnie piękną wizją, sielanką ociekającą cukrem. W pewien sposób pasuje do całości, ale raczej przez klimat niż muzykę. Krążek ten zamyka numer „Gravity”. Wspominam go tylko dlatego, że to na nim możemy usłyszeć piękną i utalentowaną Paz Lenchantin  basistkę, która nagrała z nimi na tej płycie tylko ten kawałek.&lt;br /&gt; Duet Howerdel/Keenan po raz kolejny stworzył coś pięknego. Trochę szkoda, że to był  ostatni krążek („eMOTIVe” był coverowym albumem)z ich twórczością. Ale może nie powiedzieli jeszcze wszystkiego i kiedyś znów o nich usłyszymy. Miejmy taką nadzieję…&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-2556496140774285293?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/2556496140774285293/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/03/perfect-circle-thirteenth-step.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/2556496140774285293'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/2556496140774285293'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/03/perfect-circle-thirteenth-step.html' title='A Perfect Circle - Thirteenth Step'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S5gqUDsptSI/AAAAAAAAALM/082t9Pxs2HU/s72-c/Thirteenth+Step.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-561016134814088168</id><published>2010-03-09T18:28:00.001+01:00</published><updated>2010-03-09T18:31:02.621+01:00</updated><title type='text'>Rivendell - The Ancient Glory</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S5aF0CoxzAI/AAAAAAAAALE/GSu_ayPwSSM/s1600-h/12932.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S5aF0CoxzAI/AAAAAAAAALE/GSu_ayPwSSM/s200/12932.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5446687928458791938" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;W poszukiwaniu ciekawej muzyki zawędrowałem do Austrii. Stamtąd właśnie pochodzi zespół Rivendell. Nazwa znajoma, czyż nie? Pochodzi ona z książek J.R.R. Tolkiena, a jest to siedziba mistrza Elronda, na zachodnich zboczach Gór Mglistych.&lt;br /&gt; Rivendell przewodzi jeden człowiek o pseudonimie Falagar, a muzykę, którą tworzy można nazwać Epic/black metalem, choć nie do końca, gdyż na „The Ancient Glory” gdzieniegdzie pojawiają się bardzo subtelne folkowe wstawki. Najczęściej mają one postać gitary akustycznej, męskich chórów, oraz fletu. I ten właśnie nieszczęsny flet jest według mnie największym minusem tego wydawnictwa. Słuchając go widzę obraz obierzyświatowych indiańskich kapel, które często można spotkać w granicach naszego kraju. Taki flet i epicki black metal nie zawsze bywają dobrymi kompanami. Tutaj jakoś to nie współgra. &lt;br /&gt; Nie wiem, jak długo miałbym tego słuchać, by dostrzec coś naprawdę dobrego. Wszystko tu się strasznie ciągnie, nie ma w tym zbyt wiele energii. No chyba, że na tyle, by przesunąć balkonik o kolejne parę centymetrów …cholernie powoli. Drugim minusem jest klimat, przez ten nachalny flet nawet gdybym chciał, to nie potrafię wczuć się w atmosferę powieści tolkienowskich. Wiem, różni ludzie, różne potrzeby i pewnie Falagar ma inne wizje co do tych powieści ode mnie. &lt;br /&gt; Jednak nawet tutaj znalazłem ciekawe momenty, a jednym z nich jest utwór „Durin's Halls”. Cholernie przypomina mi on dokonania szwedzkiej grupy Therion. Ten sam feeling, tylko oczywiście w black metalowej wersji. Ciekawym również może być kawałek „Theoden”, ale tu też doczepie się i powiem, że jest zbyt melodyjne. I jeszcze jeden moment, w numerze „Aragorn Son of Arathorn”. To najdłuższa i jednocześnie ostatnia sztuka na tym albumie. W nim podoba mi się tylko fragment, który zaczyna się po trzydziestu sekundach trzeciej minuty. Wtedy czuję w tym jakiś monumentalizm, jakąś siłę. Motyw ten pojawia się w nim jeszcze raz i kończy ten album.&lt;br /&gt; Gerold Laimer, czyli Falagar będzie się musiał jeszcze sporo napracować, żeby dorównać swoim rodakom z Summoning, gdyż to właśnie oni są najwspanialszymi twórcami muzyki do twórczości Tolkiena. Jednak z drugiej strony to pierwsza płyta Summoning też była fatalna ... Z czystej ciekawości sięgnę po kolejne krążki Rivendell, może coś w nich jeszcze znajdę?&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-561016134814088168?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/561016134814088168/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/03/rivendell-ancient-glory.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/561016134814088168'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/561016134814088168'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/03/rivendell-ancient-glory.html' title='Rivendell - The Ancient Glory'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S5aF0CoxzAI/AAAAAAAAALE/GSu_ayPwSSM/s72-c/12932.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-2776207674709151924</id><published>2010-03-06T22:08:00.001+01:00</published><updated>2010-03-06T22:09:39.538+01:00</updated><title type='text'>Pain Of Salvation - One Hour By The Concrete Lake</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S5LEg1LEyLI/AAAAAAAAAK8/AygLKyXwGqQ/s1600-h/One+Hour+By+The+Concrete+Lake.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S5LEg1LEyLI/AAAAAAAAAK8/AygLKyXwGqQ/s200/One+Hour+By+The+Concrete+Lake.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5445630967752738994" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;„One Hour By The Concrete Lake” to moje pierwsze zetknięcie się z tym zespołem. W sumie jakieś pięć lat temu, kiedy krążek ten wpadł w moje ręce, jakoś go zbyłem, odsunąłem na później. Tylko to „później” trwało parę lat. Teraz sięgam po niego znów i nie żałuje, że nie przesłuchałem go dobrze w przeszłości. &lt;br /&gt; Po pierwszym przesłuchaniu byłem zawiedziony. Skoro jest to progresywny metal, to gdzie ta progresja w dogłębnym jej znaczeniu? Nie zrozumcie mnie źle, oni rzeczywiście ją grają, ale przecież progresja to coś nowego, coś, co się dopiero odkryło, to podążanie do przodu. Tak powinno być, ale z tą płytą wcale tak nie jest. Przez cały czas trwania albumu słyszę zapożyczenia. Pain of Salvation to dobry zespół, ale za cholerę nic nie wnieśli tą płytą do progresu. &lt;br /&gt; Najbliżej jest im do Dream Theater, no ale przecież ten zespół też zapożycza od wielkich tego stylu, tylko w odróżnieniu od recenzowanej grupy, Amerykanie robią to z klasą i niesamowitą energią. Poza tym słychać tu też Faset Warning i Savatage i jeszcze kilka innych, ale nie będę wam wyliczał wszystkie. Na drugiej płycie Szwedów nie ma polotu, energia może i by się znalazła, tak samo jak i profesjonalizm. Nie zabiorę im umiejętności grania, bo ta jest na najwyższym poziomie, no ale jednak to nie wszystko.&lt;br /&gt; Wracając do płyty... Jest to koncept album, opowiadający o problemie istnienia broni masowej zagłady w naszym świecie. Główny bohater siedzący w tym biznesie przechodzi moralną czkawkę. Temat jest niezły i oprawa liryczna też niczego sobie. Tylko muzyka... Pierwszą rzeczą na którą zwróciłem uwagę to wokal. Daniel Gildenlow posiada ciekawą barwę, ale jego wokalne aranżacje są co najmniej dziwne. Śpiewa on tak,  jakby sam nie wiedział, jak ma to robić. Następną rzeczą jest stylistyka i brzmienie. Obydwa aspekty są zaczerpnięte z końca lat 80-tych i początku 90-tych. Nie rozumiem po co, ale dobra. To był ich wybór. &lt;br /&gt; Tak jak na wszystkich tego typu wydawnictwach, tak i tu można znaleźć ciekawe momenty, ale niestety ani grama oryginalności. Ciekaw jednak jestem, jak im szło na kolejnych albumach, bo pewne jest to, że zespół ma ambicje. Podsumowując, płyta średnia, ale nie tragiczna.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-2776207674709151924?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/2776207674709151924/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/03/pain-of-salvation-one-hour-by-concrete.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/2776207674709151924'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/2776207674709151924'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/03/pain-of-salvation-one-hour-by-concrete.html' title='Pain Of Salvation - One Hour By The Concrete Lake'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S5LEg1LEyLI/AAAAAAAAAK8/AygLKyXwGqQ/s72-c/One+Hour+By+The+Concrete+Lake.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-5408224514139535270</id><published>2010-03-06T00:19:00.002+01:00</published><updated>2010-03-06T16:53:43.368+01:00</updated><title type='text'>Enigma - Seven Lives Many Faces</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S5GScb6JDsI/AAAAAAAAAK0/3GodyO-xabg/s1600-h/Seven+Lives+Many+Faces.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S5GScb6JDsI/AAAAAAAAAK0/3GodyO-xabg/s200/Seven+Lives+Many+Faces.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5445294441693253314" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Słuchając dźwięków „Seven Lives Many Faces” myślę sobie - jestem konserwatystą, jeżeli chodzi o ten zespół. Podoba mi się to, co stworzyli kiedyś i każda, choćby nie wiem jak  niesamowita próba dotarcia do mnie nowego materiału nie ma racji bytu. Pomimo tego muzyka z ostatniego, siódmego albumu Enigma na pewno jest ciekawa i oryginalna (w pewnych chwilach). Może do mnie nie trafiać, ale to nie znaczy, że mam mieszać ją z błotem. &lt;br /&gt;Najbardziej wymownym dla mnie momentem z dwunastu utworów stworzonych przez Michaela Cretu jest „The Same Parents”, ale przez moje spaczenie metalem w niektórych momentach tegoż słyszę dokonania Ulver. Enigma zabiera nas w podróż siedmiu istnień. A cóż się za tym kryje? Muzyczna paleta barw, która zaczaruje słuchacza aż do końca, jeżeli się tylko skusi. Pewne jest też to, że ludzie szukający spokoju w muzyce będą odpływać przy dźwiękach tej płyty. No bo po to właśnie jest ona stworzona, by móc podróżować po zakamarkach naszego wewnętrznego wszechświata. &lt;br /&gt;Tym razem znów, tak jak to bywało na wcześniejszych albumach, mamy początek, który nazwałbym absolutnym. „Encounters” jest jakby kontaktem ze wszechrzeczą. Słychać w nim szum oceanu, czuć wielkość i głębię kosmosu. Słuchając go odczuwam pokorę, tak jak wtedy, kiedy patrzę na wielką górę i wiem, że człowiek nigdy takiego czegoś nie stworzy... Oczywiście jak to bywało w przeszłości, tak i tu możemy znaleźć wątki erotyczne. Tym razem wplecione są one w „Je T'aime Till My Dying Day”. Nie są jednak tak bardzo wyeksponowane jak w „The Principles of Lust” z wiadomej płyty. Tutaj rządzi raczej subtelność, romantyczny erotyzm, powolny i ciepły. &lt;br /&gt; Pomimo tego, że krążek ten jest tak monumentalny i piękny, to jednak do mnie nie trafia, jak już wspomniałem na początku. A wszystko to przez jeden aspekt - Enigma stała się nowoczesna, już nie tak średniowieczna, jak to bywało w przeszłości. Dlatego, pomimo niesamowitego połączenia starego z nowym na „Seven Lives”, to nie muza dla mnie. Nie odnajduje się tu, nawet gdybym chciał. Nawet „Déjà Vu”, gdzie słychać sample z takich kawałków jak - „Morphing Thru Time” i  „Prism of Life” z ciekawej trzeciej płyty „Le Roi Est Mort, Vive Le Roi!, Michael Cretu jakoś mnie nie przekonuje. Kurde, zastanawiam się, czy nie straciłem poczucia piękna?&lt;br /&gt; Pewnie czyta się to wszystko lekko chaotycznie, ale tak właśnie na mnie działa ta płyta. Może za mało czasu jej poświęciłem, nie wczułem się wystarczająco dobrze, by odkryć jej piękno. A może po prostu nie jest ona dla mnie? Tak czy inaczej, kto szuka pięknych dźwięków z pogranicza new age/electronic, to coś dla  niego.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-5408224514139535270?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/5408224514139535270/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/03/enigma-seven-lives-many-faces.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/5408224514139535270'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/5408224514139535270'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/03/enigma-seven-lives-many-faces.html' title='Enigma - Seven Lives Many Faces'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S5GScb6JDsI/AAAAAAAAAK0/3GodyO-xabg/s72-c/Seven+Lives+Many+Faces.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-3795617821437908229</id><published>2010-03-03T00:49:00.002+01:00</published><updated>2010-03-03T00:51:14.257+01:00</updated><title type='text'>Chrome Division - Booze, Broads and Beelzebub</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S42kbbbgvBI/AAAAAAAAAKs/2aAqyd9CXfQ/s1600-h/3170ab70180bea5610e913feab844040_full.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S42kbbbgvBI/AAAAAAAAAKs/2aAqyd9CXfQ/s200/3170ab70180bea5610e913feab844040_full.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5444188315687369746" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Już to gdzieś słyszałem... Takie słowa narzucają się same, kiedy przesłuchuję drugi krążek norweskiej formacji Chrome Division. Skąd to spostrzeżenie? Cóż, nie jest to trudne. Shagrath i spółka na „Booze, Broads and Beelzebub” wykonują mieszankę heavy metalu i rock'n'rolla, która przypomina dokonania takich kapel jak Motorhead czy też ZZ Top, ale oczywiście nie tylko, gdyż przecież to nie jedyne zespoły wykonywające brudnego rocka.&lt;br /&gt; Muzyka z tej płyty kompletnie mi nie odpowiada. Dlaczego? Dlatego, że nie jestem harleyowcem, ani starym blues manem, który wlewa w siebie hektolitry piwska, a muzyka z tej płyty powinna i pewnie trafia tylko, albo przede wszystkim, do takich właśnie osób, gdyż dźwięki te nadają się tylko na jedną okoliczność: imprezy. Mogę się założyć, że w pewnych kręgach sztuka Chrome Division jest witana bananem na ustach. No ale znów pojawia się pytanie, jaki jest sens tworzenia muzyki do kieliszka? Według mnie nie ma go wcale, nie w tych czasach. Kult tego typu muzy już przeminął, a słuchać jej możemy tylko na zlotach, albo w knajpach, gdzie minimum obwodu każdego bywalca wynosi 120cm :)&lt;br /&gt; No ale do rzeczy... Początek jest nawet ciekawy, a jest nim „The Second Coming”- instrumentalny, jednominutowy kopniak heavy/rocka. Po nim mamy numer tytułowy i on też jest dobry. Energetyczny, prujący do przodu, z ciekawymi riffami, no cóż tu dużo pisać, główka się kiwa, a przecież tylko o to chodzi. „Wine of Sin” już niestety jest mdławy, energia gdzieś uleciała, a bez niej ta muza nie ma racji bytu. W „Raven Black Cadillac” czuć echo lat 70-tych, ale znów jakoś wolno, bez polotu, a „Life Of A Fighter” to już rasowy heavy metalowy numer, z typową dla tego stylu solówką. I niby wszystko jest ok, ale jednak trąci to wtórnością. No kurde po prostu nudzi.Mamy tu jeszcze numer, który mógłby się wyrwać z wydawnictw ZZ Top, a jest nim „The Boys From The East”, tylko czegoś w nim brak, poza tam rzadko udaje mi się dotrwać aż do niego. Do tego mamy tu także cover ww. bandu - „Sharp Dressed Man”. Buja się jak należy, ale tak samo jak nie rozumiem, po co tworzyć taką muzę, tak samo nie wiem, po co grać takie covery? &lt;br /&gt; Reasumując, panowie z Chrome w swoich macierzyńskich zespołach osiągnęli już jakąś tam sławę, szczególnie pan z Dimmu Borgir. Ale co ich pchnęło do grania takich klimatów, tego nie wiem. Za to wiem jedno, w Polsce ostatnimi czasy powstała taka sama bezpłciowa kapela o nazwie Black River. Ciekawe, czy to, że Daray gra w Dimmu miało na to jakiś wpływ? Hmm? Pewnie nie...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-3795617821437908229?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/3795617821437908229/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/03/chrome-division-booze-broads-and.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/3795617821437908229'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/3795617821437908229'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/03/chrome-division-booze-broads-and.html' title='Chrome Division - Booze, Broads and Beelzebub'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S42kbbbgvBI/AAAAAAAAAKs/2aAqyd9CXfQ/s72-c/3170ab70180bea5610e913feab844040_full.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-6194304051888093156</id><published>2010-02-28T18:27:00.001+01:00</published><updated>2010-02-28T18:31:55.283+01:00</updated><title type='text'>Anathema - Pentecost III</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S4qofc4RPcI/AAAAAAAAAKk/vEEIjpvw2Yc/s1600-h/Pentecost+III+.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 198px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S4qofc4RPcI/AAAAAAAAAKk/vEEIjpvw2Yc/s200/Pentecost+III+.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5443348357912280514" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;To był przełom w sztuce tego zespołu. Ep-ka ta wyszła w tym samym roku, co genialna „The Silent Enigma”, przed problemami z wokalistą, kiedy to Vincent zajął miejsce Darrena White'a. Ale to miało nastąpić w przyszłości. Tymczasem 6 marca 1995 roku nakładem Peaceville Records wychodzi na świat płytka o tajemniczym tytule - „Pentecost III”. &lt;br /&gt; Materiał ten zawiera pięć kompozycji (plus jedna ukryta), z czego każda z osobna jest inna, więc opisze pokrótce każdą. Na sam początek mamy utwór „Kingdom” i jest to zapowiedź tego, co ma nadejść. Pierwsze dźwięki mówią wszystko... Kawałek ten mógłby się znaleźć na „Milczącej Zagadce”, wtopiłby się w nią bez rozpoznania. Kolejnym numerem jest „Mine Is Yours to Drown In (Ours Is the New Tribe)”. Chyba nie muszę pisać, że to jedyny taki wybryk w całej historii Anathemy. Nigdy wcześniej, ani nigdy później nie napisali niczego podobnego. Kiedy słucham go po latach przypomina mi on wczesne dokonania Godflesh. Ma on w sobie to coś, połamane, ciężkie i wolne riffy, niczym walec toczące się do przodu. Poza tym na samym końcu jest prawie taki sam patent melodyjny, jak w numerze „Nocturnal Emission” z „The Silent Enigma”. Dalej mamy „We, the Gods” z początku może się wydawać trochę smętnawy, gdyż, ani melodia, ani linia wokalu raczej nie zachęcają, ale kiedy przyśpiesza, zaczyna się robić naprawdę ciekawie. Zaraz po nim jest song tytułowy, a jest to instrumentalna sztuka; raczej najbardziej nijaki numer na tym albumie. No i została nam jeszcze jedna rzecz, a mianowicie „Memento Mori”. Ten jest definicją połączenia death metalu z doomem, nic dodać, nic ująć. No i został jeszcze jeden, ukryty numer.  „666” to mały dodatek, który słyszalnie nawiązuje do twórczości takich bandów jak Venom i Celtic Forst.&lt;br /&gt; Fascynuje mnie, w jaki sposób ten zespół z biegiem lat zmieniał swoje oblicze. Przykładem tego jest właśnie „Pentecost III”. Nigdy już nie powrócili do tego co było zawarte tutaj, ale też rozwinęli pomysły, które tutaj zostały wykorzystane. Zmieniali się odtąd juz zawsze...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-6194304051888093156?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/6194304051888093156/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/02/anathema-pentecost-iii.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/6194304051888093156'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/6194304051888093156'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/02/anathema-pentecost-iii.html' title='Anathema - Pentecost III'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S4qofc4RPcI/AAAAAAAAAKk/vEEIjpvw2Yc/s72-c/Pentecost+III+.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-6947718726586299184</id><published>2010-02-27T01:14:00.001+01:00</published><updated>2010-02-27T01:16:49.544+01:00</updated><title type='text'>Vintersorg - Ödemarkens Son</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S4hkaN7ioaI/AAAAAAAAAKc/WDy42s6lXRQ/s1600-h/%C3%96demarkens+Son.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 196px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S4hkaN7ioaI/AAAAAAAAAKc/WDy42s6lXRQ/s200/%C3%96demarkens+Son.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5442710551256015266" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Pierwszy raz styczność z tym albumem miałem jakieś 10 lat temu. Wtedy to usłyszałem na składance z Mystic Art numer „Svältvinter”. Kompletnie mi się nie podobał, był totalnie nie w moim guście. Jakoś parę lat później usłyszałem płytę „Cosmic Genesis” i zostałem oczarowany Vintersorg. Dziś znów wróciłem do „Ödemarkens Son” i muszę przyznać, że niesłusznie oceniłem ją negatywnie tylko po jednym kawałku, który bagatela, teraz bardzo mi się podoba. Gusta się zmieniają. Ale do rzeczy...&lt;br /&gt; „När Alver Sina Runor Sjungit” to utwór rozpoczynający ten krążek. Charakterystycznym momentem tego kawałka jest minutowa solówka, bardzo melodyjna i stonowana jak na viknig metal. Za pierwszym razem, gdy usłyszałem dźwięki tego kawałka byłem zszokowany, że jest w nim tak dużo progresji. Byłem pewien, że pierwsze dwie płyty Vintersorg (ta jest druga) będą bardziej folkowe niż progresywne, myliłem się. Kolejnym numerem jest ww. „Svältvinter”. To najjaśniejsza pogańska gwiazda tego wydawnictwa, dzięki wykorzystaniu wiolonczeli i kobiecego melodyjnego wokalu. Atrybuty te dodała w dwóch utworach jedna osoba - Cia Hedmark, współpracująca z Andreasem "Vintersorg" Hedlundem w projekcie Otyg. Ciekawym jest również „Under Norrskenets Fallande Ljusspel”. W nim to refren zaśpiewany jest tak, jak gdyby była to piosenka popowa, melodia niesamowicie wpada w ucho. Poza tym mamy tu dużo smyczków wygenerowanych z klawiszy. Najbardziej agresywnym songiem jest tytułowy „Ödemarkens Son”. W nim to najwięcej jest skrzeczących wokali i szybszych temp, nawet małych blastów i rajdów na dwie stopy. &lt;br /&gt; W każdej kompozycji tego albumu znajdziemy dużo tego typu rzeczy. Atmosfera z lasów północy, pogańskie melodie wygrywane przy ognisku, a wszystko to zaśpiewane w języku szwedzkim. Aranżacje są precyzyjne i nieskazitelne, po prostu nie ma się do czego doczepić. Tak samo brzmienie. Czyste, wręcz kryształowe, ale jednak zadziorne, ciężkie i ostre. Vintersorg naprawdę napracował się przy tym albumie i to słychać. Każda maleńka rzecz jest dopracowana, takie albumy nieczęsto się znajduje. Krążek ten jest świetny i teraz będę pamiętał, by nie odrzucać czegoś przed przesłuchaniem jego całości.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-6947718726586299184?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/6947718726586299184/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/02/vintersorg-odemarkens-son.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/6947718726586299184'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/6947718726586299184'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/02/vintersorg-odemarkens-son.html' title='Vintersorg - Ödemarkens Son'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S4hkaN7ioaI/AAAAAAAAAKc/WDy42s6lXRQ/s72-c/%C3%96demarkens+Son.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-6593914925106647286</id><published>2010-02-24T22:33:00.001+01:00</published><updated>2010-02-24T22:37:41.997+01:00</updated><title type='text'>Abyssos - Together We Summon The Dark</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S4Wb8ymSAjI/AAAAAAAAAKU/OLBoSaoTU6Y/s1600-h/Together+We+Summon+The+Dark.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S4Wb8ymSAjI/AAAAAAAAAKU/OLBoSaoTU6Y/s200/Together+We+Summon+The+Dark.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5441927193423905330" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Był czas gdy byłem zafascynowany takimi zespołami jak Cradle of Filth i Hecate Enthroned. Do tego pociągał mnie wampiryczny metal. Szukałem takich „pokrewnych” grup i tak znalazłem Abyssos, młodą szwedzką formację, której przewodniczył Rehn. Swoją pierwszą płytę wydali w 1997 roku i właśnie ta wpadła mi do ręki. Nosiła ona nazwę, która wryła mi się w pamięć - „Together We Summon the Dark”. Po latach wróciłem do dźwięków w niej zawartych i teraz dzielę się z wami moimi spostrzeżeniami.&lt;br /&gt; To, co znalazłem na tym albumie to melodyjny black metal z naleciałościami ww. grup. Kompozycje są rozbudowane, symfoniczne z wykorzystaniem bardzo dużej ilości klimatycznych smaczków. Teksty traktują oczywiście o wampiryzmie, ale też o okultyzmie i krwawym erotyzmie, więc dla każdego fana krwawo-romantycznych klimatów ten album powinien być nie lada gratką. &lt;br /&gt; W muzyce Abyssos oprócz natłoku melodii występują bardzo gęsto blasty, co może trochę nudzić na dłuższą metę, no ale to mały minus. Innym minusem tego wydawnictwa jest wokal Rehna – monotonny i pozbawiony emocji. Choć barwa jest charakterystyczna, to jednak czegoś w nim brak. Takich to nieznaczących minusów doszukałem się w tym wydawnictwie, teraz czas na plusy.&lt;br /&gt; Głównymi utworami, dzięki którym album ten jest ciekawy są... Otwierający „We Hail Thy Entrance” - prawie dziesięciominutowa kompozycja, w której nie będzie czasu na zastanawianie się nad jej słabościami. Numer ten rozpoczynają słowa „The witch is dead” wymówione przez sesyjną wokalistkę o pseudonimie Sedusa i aż do trzeciej minuty wampirzy uścisk jest bardzo silny. Wtedy to wchodzi męski chór wznoszący zło ponad wszystko. Po nim wracamy do uścisku, który nie puszcza aż do końca.&lt;br /&gt; Moim kolejnym faworytem jest „In Fear They Left the World Unseen”. Od samego początku kojarzy się mocno z Kredkami. W nim (jak i w sumie w każdym) postawiono na atmosferę i dlatego w tym jest więcej jazd na dwie stopy, choć blasty też można uświadczyć.&lt;br /&gt;I wspomnę o jeszcze jednym godnym opisania utworze, a jest nim kawałek tytułowy „Together We Summon the Dark”. To instrumentalna kompozycja, głównie oparta na fortepianie. Słuchając jej ciężko się opędzić od wizji zachodu słońca, kiedy to dzieci nocy budząc się wychodzą na łowy. &lt;br /&gt; Minęło ładnych parę lat, kiedy ostatnio słuchałem tego albumu, ale nadal podoba mi się tak, jak przedtem. Muzyka nie jest może odkrywcza ani szczególnie oryginalna, ale pomimo tego jest naprawdę dobra. W sam raz, by przy świetle księżyca snuć marzenia o nieśmiertelności, bestiach i krwi...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-6593914925106647286?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/6593914925106647286/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/02/abyssos-together-we-summon-dark.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/6593914925106647286'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/6593914925106647286'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/02/abyssos-together-we-summon-dark.html' title='Abyssos - Together We Summon The Dark'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S4Wb8ymSAjI/AAAAAAAAAKU/OLBoSaoTU6Y/s72-c/Together+We+Summon+The+Dark.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-5823246107527403375</id><published>2010-02-22T22:29:00.001+01:00</published><updated>2010-02-22T22:30:20.713+01:00</updated><title type='text'>Helstar - The King Of Hell</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S4L3Zq2skEI/AAAAAAAAAKM/le7QaSFPgZQ/s1600-h/king+of+hell_cover.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S4L3Zq2skEI/AAAAAAAAAKM/le7QaSFPgZQ/s200/king+of+hell_cover.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5441183320189472834" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Grupa Helstar w 2008 roku, czyli po trzynastu latach ciszy, wydała na świat swoją szósta płytę. „The King of Hell” to kawał świetniej muzy, a co najciekawsze, to prawdopodobnie najcięższy materiał w ich karierze. &lt;br /&gt; To pierwsze wydawnictwo tego zespołu, które mam okazję przesłuchać. Tak się składa, że często sięgam po płyty po przeczytaniu recenzji, z jakiś tam pism o ciężkiej muzyce. I tak po przeczytaniu o Helstar, pomyślałem - czemu nie? Styl, który kiedyś reprezentowała sobą ta formacja nie przekonywał mnie, gdyż power/speed nie jest niestety moją ulubioną fuzją gatunków, ale przeczytałem, że teraz Teksańczycy zaczęli thrashować, więc sięgnąłem, przesłuchałem, i tak teraz dzielę się z wami moimi odczuciami. &lt;br /&gt; Tak jak napisałem na początku, to dobra muzyka, ale raczej tylko dla fana zespołu, lub/i dla kogoś, kto lubi speed /thrashowe wynaturzenia. Reszta raczej będzie kręcić nosami, gdyż nie znajdziemy na „Królu Piekieł” nic nowatorskiego. Brak tej płycie magnetyzmu, może przebojowości. A to co tu jest, to klasyczne wokale, wysokie i piszczące w niektórych partiach, choć James Rivera nieco niżej zaśpiewał inne, gdyż wymagał od tego materiał, który, co tu dużo mówić, jest mroczny jak na tą kapele. Poza tym ciekawe brzmienie, stylizowane na lata 80-te, co jest cholernie dużym plusem. Gitary brzmią ciężko i mięsiście, a perkusja prawie przez cały czas napierdziela na dwie stopy. &lt;br /&gt; Najciekawszymi momentami tego ponad dziesięciominutowego krążka są utwory: „Tormentor” (no nie da się przy nim nie machać głową), „”In My Darkness” (ostra balladka) i ostatni „The Garden of Temptation” w nim można usłyszeć najlepszy otwierający riff na całej płycie.&lt;br /&gt; Album ten na pewno będzie nie lada gratką dla starych wyjadaczy i nowych fanów metalu, kochających taką młóckę. Teraz jest to niestety muzyka niszowa. Kiedyś wielka, teraz znów się odradza. I to wydawnictwo jest tego dobrym dowodem. Nie wszystko bowiem w thrashu zostało już powiedziane.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-5823246107527403375?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/5823246107527403375/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/02/helstar-king-of-hell.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/5823246107527403375'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/5823246107527403375'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/02/helstar-king-of-hell.html' title='Helstar - The King Of Hell'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S4L3Zq2skEI/AAAAAAAAAKM/le7QaSFPgZQ/s72-c/king+of+hell_cover.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-9198937678082851162</id><published>2010-02-15T23:47:00.002+01:00</published><updated>2010-02-15T23:50:21.584+01:00</updated><title type='text'>Black River - Black'n'Roll</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S3nPqrhaJGI/AAAAAAAAAKE/8K-ZLUwK9TE/s1600-h/65c7081036a0939fa26706ede3d4cb5c.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 183px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S3nPqrhaJGI/AAAAAAAAAKE/8K-ZLUwK9TE/s200/65c7081036a0939fa26706ede3d4cb5c.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5438606357170889826" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;W 2009 roku swoją kolejną płytą zaszczyciła nas warszawska grupa Black River. To już ich drugi krążek, a muszę przypomnieć, że przecież twór ten powstał dopiero dwa lata temu. Z nicości powołali ten zespół do życia takie znakomitości polskiej sceny jak: Orion i Daray razem z kompanami z ich starego bandu o nazwie Neolithic. I wszystko byłoby pięknie i ładnie, gdyby nie jedna rzecz ... a mianowicie, muzyka zawarta na „ Black'n'Roll” to nic innego jak stary, klasyczny wręcz heavy/hard rock, nie zaskakujący kompletnie niczym.&lt;br /&gt; Szperałem trochę po necie i prasie w poszukiwaniu recenzji na temat tego krążka, a jedyne, co znalazłem to wychwalania pod niebiosa. Byłem w ciężkim szoku, kiedy czytałem o tym albumie i słuchałem go jednocześnie; coś mi tu się nie zgadzało. Czy naprawdę nikt z recenzentów nie słyszał tego, że to wszystko już gdzieś było, że przecież nic nowego w muzyce Black River nie ma? Pójdę dalej i stwierdzę, że jedynym aspektem tej płyty jest wtórność. Wtórności, która bądź co bądź może się podobać, bo zagrana i zaaranżowana jest w profesjonalny i ciekawy sposób, ale jednak wtórność.&lt;br /&gt; Potwierdzeniem tego, że Orion i spółka ulegali wpływom w trakcie tworzenia tego albumu jest okładka. Wystarczy przypomnieć sobie okładkę pierwszego krążka Danzig i wszystko będzie jasne. Podobieństwa nie są przypadkowe. I nie wiem, co ciągnie polskich metalowych muzyków do kopiowania twórczości ww. pana. Najpierw zrobił to Nergal w 1999 roku w swym projekcie Wolverine, teraz Czarna Rzeka. Przecież styl ten prawie jest już na wymarciu, tak grało się 20 lat temu i nie ma najmniejszego sensu grać tak teraz. No, ale pewnie kolesie z Black River myślą inaczej.&lt;br /&gt; Więc do kogo jest adresowana ta płyta? Pewnie do starych wyjadaczy, którzy lubują się w takim stylu, i są na tyle elastyczni, by posłuchać wypocin ze strony nowicjuszy. Albo dla młodych ludzi, którzy nie znają klasyków tego gatunku, z czego pewnie tych drugich jest o wiele więcej i ci częściej będą sięgać po ten album. Jeżeli więc jesteście kimś z tych dwóch grup, możecie po niego sięgnąć i na pewno wam się spodoba. Reszcie raczej będę to odradzał, bo po co męczyć uszy i tracić czas na coś, co już było? Ale wybór jest wasz...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-9198937678082851162?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/9198937678082851162/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/02/black-river-blacknroll.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/9198937678082851162'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/9198937678082851162'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/02/black-river-blacknroll.html' title='Black River - Black&apos;n&apos;Roll'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S3nPqrhaJGI/AAAAAAAAAKE/8K-ZLUwK9TE/s72-c/65c7081036a0939fa26706ede3d4cb5c.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-4978509695480699779</id><published>2010-02-15T23:42:00.001+01:00</published><updated>2010-02-15T23:47:08.955+01:00</updated><title type='text'>Hellveto – Neoheresy</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S3nO532BqMI/AAAAAAAAAJ8/EJyqMj_9IXA/s1600-h/Neoheresy+Cover.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S3nO532BqMI/AAAAAAAAAJ8/EJyqMj_9IXA/s200/Neoheresy+Cover.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5438605518665001154" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Jeżeli kiedykolwiek wyjdzie podręcznik historii polskiego metalu, to L.O.N. będzie miał w nim swoje zasłużone miejsce. Na koncie swojego projektu Hellveto ma już trzynaście płyt i ciągle atakuje nas następnymi. Niekiedy raz w roku, niekiedy nawet trzy razy. Co jakiś czas sięgam po jego dzieła, by usłyszeć, jak ewoluuje jego muzyka i tak trafiła do mnie kolejna jego płyta. Tym razem był to album „Neoheresy” z 2008 roku.&lt;br /&gt; Odtwarzając go niedawno po raz pierwszy myślałem, że to ostatni krążek w jego dorobku, ale byłem w błędzie. Przez to, że skrupulatnie nie śledzę jego kariery, nie wiedziałem, że w  2009 roku Hellveto wypuściło dwie płyty. No ale wróćmy do neoherezji. Sześć kompozycji zamyka się w trzydziestu pięciu minutach, mogło być trochę dłużej, no ale niestety jest jak jest. Wszystko otwiera „Taran”, który od samego początku roztacza wokół siebie pogański klimat dawnych dni. Tętent kopyt galopującego konia, szczęk mieczy i wyjący do swych pagan melodii L.O.N. Tak to mniej więcej się zaczyna. A co jest później? Różnego rodzaju smyczki, orkiestrowe tła, czarne riffy i bałwochwalcze rytmy. Podobnie jest w „Herezji”. Tylko tutaj dostawką są męskie chóry, skrzętnie wkomponowane w tło. Słuchając tych dźwięków ciężko nie zobaczyć oczyma wyobraźni palących się stosów z ludzkim mięsem skwierczącym w płomieniach. &lt;br /&gt; Trochę zmienia się klimat w następnym „Gdy Umiera Świt”, tylko dlatego, że zamiast średnich temp pagan grania, mamy black metalowe blasty. Po nim następuje najdłuższy utwór na płycie - „Milczące Sumienie”. To ponad osiem minut epickiej pieśni, gdzie cichutkie tchnienia fletu wraz z dźwiękami gitary akustycznej łączą się z posępnymi czarnymi riffami. I tak mniej więcej jest do samego końca tego albumu, co niekiedy bywa sprawcą nudy, ale tu jest inaczej. Po dogłębnym przesłuchaniu „Neoheresy” można poczuć pewien niedosyt, gdyż jednak za szybko się kończy. To niestety jest dużym minusem, ale poza tym nie ma się czego czepiać. To kolejna, dobra płyta wychodząca pod szyldem Hellveto i aż dziw bierze, że zespół ten jest nadal tak mało popularny na naszych polskich ziemiach.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-4978509695480699779?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/4978509695480699779/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/02/hellveto-neoheresy.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/4978509695480699779'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/4978509695480699779'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/02/hellveto-neoheresy.html' title='Hellveto – Neoheresy'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S3nO532BqMI/AAAAAAAAAJ8/EJyqMj_9IXA/s72-c/Neoheresy+Cover.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-8649981544823369699</id><published>2010-02-08T05:25:00.001+01:00</published><updated>2010-02-08T05:28:39.200+01:00</updated><title type='text'>Proletaryat – ReC</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S2-S8uuzHPI/AAAAAAAAAJ0/7FOo7y9qc0Q/s1600-h/cover.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 199px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S2-S8uuzHPI/AAAAAAAAAJ0/7FOo7y9qc0Q/s200/cover.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5435724847293603058" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Płyta „Rec” jest najbardziej ambitnym krążkiem w historii zespołu Proletaryat. Została ona wydana w 2006 roku, siedem lat od albumu „Made in USA”. Od samego początku, czyli od „Wiedziałem mam” słychać, że zespół zaczął eksperymentować na polu skreczów i elektroniki. Ponadto liryki (a odgrywają one bardzo dużą rolę na „Rec”) posiadają niebanalną tematykę. Następnym utworem jest „Pragniemy”. W nim, oprócz elektronicznych upiększeń, miej więcej w środkowej części pojawia się coś na kształt orkiestry. Nie mam pojęcia, czy jest prawdziwa, czy syntetyczna, ale motyw muzyczny robi wrażenie. &lt;br /&gt; Najsilniejszą kompozycją tego wydawnictwa, jest „Modlitwa”. Początek wyrwany niczym z płyty Tool, lecz nie jest to bezmyślne kopiowanie, ma to swoją oryginalność. Panowie z Pabianic sięgnęli do ciekawych źródeł muzyki rockowej i pokazali, że potrafią stworzyć coś na jej modłę, zachowując jednocześnie swe oblicze. Genialny, jeżeli nie najlepszy utwór w dziejach zespołu! Silnym, tylko w innym tego słowa znaczeniu jest „W czyim imieniu”. Z dobitnie wyeksponowanym refrenem, gdzie nawet brzmienie werbla zmienia się, dla podkreślenia agresywności tego numeru.&lt;br /&gt;Ciekawym momentem jest również „Być czy być”, do którego został stworzony jeden z lepszych teledysków na polskiej scenie. Ten poza tym, że posiada typowo polsko zaśpiewany refren, ma również ciekawą rytmikę. I jest to ostatni numer na tej płycie z gatunku tych najlepszych, reszta jest już tylko dobra, a nawet średnia. Na samym końcu mamy małą ciekawostkę pod nazwą „S.K.A.”. I chyba nie muszę mówić, dlaczego taki tytuł, a nie inny. Wyprzedza go 22 sekundy ciszy, co jest oczywistym podkreśleniem jego odrębności od całości. Jego atutem jest tekst, który ma bardzo oczywisty podtekst:)&lt;br /&gt;Przesłuchując cały materiał ma się wrażenie, że to wszystko gdzieś już było. Faktem jest, że muzyka tu umieszczona jest w dużej mierze efektem prawdopodobnych fascynacji nowoczesnego podejścia do muzyki. No ale co z tego, że Proletaryat sięga po wypróbowane patenty? Ważne jest to, że potrafi z nich zrobić coś nowego, coś dobrego. Oczywiście niektóre numery są słabsze od innych, ale przecież to naturalne. Rzadko zdarza się płyta dobra od początku do końca. Jest jeszcze jedno i akurat ten aspekt nie podoba mi się najbardziej. Balansowanie na krawędzi oryginalności a komercji. Ale nie będę tego tematu rozwijał, posłuchajcie sami...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-8649981544823369699?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/8649981544823369699/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/02/proletaryat-rec.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/8649981544823369699'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/8649981544823369699'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/02/proletaryat-rec.html' title='Proletaryat – ReC'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S2-S8uuzHPI/AAAAAAAAAJ0/7FOo7y9qc0Q/s72-c/cover.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-2451303828032577733</id><published>2010-02-08T05:24:00.001+01:00</published><updated>2010-02-08T05:25:34.232+01:00</updated><title type='text'>Nocturnal Mortum – Mirovozzrenie</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S2-SOrCo73I/AAAAAAAAAJs/GoYdyIvgg2I/s1600-h/mortum.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 199px; height: 200px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S2-SOrCo73I/AAAAAAAAAJs/GoYdyIvgg2I/s200/mortum.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5435724056029097842" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;„Mirovozzrenie” to czwarta płyta w dorobku ukraińskiej formacji Nocturnal Mortum. W przeszłości postawiłem krzyżyk na tym zespole, po tym, jak wysłuchałem „Goat Horns”, ale postanowiłem dać im jeszcze jedną szanse. Trafiłem na ich słowiański odpowiednik albumu „Weltanschauung” i szczerze zostałem zaskoczony. &lt;br /&gt; Muzyka na tym krążku dzieli się na dwa nie pasujące, a jednak niesamowicie ze sobą połączone światy. Pierwszy jest ośmioma kompozycjami instrumentalnymi, gdzie trzy z nich są mrocznymi, wręcz ambientowymi songami, a pozostałe to folkowe, dzikie melodie. Najbardziej wyrazistymi z nich są... „Zvjoznaya Pyl” trochę odstający numer, gdyż jest niesamowicie kosmiczny, niczym podroż ku gwiazdom. „Pechal Rodnyh Zemel” to już folkowa aranżacja, gdzie drumle grają pierwsze skrzypce. No ale to są tak naprawdę przerywniki do epickich black kawałków, których jest tu sześć. Najkrótszy z nich ma ponad siedem minut, najdłuższy ponad 12 i właśnie ten epicki utwór najbardziej przypadł mi do gustu. Nazywa się „Vkus Pobedy”. W nim to możemy usłyszeć śpiew Vasily Haschina i fragmenty z nim są najpiękniejszymi na tej płycie. Utwór ten składa się z klimatycznego intra i takiegoż samego outra. Środkowa część spina to wszystko do kupy, a jest to typowe black folkowe granie, niczym za bardzo się nie wyróżniające na tle innych kawałków z tego albumu. Ale właśnie to ten klimatyczny początek i koniec sprawiają, że ciągnie mnie do tego numeru jak tylko włączam ten krążek. &lt;br /&gt; Minusem muzyki tutaj zawartej jest brzmienie. Powinno być bardziej czytelne, a jest surowe, rozmyte, przez co klawisze, które ciekawie się mają w tle, nie przebijają się zbyt mocno. No i drugi minus, muszę o nim wspomnieć, gdyż jest to ważna sprawa. Nacjonalno-socjalistyczne poglądy panów z Nocturnal Mortum kompletnie mnie nie kręcą, mówiąc szczerze,  nie potępiam ich za ideologie, ale też nie będę ich klepał po pleckach za teksty w stylu „white power”. I w sumie to cieszę się, że słuchałem płyty z rosyjskimi tekstami, dzięki temu ni w ząb nie rozumiem słów. &lt;br /&gt; Jeżeli więc jest wam kompletnie obojętna strona liryczna, możecie sięgnąć po ten krążek, gdyż jest naprawdę ciekawy. Poza tym, to nasi wschodni sąsiedzi, a warto poznać muzykę graną przecież tak niedaleko nas.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-2451303828032577733?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/2451303828032577733/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/02/nocturnal-mortum-mirovozzrenie.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/2451303828032577733'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/2451303828032577733'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/02/nocturnal-mortum-mirovozzrenie.html' title='Nocturnal Mortum – Mirovozzrenie'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S2-SOrCo73I/AAAAAAAAAJs/GoYdyIvgg2I/s72-c/mortum.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-6788977729278086022</id><published>2010-02-05T14:27:00.002+01:00</published><updated>2010-02-05T14:28:13.437+01:00</updated><title type='text'>Fear Factory – Mechanize</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S2wc5HUjO_I/AAAAAAAAAJk/WnW6T29b8WQ/s1600-h/Mechanize.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S2wc5HUjO_I/AAAAAAAAAJk/WnW6T29b8WQ/s200/Mechanize.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5434750617872710642" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Minęło pięć długich lat od wydania „Transgression”, największej pomyłki w dziejach Fear Factory. Zmienił się skład... Odeszli Harrera i Wolbers, a powrócił Dino Cazares. Poza tym do zespołu dołączył Gene Hoglan. I tak w zmienionym (starym) składzie powstała nowa płyta -  „Mechanize”.&lt;br /&gt; Po pierwszym przesłuchaniu byłem zawiedziony. W sumie to tylko dlatego, że pragnąłem czegoś, czego pewnie już nigdy nie dostanę. Czekałem na wspaniałe dźwięki, które powalą mnie na kolana, a dostałem po prostu dobry, równy krążek. „Mechanize” jest ukłonem w kierunku przeszłości. Słychać tu dokonania z „Demanufacture” i „Obsolate”, chociaż oczywiście brakuje mu przebojowości i genialności jak tamtym. &lt;br /&gt; Powrócił stary, dobry mechaniczny styl ich gry. Perfekcyjna maszyna znów uderza mocno i bezwzględnie. Słychać to w każdym kawałku. Począwszy od tytułowego, skończywszy na ostatnim lekko balladowym „Final Exit”. Ale po kolei... &lt;br /&gt; Odgłosy fabryki i metaliczny, niezrozumiały głos - tak się zaczyna płyta i tytułowy numer. Kiedy wchodzi pierwszy riff od razu wiadomo, że „el presidente” wrócił. Mocne i selektywne zagrywki połączone z podwójną stopą uderzają niczym karabin maszynowy(wizytówka tego zespołu). Ale cholera, to wszystko jest wtórne. Fear Factory jedyną prawdziwą zmianę przeżyli między pierwszą a drugą płytą(nie licząc fatalnej Transshition):). Późniejsze były tylko kosmetycznymi poprawkami. I niby Burton i reszta starają się jak mogą, by dorównać swoim wcześniejszym dokonaniom (tym z Cazerasem), ale niestety, nie jest to wystarczające. &lt;br /&gt; Wydaje się, że nagrania te powstały zbyt szybko, dobre pomysły są, ale jakby nie do końca dobrze poukładane. Oczywiście, niektóre momenty wybijają się na tle drugich. Takie numery jak „Fear Campaign”, Powershifter”, „Christploitation” czy też głównie z końcowej fazy „Oxidizer dają radę, a reszta może szybko znudzić. Szkoda, trochę...&lt;br /&gt; Dobra, nie ma co się czepiać. Dostaliśmy dobry album. Może w przyszłości czeka nas coś lepszego? Na razie mamy „Mechainze” i kiwamy głowami do jego „strasznych” rytmów.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-6788977729278086022?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/6788977729278086022/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/02/fear-factory-mechanize.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/6788977729278086022'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/6788977729278086022'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/02/fear-factory-mechanize.html' title='Fear Factory – Mechanize'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S2wc5HUjO_I/AAAAAAAAAJk/WnW6T29b8WQ/s72-c/Mechanize.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-6233325260785555362</id><published>2010-01-31T16:25:00.001+01:00</published><updated>2010-01-31T16:26:41.403+01:00</updated><title type='text'>Pantera - I Am The Night</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S2WhKmiYHOI/AAAAAAAAAJc/bWW-ptHkB90/s1600-h/Folder.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 199px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S2WhKmiYHOI/AAAAAAAAAJc/bWW-ptHkB90/s200/Folder.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5432925729007869154" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Pantera, jeden z najbardziej znanych amerykańskich zespołów ciężkiej muzyki, na samym początku wykonywał klasyczny heavy metal, choć niektórzy podczepiają ich ówczesną twórczość pod glam i może coś w tym jest. Paradoksalnie sławę tej grupie przyniosły późniejsze, groove metalowe twory, a wcześniejsze poszły w zapomnienie... Nie dla mnie.&lt;br /&gt; W 1985 roku Pantera wypuszcza na rynek swoje trzecie dziecko pt. „I Am The Night”. To ostatni album z wokalistą Terrencem Lee, którego w przyszłości miał zastąpić Phil Anselmo. Zawartość tego krążka to dziesięć rasowych heavy metalowych kompozycji, których pewnie mogliby pozazdrościć niejedni starzy wyjadacze tamtych czasów. Kiedy pierwszy raz usłyszałem te dźwięki, byłem w ciężkim szoku, gdyż nie wyobrażałem sobie, że takie rzeczy wychodziły w tamtych latach w USA. Przecież wtedy królował tam thrash, a tu prawie z niczego powstał heaviak na wysokim poziomie, atakujący nas z siłą największych europejskich formacji. &lt;br /&gt; Od samego początku uderzenie jest mocne i tylko na parę momentów rozluźnia swój heavy uścisk. Pierwsze trzy kompozycje: „Hot and Heavy”, „I am the Night” i „Onward We Rock”, wyrwały się, jak dla mnie, z płyt niemieckiego Accept. Miażdżą swoimi przepięknymi riffami, prując do przodu pełne szaleństwa. &lt;br /&gt; Oczywiście nie zabrakło tu też miejsca na lekkie zwolnienia. Przykładem tego   jest utwór „Daughters of the Queen”, oparty na zagranym w średnim tempie riffie, przy którym head banging też mógłby być wskazany, albo podobny, tylko nieco cięższy „Come On Eyes”, z piękną solówką made by Diamond Darrell. No i oczywiście zamykająca cały album ballada „Forever Tonight”. &lt;br /&gt; Płyta opatrzona jest mięsistym i ostrym brzmieniem. Słucha się tego przyjemnie i tylko najwięksi przeciwnicy heavy będą kręcić nosami. To jest kawał dobrej muzy i trochę szkoda, że Pantera jednak zmieniła styl. Z drugiej jednak strony nigdy nie dostalibyśmy tak wielkich płyt, jakie nagrali później. Pantera jest już historią, ale ich muzyka żyje nadal.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-6233325260785555362?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/6233325260785555362/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/01/pantera-i-am-night.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/6233325260785555362'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/6233325260785555362'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/01/pantera-i-am-night.html' title='Pantera - I Am The Night'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S2WhKmiYHOI/AAAAAAAAAJc/bWW-ptHkB90/s72-c/Folder.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-925920219184293108</id><published>2010-01-26T14:09:00.002+01:00</published><updated>2010-01-26T14:15:47.473+01:00</updated><title type='text'>Tesserakt - The Unknown</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S17q_epQ2eI/AAAAAAAAAJU/cP0L9GaPhd4/s1600-h/53697.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S17q_epQ2eI/AAAAAAAAAJU/cP0L9GaPhd4/s200/53697.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5431036576934189538" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Obiektem tej recenzji będzie pierwsza płyta progresywno - metalowego zespołu ze Stalowej Woli o nazwie Tesserakt. „The Unknown” to danie, które powinno najbardziej spodobać się ludziom gustującym w poczynaniach Dream Theater czy Liqiud Tension Experiment. Jednak nie do końca, gdyż instrumentalna muza tego kwartetu jest ubarwiona brzmieniem skrzypiec, co dodaje jej uczucia i powiewu lekkiej oryginalności.&lt;br /&gt; Szczerze, to mógłbym skończyć tą recenzje w tym miejscu, gdyż reszta będzie dla mnie bezsensownym prawieniem o czymś, co już się powiedziało. Przesiąknięcie patentami Dreamów jest tak widoczne, że cała reszta nowatorskich rzeczy jest przez nie przyćmiona. &lt;br /&gt; Porównując dalej, to utwór „111” jest numerem, który przypomina mi cholernie dokonania Ankh, a konkretnie myślę o grze skrzypiec. Jednocześnie te same skrzypce lepiej brzmią w „Pięcie Zeusa”, gdzie jakby bardziej wpasowały się w całą aranżacje. W numerze otwierającym, o niecodziennym tytule „Ultrarozpierdalator”, jawnie mamy kopię riffu Metallici z „From Whom The Bells Tolls” itd.&lt;br /&gt; Najdłuższym kawałkiem tu zamieszczonym jest  kończący to wydawnictwo „Battle Royale”. Prawie jedenaście minut muzycznych pasaży, zmian tempa, klimatu, mieszanina wszystkiego tego, co dobre w progresji, jak i tego, co jest tylko średnie. &lt;br /&gt; Zawsze szukam w progresji czegoś, czego jeszcze nie słyszałem. Tutaj niestety jest tego mało, a to, co znalazłem, nie zaskakuje mnie na tyle, bym mógł się nad tym zatrzymać dłużej. Jak na początek nieźle, ale widzę długą drogę, która tak naprawdę nie wiadomo gdzie zawiedzie  Tesserakt... Wielkość, albo zapomnienie...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-925920219184293108?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/925920219184293108/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/01/tesserakt-unknown.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/925920219184293108'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/925920219184293108'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/01/tesserakt-unknown.html' title='Tesserakt - The Unknown'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S17q_epQ2eI/AAAAAAAAAJU/cP0L9GaPhd4/s72-c/53697.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-4578055766003125656</id><published>2010-01-21T10:06:00.001+01:00</published><updated>2010-01-21T10:09:45.829+01:00</updated><title type='text'>Förgjord - Ajasta Ikuisuuteen</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S1gZ1XlKxMI/AAAAAAAAAJM/OQQrDEIoATs/s1600-h/Ajasta_ikuisuuteen.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S1gZ1XlKxMI/AAAAAAAAAJM/OQQrDEIoATs/s200/Ajasta_ikuisuuteen.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5429117755448804546" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;„Ajasta Ikuisuuteen” – spytacie pewnie co to za bełkot, ja wam odpowiem - to pierwszy w historii long play fińskiej grupy o nazwie Förgjord. Album ten zawładną mną doszczętnie, po prostu nie potrafię przestać go słuchać. Pytam samego siebie – dlaczego? Przecież to totalny black metalowy jazgot, pełen brudnych brzmień, fatalnej produkcji oraz okazu niedociągnięć w technice gry. Może kiedy przebrnę przez ta recenzję, dowiem się tego?&lt;br /&gt; Początek jest mroczny... Gdzieś w oddali słychać skrzek kruka, odgłos kroków, skrzypiący śnieg i ten mróz... Dźwięki „Alkusoitto” są niczym doomowa podroż do zakątków zimnych krain, pełnych smutku, nostalgii, ale też i pustki. A kiedy nastaje cisza, gdzie jeden numer kończy się, a drugi rozpoczyna, coś we mnie pęka, bo taka piękna atmosfera zamienia się w przesterowany, brudny, surowy black metal. Ale to trwa tylko przez kilkadziesiąt sekund... Kiedy w „Kristuksen Malja, Ruumis Ja Veri” tempo zaczyna zwalniać, ten mroczny klimat wraca i tu i tam w każdym z 7 kompozycji tej płyty. Właśnie przez ten feeling ta muzyka mnie tak kręci. &lt;br /&gt; Powolnymi dźwiękami gitary zaczyna się kolejny „Veljeskunta”. Jego brzmienie jest tak surowe, że mógłbym przysiąść, że został nagrany w sali prób, a nie w jakimś studio. Ale to w niczym nie przeszkadza, by jest to pełen melancholii i agresji kawał dobrej muzy. Mamy tu połączenie dwóch kompletnie innych światów i połączenie to wychodzi niesamowicie. &lt;br /&gt; Moim ulubionym tutaj songiem jest „Itseensä Kahlittu”. Gdy go słucham zastanawiam się, dlaczego nie ma więcej takich bandów. Uczucia, które włożyli panowie z Förgjord do skomponowania tegoż kawałka są przytłaczające, a w dzisiejszych czasach mało co tak przytłacza. Nie zrozumcie mnie źle, po prostu myślę, że właśnie tego każdy z nas szuka w muzyce. Nie szybkości, nie techniki, ale przekazu uczuć, jakiekolwiek one są. W tym numerze czuć prawdę i szczerość emocji, co słychać w kulminacyjnej solówce. Po prostu cudo!!!&lt;br /&gt; Mogę się założyć, że każdy, ktokolwiek nie zna i nie lubi blacku będzie się brzydził dźwiękami wydobywanymi z instrumentów przez Prokrustesa i Valgrindera, bo to jest ohydne i ma takie być! Gdyby było inaczej, prawdopodobnie nie podobałoby mi się to tak bardzo, jak podoba się teraz.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-4578055766003125656?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/4578055766003125656/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/01/forgjord-ajasta-ikuisuuteen.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/4578055766003125656'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/4578055766003125656'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/01/forgjord-ajasta-ikuisuuteen.html' title='Förgjord - Ajasta Ikuisuuteen'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S1gZ1XlKxMI/AAAAAAAAAJM/OQQrDEIoATs/s72-c/Ajasta_ikuisuuteen.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-5831560365185281013</id><published>2010-01-19T12:42:00.001+01:00</published><updated>2010-01-19T12:43:25.283+01:00</updated><title type='text'>Vintersorg - Visions From The Spiral Generator</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S1Wa2Y_KO5I/AAAAAAAAAJE/9UqMQCMp1Fs/s1600-h/visionsf.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 196px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S1Wa2Y_KO5I/AAAAAAAAAJE/9UqMQCMp1Fs/s200/visionsf.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5428415185075977106" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Vintersorg – to zespół, który nie przypadł mi do gustu swoimi pierwszymi płytami, a to dla tego, że viking/folk metal z „Till Fjälls” i „Ödemarkens Son” wydawał mi się bezpłciowy... W sumie to nadal tak myślę. Ale po jakimś czasie wyczytałem w mediach, że Vintersorg zmienił styl, grając bardziej progresywnie. Andreas "Vintersorg" Hedlund dostał ode mnie jeszcze jedną szanse. I nie zawiodłem się! „Cosmic Genesis” był tym, czego szukałem.&lt;br /&gt; Czas poszedł naprzód, czekałem na następną odsłonę tego szwedzkiego bandu. Doczekałem się. W 2002 roku wychodzi czwarty długograj pod szyldem Zimowego Smutku - „Visions From The Spiral Generator”. Ze zniecierpliwieniem wrzuciłem tę płytkę do odtwarzacza i po przesłuchaniu całości byłem w wielkim szoku. Gdzie się podział ten klimat kosmicznej odysei z poprzedniego albumu? Gdzie się podział ten niesamowity wokal? Ano wszyscy ci, którzy myśleli, że Vintersorg pójdzie krok dalej po ścieżce, którą obrał wcześniej, będą zasmuceni. &lt;br /&gt; To, co znajdziemy na tym krążku to połączenie folku, progresji i vikingu, ale jakoś całościowo strasznie się to nie klei. Pójdę dalej w tym kierunku i napisze, że wokal i muzyka rozjeżdżają się i zamiast tworzyć harmonie, tworzą coś zupełnie innego. A propos wokalu to jest on najsłabszym wyczynem na wszystkich jego płytach. Nie pasuje, nie brzmi, jakby był z całkiem innej bajki.&lt;br /&gt; Utwory takie jak „E.S.P. Mirage” z pokręconym wokalem w środkowej części, czy też „A Star-Guarded Coronation”, najbardziej przypominający to, co działo się na „Cosmic Genesis” to dwa, których mogę słuchać i nie narzekam za bardzo. Reszta przelatuje i za cholerę nie chce się do tego wracać. &lt;br /&gt; Nic też nie dało, że grają tu takie osobistości jak Steve DiGiorgio, którego raczej nie trzeba przedstawiać i Asgeir Mickelson – były perkusista Borknagar, Spiral Architect i wielu innych. Po prostu materiał jest słaby i pomimo ich usilnych starań, taki pozostanie. A szkoda... Patrząc na zespoły, w jakich Vintersorg sobie pogrywa i solowe jego projekty, to się w sumie nie dziwię. To pewnie zmęczenie materiału, bo jak się ma za dużo na głowie, to łatwo coś spieprzyć.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-5831560365185281013?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/5831560365185281013/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/01/vintersorg-visions-from-spiral.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/5831560365185281013'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/5831560365185281013'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/01/vintersorg-visions-from-spiral.html' title='Vintersorg - Visions From The Spiral Generator'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S1Wa2Y_KO5I/AAAAAAAAAJE/9UqMQCMp1Fs/s72-c/visionsf.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-1162024918799211671</id><published>2010-01-17T15:14:00.001+01:00</published><updated>2010-01-17T15:18:51.877+01:00</updated><title type='text'>Vesania – Firefrost Arcanum</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S1McSHC0REI/AAAAAAAAAI8/sK_RIsaWRV8/s1600-h/Vesania_-_Firefrost_Arcanum.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 196px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S1McSHC0REI/AAAAAAAAAI8/sK_RIsaWRV8/s200/Vesania_-_Firefrost_Arcanum.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5427713073365664834" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Dobrze jest posłuchać czegoś polskiego, co ma wydźwięk światowy. Pomyśleć, że to nasze rodzime dźwięki, są znane gdzieś tam, daleko od naszych podwórzy. Takim podbijającym świat polskim zespołem jest Vesania. To niesamowite, że właśnie z tak czarnej muzy Polacy powinni być dumni. W 2003 roku wychodzi „Firefrost Arcanum” i otwiera im drogę na rynki zachodu i wschodu. &lt;br /&gt; Pierwszy raz słuchając tego krążka doznałem szoku (pierwszy opisałem obszernie w pierwszym akapicie), drugi przez muzykę. Nikt nigdy w Polsce nie grał tak jak oni. To znaczy kiedyś Behemoth nagrał trochę okrojoną wersje drogi obranej przez Vesania, a był to album „Pandemonic Incantation”. &lt;br /&gt; Symfoniczny black metal przedstawiony na Firefrost jest brutalnie chaotyczny. Takie słowa narzucają mi się jako pierwsze, by opisać tę muzę. Drugim spostrzeżeniem jest podobieństwo, lecz niewielkie do pierwszych płyt Emperor. To na razie tyle, by mniej więcej umieścić tę płytę na orbicie postrzegania. &lt;br /&gt;  Dziesięć kompozycji. W tym trzy niecało minutowe przerywniki i jedno prawie trzyminutowe intro/kawałek - „Path 4. Algorfocus Nefas”. Poza tymi czterema pozostaje ekstrema, chaos, brutalność, agresja, ale też symfonia i klimat. &lt;br /&gt; Vesania stara się nasz zamęczyć długimi numerami, takimi jak „Path 6. Moonthrone. Dawn Broken.” i „Path 10. Dukedom Black Act I” - to ponad 9 minutowe, najdłuższe kawałki. Reszta jest niewiele krótsza. Ale to nie o długość chodzi... Jak zawsze liczy się jakość. I choć na Firefrost może nie wszystko jest tak poukładane jakbym tego chciał, to to, co słyszę bardzo mi odpowiada. Ich black spojrzenie na muzykę jest indywidualne, a przede wszystkim ciekawe – to się liczy naprawdę.&lt;br /&gt; Paradoksalnie do tych dziewięciominutowych kolosów podoba mi się najkrótszy „Path 5. Marduke's Mazemerising”. Pewnie dlatego, że jest krótko, szybko i na temat. Poza tym wydaje mi się on najbardziej poukładanym do kupy kawałkiem, reszta zdaje się lekko rozlatywać. &lt;br /&gt; Dodam jeszcze istotny minus tego wydawnictwa – wokal. Przebijający się przecież przez cały czas, ale jakoś nie współgrający z resztą. Gdzieś w pewnym momencie nagrywania czegoś albo zabrakło, albo świadomie tak zostawiono.&lt;br /&gt; Mroźnyogień – pierwszy dumny krok. Udany w dodatku. Wystarczy popatrzeć, posłuchać Vesani teraz. Siła i bezkompromisowość. Oby ich droga była długa i obfita.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-1162024918799211671?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/1162024918799211671/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/01/vesania-firefrost-arcanum.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/1162024918799211671'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/1162024918799211671'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/01/vesania-firefrost-arcanum.html' title='Vesania – Firefrost Arcanum'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S1McSHC0REI/AAAAAAAAAI8/sK_RIsaWRV8/s72-c/Vesania_-_Firefrost_Arcanum.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-156430208577852333</id><published>2010-01-13T13:26:00.002+01:00</published><updated>2010-01-13T13:27:02.570+01:00</updated><title type='text'>My Dying Bride - For Lies I Sire</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S028EuV87bI/AAAAAAAAAI0/pcHRgqLEcfo/s1600-h/for_lies_i_sire.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 197px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S028EuV87bI/AAAAAAAAAI0/pcHRgqLEcfo/s200/for_lies_i_sire.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5426199915396918706" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Ups... We Did It Again... Sentencja ta nieźle opisuje najnowsze dokonanie nieumierającego bandu z Wysp Brytyjskich, czyli My Dying Bride. Ich nowy album nosi nazwę „For Lies I Sire” i niczym nie zaskakuje, tak samo jak dwa poprzedzające go wydawnictwa. &lt;br /&gt; Słuchając dźwięków wydobywających się z „For Lies...” mam wrażenie, że Aaron i Andrew (tylko ci panowie pozostali ze starego składu) nostalgicznie chcieliby powrócić do czasów z „Turn Loose The Swans”, albo „The Angel and The Dark River”. Oczywiście nie do końca powrócić, gdyż w tym wszystkim czuć na kilometr feeling z ich poprzednich strasznie słabych dwóch płyt... Cóż,  bardzo chcieli, ale niestety, na chęciach się skończyło. &lt;br /&gt; Krążek ten zdominowany jest przez czyste wokalizy. Praktyczny brak agresywnych wokali Aarona sprawia, że to doomowe zadumanie przysparza mnie raczej o senny klimat, niż o tchnienie „przeznaczenia”. Napisałem prawie, gdyż w „ShadowHaunt” i w „ A Chapter in Loathing” śpiewak przypomina sobie, że przecież potrafi, że można jakimś growlikiem lub skrzekiem pociągnąć leciutko. &lt;br /&gt; „ShadowHaunt” ma piękną linię skrzypiec i ciekawy bas, który prowadzi całość. Numer ten łechce lekko moje poczucie piękna, ale słuchając go, odczuwam pewny niedosyt. Za to drugi jest ogólnie słaby … to przysłowiowe chwytanie się ostrza brzytwy. Wstawki z blastami tutaj użyte są poza moja tolerancją na muzyczna głupotę. Rozumiem manewr, który prawdopodobnie miał ożywić te słabe, nużące aranżacje, ale blasty?! Czy ktoś jeszcze pamięta, kiedy MDB użyła takich patentów w swojej muzyce? Mi jakoś ciężko sobie przypomnieć. Może na pierwszej płycie? Ale na 100% to pewny nie jestem. Poza tym, blasty jak cholera nie pasują do doomu, to ma czarować, nie wkurwiać!!!&lt;br /&gt; Jako takim numerem jest otwierający „My Body, A Funeral”, gdzie na dobra sprawę to raczej tytuł przykuwa tu najbardziej uwagę. Dobrym też jest „Santuario di Sangue”. Oczywiście w każdym z dziewięciu kawałków można znaleźć coś dobrego, ale to nie ratuje tego słabiutkiego dzieła. &lt;br /&gt; Chyba już zawsze, gdy MDB będą wypuszczać swe nowe wypociny będę kręcił nosem i wspominał przeszłość. Kiedyś istniał dla nich ratunek, a nazywał się „34.788%... Complete”. Niestety nie poszli tą drogą, a szkoda, bo pewnie nadal lubiłbym ten zespół. Tak dostaliśmy trzecią kopię uganiania się za czymś, czego się nigdy nie złapie. &lt;br /&gt; Na koniec dwa pytania: czy MDB jeszcze kiedyś pokaże nam, że żyje? Czy może za parę lat usłyszymy kolejna próbę gonienia za własnym ogonem? Na odpowiedź trochę poczekamy, tymczasem... Podsumowaniem „For Lies...” jest tytuł jednej z piosenek w niej zamieszczonych - „Echoes from a Hollow Soul” - tym to jest teraz twórczość MDB, echem dawnej świętości. Niczym więcej...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-156430208577852333?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/156430208577852333/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/01/my-dying-bride-for-lies-i-sire.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/156430208577852333'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/156430208577852333'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/01/my-dying-bride-for-lies-i-sire.html' title='My Dying Bride - For Lies I Sire'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S028EuV87bI/AAAAAAAAAI0/pcHRgqLEcfo/s72-c/for_lies_i_sire.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-6812316815431635336</id><published>2010-01-13T13:20:00.001+01:00</published><updated>2010-01-13T13:22:39.355+01:00</updated><title type='text'>Estatic Fear - A Sombre Dance</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S027Ck-fj0I/AAAAAAAAAIs/VniwvOn57Lo/s1600-h/download.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S027Ck-fj0I/AAAAAAAAAIs/VniwvOn57Lo/s200/download.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5426198779011239746" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Uwielbiam, kiedy muzyka wzbudza we mnie uczucia, których ciężko szukać gdzieś indziej. Poczucie wolności, powiewy szczęścia i melancholii jednocześnie, miłość i osamotnienie… &lt;br /&gt;Tylko kilka płyt w moim życiu budziło we mnie takie oraz wiele innych uczuć. Jednym z tych cudownych albumów jest „A Sombre Dance”, nieistniejącej już niestety grupy z Austrii o nazwie Estatic Fear. &lt;br /&gt; Wydawnictwo to składa się z intra (Intro (Unisono Lute Instrumental)) i dziewięciu tzw. Chapterów. Każdy z nich jest unikatowy, jednocześnie wszystkie naraz tworzą jedną spójną całość. &lt;br /&gt; Mógłbym opisać każdy z osobna, ale wydaje mi się, że przy tym krążku to mijało by się z celem. Dlaczego, zapytacie? A to dlatego, że pomimo podzielenia na te dziewięć numerów, nie czuć go w trakcie słuchania, tak jakby był to jeden prawie piędziesięciominutowy kawałek.&lt;br /&gt; Dalej opisze tylko to, co ta muzyka w sobie ma... Żywe instrumenty jak pianino, które przelatuje co jakiś czas w prawie każdej kompozycji, tworząc swą grą wiele pięknych momentów, które dla mnie pozostaną zapamiętane na długo. Pojawiają się tu też lutnia, wiolonczela i flet. Te trzy plus do tego cała otoczka doom metalu, czyli ciężkości i agresji, tworzą klimat tak unikatowy, zabarwiany lekko średniowieczem, że uwierzcie, ciężko szukać czegoś podobnego.&lt;br /&gt; Dodam jeszcze jedną, w sumie to trzy rzeczy, a mianowicie wokal ... Trzy dlatego, że mamy tu trzy osoby, które raczą nas swoimi głosami. Czystą, bardzo delikatną barwę ma Claudia Schöftner, a wtórują jej Jürgen "Jay" Lalik i Thomas Hirtenkauf, growlem i skrzekiem. &lt;br /&gt; Oczywiście tu, jak to na każdym krążku, mam swoje ulubione utwory. „Chapter II” i „Chapter IV” to kawałki zapierające mi dech w piersiach. Pierwszy agresywny z cudownym wejściem na fortepian. Drugi epicki, ponad dziesięciominutowy, jest genialny bez dwóch zdań. &lt;br /&gt; I tak mógłbym ciągnąć to i ciągnąć, zastanawiając się, co jest godne opisania, a co nie, ale nie o to w tym wszystkim chodzi. „A Sombre Dance” to kawał wspaniałej muzy -  ta fraza mogłaby być początkiem i końcem tej recenzji. Uwierzcie lub nie, a najlepiej przekonajcie się sami... Warto...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-6812316815431635336?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/6812316815431635336/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/01/estatic-fear-sombre-dance.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/6812316815431635336'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/6812316815431635336'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/01/estatic-fear-sombre-dance.html' title='Estatic Fear - A Sombre Dance'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S027Ck-fj0I/AAAAAAAAAIs/VniwvOn57Lo/s72-c/download.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-3829102019892783520</id><published>2010-01-13T13:16:00.001+01:00</published><updated>2010-01-13T13:20:43.735+01:00</updated><title type='text'>Enslaved – Vertebrae</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S026iltRYxI/AAAAAAAAAIk/mf59jImQJTM/s1600-h/enslaved_frontcover-copy.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S026iltRYxI/AAAAAAAAAIk/mf59jImQJTM/s200/enslaved_frontcover-copy.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5426198229451629330" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Po dwóch latach doczekaliśmy się kolejnej odsłony jednego z najciekawszych zespołów z Norwegii, a mianowicie Enslaved. Najnowsza płyta tego progressive black/viking metalowego bandu nosi nazwę „Vertebrae”. Jest to krok naprzód, który został zapoczątkowany na poprzednich wydawnictwach, krok, muszę przyznać, jeszcze bardziej progresywny. &lt;br /&gt; Jak to bywa z ich muzyką i tu oczywiście zostajemy zaskoczeni, oczywiście pozytywnie. Związki blacku i progresji osiągają tutaj doskonałą harmonię, a pierwsze dwa numery są tego doskonałym przykładem („Clouds” i „To the Coast”). Trzeci za to „Ground” jest jakby „zaginionym kawałkiem wielkiego Pink Floyd”. Inspiracje tym brytyjskim kwartetem osiągają tu swoje apogeum, szczególnie słychać to w liniach wokalnych i solówce, która jest tak zagrana, jakby zagrał ją David Gilmoure. Ale tak jest tylko w tym jednym numerze. &lt;br /&gt; Najciekawszymi momentami, oprócz wspomnianego wcześniej „Ground” są: „New Dawn” i „Reflection”. Pierwszy to agresywne połączenie ich nowych wizji muzycznych, ze starym, dobrym, agresywnym, mrocznym i surowym black metalem. Słychać tutaj wszystko to i oczywiście wiele więcej. Jakoś dziwnie myślę, że to chyba ostatni taki podryg w tym kierunku. Oczywiście, piszę tak tylko dlatego, że „New Dawn” strasznie odstaje od reszty kompozycji, ale czas pokaże, czy miałem racje.&lt;br /&gt; Drugim najciekawszym momentem na tym albumie jest „Reflection”. To najdłuższy utwór, który określę w trzech słowach: epic, viking, progres. Mniej więcej oczywiście z takimi rzeczami mi się on kojarzy. Ale tak jak „New Dawn” jest dla mnie pożegnaniem, tak „Reflection” jest jakby nową twarzą Enslaved. Tutaj ta cała harmonia między ich mroczną, a progresywną strona, jest najbardziej słyszalna. I gdyby nie wokal, powiedziałbym, że to granie nigdy nie miało nic wspólnego z black metalem. Podobnym do niego jest „Center”, ten z kolei ma świetny klimat.&lt;br /&gt; Pozycja ta jest obowiązkowa dla każdego zjadacza metalu. Wiem, że muzyka Enslaved może być ciężka w odbiorze, ale uwierzcie, że wystarczy parę chwil, by usłyszeć, poznać jej geniusz. „Vertebrae” nie jest więc tylko albumem dla wymagających, choć pewnie oni najwięcej z niego wyciągną, ale też dla tych, którzy nie wiedzą, i nigdy nie słuchali progresji. Album ten może być dobrym początkiem ku nowym, muzycznym światom.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-3829102019892783520?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/3829102019892783520/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/01/enslaved-vertebrae.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/3829102019892783520'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/3829102019892783520'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/01/enslaved-vertebrae.html' title='Enslaved – Vertebrae'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S026iltRYxI/AAAAAAAAAIk/mf59jImQJTM/s72-c/enslaved_frontcover-copy.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-4736710379827656031</id><published>2010-01-13T13:10:00.002+01:00</published><updated>2010-01-13T13:16:03.051+01:00</updated><title type='text'>Dead Can Dance - Dead Can Dance</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S025RGndxMI/AAAAAAAAAIc/8WOqWgVzlhA/s1600-h/Dead-Can-Dance-(Remastered)-by-Dead-Can-Dance_2BaxL2e6aYIx_full.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S025RGndxMI/AAAAAAAAAIc/8WOqWgVzlhA/s200/Dead-Can-Dance-(Remastered)-by-Dead-Can-Dance_2BaxL2e6aYIx_full.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5426196829536371906" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Wspaniałe były lata 80-te! Wtedy to powstawały niezapomniane kapele, jak na przykład Dead Can Dance. Ich debiut datuje się na 1984 rok, kiedy to wypuścili jedyny w swej historii post-punkowy album pod tytułem „Dead Can Dance”. Jedyny, dlatego, że późniejsze ich wydawnictwa z post-punkiem miały już niewiele wspólnego.&lt;br /&gt; Recenzja ta będzie traktować o reedycji tego albumu, który zawiera jednocześnie Ep-kę „Garden of the Arcane Delights”, czyli cztery dodatkowe kawałki. Ogólnie rzecz ujmując, różnicy w stylu nie słychać żadnej, więc potraktuje to jako jedno czternastoutworowe dzieło.&lt;br /&gt; Płyta ta jednak dzieli się słyszalnie na dwie części. Wymienione części nie są równe i w żadne sposób wyeksponowane przez wydawnictwo we wkładce. To podzielenie wynika ze stylu grania. Mamy tu kawałki typowo post-punkowe, takie jak: „The Trial”, „Fortune”, „A Passage in Time”, czy też ten z wokalem Lisy Garrard - „Threshold”, oraz te w stylu darkwave, world music, lecz songi te to dopiero nieśmiały, choć poważny, pierwszy krok na tej ścieżce. &lt;br /&gt; Właśnie tego możecie się spodziewać po tym krążku. Dużo wpływów i lekkiego powiewu przyszłości. Jednakże ta „dwoistość” jest niestety minusem tego albumu. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, iż „średnia” to płyta, a na pewno najgorsza z twórczości DCD. Jednak myślę, że trzeba im wybaczyć, gdyż to, co niektórzy z nas przeżyli słuchając ich następnych dzieł, jest nie do opisania. &lt;br /&gt; Dobrymi numerami, takimi, które się odznaczają są: „Fortune”, „Musica Eternal”, „A Passage in Time” i „In Power We Entrust the Love Advocated”. &lt;br /&gt; Tak czy inaczej polecam te dźwięki. Klimat tego krążka to to, co w latach 80-tych wiodło do przodu większość młodych, szukających nowych brzmień, ludzi. I przecież nadal może to być odkryciem, wystarczy sięgnąć...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-4736710379827656031?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/4736710379827656031/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/01/wspaniae-byy-lata-80-te-wtedy-to.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/4736710379827656031'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/4736710379827656031'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/01/wspaniae-byy-lata-80-te-wtedy-to.html' title='Dead Can Dance - Dead Can Dance'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S025RGndxMI/AAAAAAAAAIc/8WOqWgVzlhA/s72-c/Dead-Can-Dance-(Remastered)-by-Dead-Can-Dance_2BaxL2e6aYIx_full.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-1712023736123293006</id><published>2010-01-13T13:07:00.001+01:00</published><updated>2010-01-13T13:09:32.997+01:00</updated><title type='text'>Daggerspawn - Suffering Upon The Throne Of Depravity</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S023-HI3_hI/AAAAAAAAAIU/wQPG7IzNfm8/s1600-h/daggerspawn_suffering.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S023-HI3_hI/AAAAAAAAAIU/wQPG7IzNfm8/s200/daggerspawn_suffering.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5426195403747360274" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Gdy pierwszy raz usłyszałem dźwięki płynące z tego albumu, od razu wyrobiłem sobie o nim zdanie, a dłuższe jego studiowanie tylko mnie w tym umocniło. Pierwsza płyta tego serbskiego zespołu jest mniej więcej zlepkiem tego, co w death metalu najlepsze, ale niestety nie znaczy to, że jest to takie dobre. A dlaczego?&lt;br /&gt; „And the Slumber Ends”, intro rozpoczynające ten krążek, jest niczym ciekawym, miksem kilku dźwięków, które gdyby trwały dłużej, strasznie by wnerwiały. Następnie  mamy „Awakening” i już tutaj słychać, z czego czerpali panowie z Daggerspawn. A konkretnie mamy tu europejską szkolę grania z lekkim ukłonem w stronę Ameryki.&lt;br /&gt; Te amerykańskie wpływy słychać najbardziej w „I am the Thousand Plagues” i  „In the Bane and Enlightment of Man”. W tym drugim szczególnie przebija się styl Morbid Angel. Jak już grać to grać jak najlepsi, co nie? &lt;br /&gt; Oczywiście to nijak wpływa na jakoś i formę tej płyty. Pomijając brzmienie, które jest niczego sobie, to nic innego mnie nie zaciekawiło, oczarowało...no może oprócz tytułu - „Suffering Upon The Throne Of Depravity” (dłuższego nie było?). &lt;br /&gt; Całości się w sumie fajnie słucha, ale gdybym miał za parę dni powiedzieć, czy cokolwiek zapamiętałem z tych numerów, to ciężko by było... Nawet mały bonus w postaci trzech songów tutaj zamieszczonych w wersji live nie kręci mnie zbytnio. Dzięki temu całość trwa aż 35 minut. Czy to plus? Chyba nie.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-1712023736123293006?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/1712023736123293006/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/01/daggerspawn-suffering-upon-throne-of.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/1712023736123293006'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/1712023736123293006'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/01/daggerspawn-suffering-upon-throne-of.html' title='Daggerspawn - Suffering Upon The Throne Of Depravity'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S023-HI3_hI/AAAAAAAAAIU/wQPG7IzNfm8/s72-c/daggerspawn_suffering.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-9194728370796694371</id><published>2010-01-13T01:41:00.001+01:00</published><updated>2010-01-13T01:44:43.787+01:00</updated><title type='text'>Moonspell – Irreligious</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S00Xd-VwWGI/AAAAAAAAAIM/W-aIt-JO3-g/s1600-h/258.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S00Xd-VwWGI/AAAAAAAAAIM/W-aIt-JO3-g/s200/258.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5426018929769207906" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Niewiele jest płyt, które chciałoby się zabrać ze sobą w zaświaty. Z biegiem lat liczba takowych dla mnie malała. Teraz mogę policzyć je na palcach jednej dłoni, a cała reszta po prostu ginie w potoku czasu. Jednym z tych niewielu jest drugi album portugalskiej grupy Moonspell o tytule „Irreligious”. &lt;br /&gt; Szczerze, to do opisania tego dzieła brak mi słów. Nigdy wcześniej ani nigdy później żadna płyta o klimacie gotyckim, lub pseudogotyckim nie zrobiła na mnie takiego wrażenia. Tak samo nigdy Moonspell nie nagrał już niczego dorównującego temu albumowi, choć się starali, szczególnie ostatnio, ale niestety, współcześnie postawili raczej na szybkość i brutalność.&lt;br /&gt; O tym genialnym krążku można by napisać książkę... Zaczyna się „perwersyjnie” dźwiękami dzwonu i odgłosami wzdychania . Kiedy wchodzą klawisze i chóry atmosfera gęstnieje niczym w starożytnej świątyni. To dopiero intro, a już omotało mnie na całego. Następny numer atakuje melodyjnym riffem. „Opium” jest muzyczną pochwałą tego tytułowego narkotyku. Wystarczy raz przesłuchać, aby od razu poczuć dymno-narkotyczną zawiesinę.&lt;br /&gt; Pierwsze pięć utworów są ze sobą połączone i szczerze to zawsze brałem je jako jeden cudownie klimatyczny kawałek. Oprócz intra i ww. „Opium” są to „Awake”, „For A Taste Of Eternity” i „Ruin &amp; Misery”. Każdy z osobna świetny, razem nie do opisania. &lt;br /&gt; Wymienię jeszcze parę perełek tego krążka, w sumie będą to trzy ostatnie kawałki. Pierwszy śmiertelnie poetyczny, niczym piekielna kołysanka – „Mephisto”. Drugi „Herr Spiegelmann” zaczynający się odgłosami z cyrku, by dosłownie po chwili przemienić się w jedną z erotyczno-romantycznych pieśni, jakie tutaj można usłyszeć. „Look Me in the eyes and drown...” I wszystko jasne… I tak doszedłem do ostatniej sztuki - „Full Moon Madness”. Wycie wilków, klimatyczne riffy, płynące klawisze, opowiadające historie z najczarniejszych marzeń, jakie mogły zagościć w umyśle człowieka – historie nieśmiertelności.  Przeklętej nieśmiertelności … &lt;br /&gt; Uczucia, jakie można doznać słuchając dźwięków „Irreligious, są nie do opisania. Sami to sprawdźcie jeżeli tylko chcecie i tego nie znacie. A może w przyszłości sami nie będziecie się mogli obejść bez niej tak jak i ja…&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-9194728370796694371?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/9194728370796694371/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/01/moonspell-irreligious.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/9194728370796694371'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/9194728370796694371'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/01/moonspell-irreligious.html' title='Moonspell – Irreligious'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S00Xd-VwWGI/AAAAAAAAAIM/W-aIt-JO3-g/s72-c/258.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-5624003896509128030</id><published>2010-01-03T22:05:00.001+01:00</published><updated>2010-01-03T22:07:10.123+01:00</updated><title type='text'>Anathema - A Fine Day to Exit</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S0EG8287ELI/AAAAAAAAAIE/3cQEVRblRmA/s1600-h/A+Fine+Day+to+Exit.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 199px; height: 200px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S0EG8287ELI/AAAAAAAAAIE/3cQEVRblRmA/s200/A+Fine+Day+to+Exit.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5422623068943749298" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Kiedy Anathema przestała mieć cokolwiek wspólnego z metalem? Zmiana była prawie nie zauważona. Na szóstej już płycie o tytule „A Fine Day to Exit” po ciężkim brzmieniu nie pozostało ani śladu. Dla przeciętnego słuchacza muzyka zawarta na tym albumie nie różniła by się zbytnio od Radiohead, albo od innych trochę bardziej ambitnych brytyjskich zespołów grających alternatywnego rocka.&lt;br /&gt; Długo zajęło mi przyzwyczajenie się do tego nowego oblicza Anathemy. Pomógł mi w tym klimat, gdyż co jak co, ale ta część muzyki tworzonej głównie przez braci Cavanagh zawsze była na wysokim poziomie. I tak już w utworze „Release” akustyczna gitara wygrywa melodie z cudownym klimatem. Do tego w tle senne klawisze, nadające wszystkiemu atmosferę pustynnego wiatru, leciutko wiejącego do przodu. &lt;br /&gt; Najdłużej przekonywałem się do „Underworld”, a polubiłem go dopiero wtedy, kiedy czekałem na lot do naszego kraju. Wtedy przyszedł do mnie, w całej swej okazałości. Wcześniej były inne... „Leave No Trace”,  najwspanialszy numer jaki napisał Vincent. Muzycznie żadna rewolucja, ale z tekstem ma to duszę... Jest to niczym esencja życia, która błaga, by jej nie zmarnować. &lt;br /&gt; Kolejne są jeszcze lepsze. „Barriers” jest następnym kawałkiem w historii zaśpiewanym przez Danny'ego wspólnie z Lee. Piękna balladka opowiadająca o murach w naszej egzystencji. Im bardziej pragniemy krzyczeć, tym mniej nas słychać za barier naszej świadomości... Wtedy albo umieramy wewnątrz siebie, albo próbujemy ratować to, co zostało. Tak właśnie jest w utworze „Panic”. To najdziwniejsza kompozycja, jaka wyszła pod szyldem tej grupy. Szybka i szaleńcza, bez opamiętania.  &lt;br /&gt; Kiedy wasz odtwarzacz dojdzie do przedostatniego, tytułowego numeru, będziecie już wiedzieć, dlaczego tak opuszczona jest okładka tego krążka. Zacytuje tutaj tylko fragment tekstu, na pewno zrozumiecie o co w nim chodzi: „I got to believe when I say only this is the way”. &lt;br /&gt; Czy po śmierci nie ma nic? O tym przekona się każdy z nas. A jeżeli coś tam jest, to jak to będzie nie żyć, a jednak żyć? Jedno jest pewne, na pewno będzie tam spokój. Tak jak w „Temporary Peace”, kiedy fale ponoszą dźwięki w dal, za horyzont. Jeżeli już szukacie tego spokoju, znajdziecie go tutaj, ale będzie on tylko tymczasowy. Tak jak wszystko... Przypływa i odpływa... Jak sen... jak nasze życia...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-5624003896509128030?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/5624003896509128030/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/01/anathema-fine-day-to-exit.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/5624003896509128030'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/5624003896509128030'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2010/01/anathema-fine-day-to-exit.html' title='Anathema - A Fine Day to Exit'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/S0EG8287ELI/AAAAAAAAAIE/3cQEVRblRmA/s72-c/A+Fine+Day+to+Exit.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-5959949526715256063</id><published>2009-12-31T00:35:00.002+01:00</published><updated>2010-01-03T20:06:48.171+01:00</updated><title type='text'>Morbid Angel - Gateways To Annihilation</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/Szvj-L6-wCI/AAAAAAAAAH8/wcSYE5jbW0k/s1600-h/324.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/Szvj-L6-wCI/AAAAAAAAAH8/wcSYE5jbW0k/s200/324.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5421177233962090530" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Ostatnimi czasy dostałem muzycznej sraczki z powodu nowych badziewnych rzeczy, które wyszły w minionych latach. Miałem dość słuchania i pisania o słabej muzie. Zapragnąłem więc wrócić, cofnąć się trochę w czasie, wydobyć coś dobrego z otchłani przeszłości. Tak to sięgnąłem po szósty album w dorobku amerykańskiej formacji Morbid Angel. „Gateways To Annihilation” był dla mnie wybawieniem...&lt;br /&gt; Od samego początku, kiedy tylko rozbrzmiały dźwięki „Kawazu” szyderczy uśmiech zagościł znów na moich ustach. Gdy szaleńcze brzęczenie owadów wszechświata przeszło w gitarowe riffy „Summoning Redemption”, ja już klękałem na kolanach w geście hołdu. Tak się powinno grać!!! To jest muzyka płynąca z czystej, szaleńczej miłości do czarnej, śmiercionośnej muzyki i każda nuta, każdy dźwięk obwieszcza to wszem i wobec.&lt;br /&gt; Płyta ta to niejako powrót. Powrót do czasów świetności Morbidów (świetności, która nigdy nie upadła) z czasów „Covenant”. Między tą szóstą, a trzecia płytą, też można było znaleźć dużo ciekawych, piorunujących numerów, ale dopiero ten krążek potwierdził wielką prawdę – Morbid Angel jest wielki! &lt;br /&gt; Ale też i zaskakujący... Utwory znajdujące się na tym wydawnictwie nie są tak szybkie, jak na poprzednim albumie, ale raczej osadzone w średnich tempach, gdzie króluje podwójna stopa, a nie mordercze blasty. Przecież to nic nowego, tak właśnie powinien brzmieć prawdziwy death metal, huragany stóp, a nie chaos werbla. Świetnym na to przykładem jest „He Who Sleeps” albo „At One With Nothing”. Obydwa w niesamowitym klimacie, gdzie ciężar bierze górę nad wszystkim. Walce posuwające się wolno do przodu, nie pozostawiające niczego za sobą. Ale oczywiście są tu też ciekawe szybsze numery, tak jak „I” lub „Ageless, Still I Am”. &lt;br /&gt; Ciekawostką ze wszystkich jedenastu kawałków jest „Secured Limitations”, gdzie Trey Azagthoth oprócz swej gry na gitarze atakuje nas swym niesamowitym wokalem. Porównując jego wrzaski do growlingu Tuckera, Trey wypada niesamowicie diabelsko, aż żal bierze, że tylko tutaj postanowił pokazać, na co go stać.&lt;br /&gt; Wydawnictwo to nie jest może rewolucyjne w historii tego zespołu, ale na pewno wpłynęło na wiele innych w tym naszego rodzimego Behemotha. Posłuchajcie jak brzmiał przez 2000 rokiem, a jak później, kiedy „Gateways…” wyszło na światło dnia…&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-5959949526715256063?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/5959949526715256063/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2009/12/morbid-angel-gateways-to-annihilation.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/5959949526715256063'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/5959949526715256063'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2009/12/morbid-angel-gateways-to-annihilation.html' title='Morbid Angel - Gateways To Annihilation'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/Szvj-L6-wCI/AAAAAAAAAH8/wcSYE5jbW0k/s72-c/324.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-2936295832427452212</id><published>2009-12-28T21:52:00.001+01:00</published><updated>2009-12-28T21:54:14.360+01:00</updated><title type='text'>Anathema – Judgement</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/Szka79uMlNI/AAAAAAAAAH0/-B8mUNfkUc8/s1600-h/judgement.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/Szka79uMlNI/AAAAAAAAAH0/-B8mUNfkUc8/s200/judgement.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5420393244000031954" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;„Judgement” - piąta płyta w dorobku Anglików z Anathemy, jest wyznacznikiem nowej drogi w stylu zespołu. Po porzuceniu metalu, przyszedł czas na gothic, i na nowe danie – atmosferyczny rock. Pierwszym mym krokiem w poznaniu dźwięków „Wyroku” był utwór „Deep”, który znalazł się na składance, bodajże Metal Hammera. Oczarował mnie od samego początku, na bardzo długo został mym ulubieńcem. Głównie przez klimat... Leciutki paraliż na klawisze w tle, melodyjne gitary, pełen emocji śpiew Vincenta no i oczywiście tekst. To wszystko tworzy „głęboko” uczuciową pieśń. &lt;br /&gt; Na tej płycie powrócił John Douglas, by znów wybijać rytmy w swym starym zespole. Ale tym razem nie był sam... przytargał ze sobą siostrę Lee. Aż w dwóch utworach możemy usłyszeć jej cudowny głos, a są to „Don't Look Too Far” i „Parisienne Moonlight”. W tym drugim zaśpiewała wespół z Dannym, a był to jego dziewiczy wyczyn wokalny. Z tego tandemu, muszę przyznać wyszła bardzo przyjemna balladka, pełna smutku, łez, uczuć, do których tylko nieliczni są zdolni. A wszystko to w akompaniamencie fortepianu i gitary akustycznej. &lt;br /&gt; No, ale jak już o balladach mowa, to muszę jeszcze wymienić chyba najbardziej znaną w dorobku tej grupy - „One Last Goodbye”. Powstała ona, tak jak cały album dla zmarłej matki braci Cavanagh. W niej to cały żal, samotność, stratę, wszystkie te emocje towarzyszące utracie kogoś bliskiego skrystalizowały się w dźwięki. Jeżeli wczujemy się w muzykę dobywającą się z głębi, to naprawdę możemy to poczuć ... „I still feel the pain, I still feel your love” ....&lt;br /&gt; Moimi ulubieńcami są również tytułowy „Judgement” i „Wings of God”. Ten pierwszy, na początku niczym lekki wiatr, kończy się jak huragan. Drugi jest ucieczką wewnątrz siebie, do krain świadomości, gdzie każdy z nas może znaleźć swego „boga”, albo szaleństwo. &lt;br /&gt; Każdy z reszty utworów jest swoistą historią, którą można kontemplować osobno lub jako całość. Pomimo zmiany w stylu Anathema pozostała zespołem tworzącym muzykę o nacisku emocjonalnym. Ładunek zawarty w „Judgement”, jak to bywało na wcześniejszych płytach jest ogromny i jedyne, co pozostało każdemu z nas, to kontemplacja jego zawartości.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-2936295832427452212?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/2936295832427452212/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2009/12/anathema-judgement.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/2936295832427452212'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/2936295832427452212'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2009/12/anathema-judgement.html' title='Anathema – Judgement'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/Szka79uMlNI/AAAAAAAAAH0/-B8mUNfkUc8/s72-c/judgement.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-4526948434685051811</id><published>2009-12-19T19:32:00.002+01:00</published><updated>2010-01-03T14:30:41.077+01:00</updated><title type='text'>Funeral - As the Light Does the Shadow</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/Sy0cfIiD29I/AAAAAAAAAHs/zJCMoZjqN14/s1600-h/208032.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/Sy0cfIiD29I/AAAAAAAAAHs/zJCMoZjqN14/s200/208032.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5417017247988440018" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Oto przed wami recenzja kolejnego death/doom albumu. Tym razem jest to ostatnia płyta zespołu Funeral z Norwegii. Pewnie ci z was, co żyją dla tego dołującego gatunku wiedzą, że grupa ta jest jedną z prekursorów funeral doomu. Ale to już przeszłość, teraz Funeral, choć nadal są ciężcy i wolni do granic możliwości, to mieszają ten styl z pięknymi melodiami i klimatem symfonii.&lt;br /&gt; Ich piąta w dorobku płyta nosi nazwę „As the Light Does the Shadow” i jest to jedno z lepszych dzieł 2008 roku, kiedy to wyszła na świat. Muzyka ukrywająca się pod tym tytułem jest ciężka w odbiorze. Po pierwsze przez wokal. Nie znajdziecie tu growlu, jak to bywa w tego typu wydawnictwach. Panowie dawno już zaniechali ten charakterystyczny dla tego stylu „śpiew”. Za to mamy tu monotonne zawodzenie, niby mnicha, który stracił swoja wiarę i łkając wzywa swojego stworzyciela, by zabrał jego dusze, rzucił ją w ciemność. I choć nie jestem i raczej nie zostanę fanem wokalu Frode Forsmo to ostatni utwór „Fallen One” zrobił na mnie nie lada wrażenie. Pieśń ta wyrwała się niby z średniowiecznego klasztoru. I tutaj, tak jak napisałem wyżej, mnisi a cappella zawodząc śpiewają hymn pochwalny dla upadłego oddając mu wszystko to, co mają - „Take my heart and eat it warm”. Niesamowity klimat, smutek, osamotnienie, ale też i szaleństwo wypływają z tego kawałka w postaci najcudowniejszego instrumentu na ziemi – ludzkiego głosu. &lt;br /&gt; Po drugie... Dźwięki tego krążka nie należą do miłych rzeczy; są to dołujące, depresyjne stany muzycznej świadomości z ciężkim mięsistym brzmieniem, wbijającym w ziemię z siłą młota. Nie dziwię się już, że Funeral nazywany jest najsmutniejszym zespołem świata. Samobójcze emocje wylewają się z ich ostatniego krążka i zakażają każdą podatną na takie emocje dusze. A nad wszystkim panuje prawie nieprzerwanie, symfonia stworzona przez Jona Borgerud, sesyjnego klawiszowca. Ten pan dokonał genialnych rzeczy, nie do opisania, to po prostu trzeba usłyszeć. &lt;br /&gt; Wrócę jeszcze do wokalu, gdyż na płycie pojawia się gość w postaci Roberta Lowe wokalisty Candlemass i Solitude Aeternus. Możemy usłyszeć go w „In the Fathoms of Wit and Reason”. Dzięki jego wyczynom, numer ten brzmi bardzo klasycznie, jakby wyrwał się z początków tego gatunku.&lt;br /&gt; Podsumowując, nie znajdziecie tu cukierkowatych melodyjek, tylko smutek i śmierć podążającą krok za krokiem z każdym dźwiękiem. To muzyka dla mizantropów, zamkniętych w wewnętrznej skorupie świadomości. Jeżeli jesteś jednym z nich, to coś dla ciebie…&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-4526948434685051811?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/4526948434685051811/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2009/12/funeral-as-light-does-shadow.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/4526948434685051811'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/4526948434685051811'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2009/12/funeral-as-light-does-shadow.html' title='Funeral - As the Light Does the Shadow'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/Sy0cfIiD29I/AAAAAAAAAHs/zJCMoZjqN14/s72-c/208032.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-6667860603303778984</id><published>2009-12-19T19:16:00.002+01:00</published><updated>2010-01-03T14:28:07.216+01:00</updated><title type='text'>Napalm Death - Harmony Corruption</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/Sy0YsLhJDHI/AAAAAAAAAHk/jE-d9MEIogQ/s1600-h/955.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/Sy0YsLhJDHI/AAAAAAAAAHk/jE-d9MEIogQ/s200/955.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5417013074081680498" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;„Harmony Corruption” trzeci album sławnego w światku ekstremalnego grania Napalm Death, wyszedł na świat na początku sierpnia 1990 roku. Był to pierwszy krok tego zespołu w kierunku bardziej poukładanych death metalowych kompozycji.  Surowe angielskie brzmienie - ich wizytówka, zniknęło, by zostać zastąpionym zamerykanizowanym soundem. &lt;br /&gt;Głównym powodem tych modyfikacji były zmiany w składzie. Po odejściu Steera i Dorriana, do grupy dołączyli Jesse Pintado (ex Terrorizer) jako gitarzysta, oraz wokalista Mark „Barney” Greenway - tego możecie znać z pierwszej płyty Benediction. Można jeszcze dodać do tego miejsce nagrania albumu, a było to studio Morrisound. No i  wszystko już wiadomo. Grind corowa angielska legenda nagrała swoją płytę w Stanach Zjednoczonych i wyszedł z tego poprawny do granic możliwości death metal – nic dodać, nic ująć. &lt;br /&gt; W tamtych latach, kiedy styl ten nadal jeszcze się rozwijał, „Harmony Coruption” nie został przyjęty dość ciepło, choć jak okazało się po latach, zjawisko to miało miejsce tylko w Europie, w USA było wręcz odwrotnie. Ale skupmy się na płycie...&lt;br /&gt; Brzmienie, które wyszło spod palców Scotta Burnsa jest bardzo basowe, mięsiste, ale też lekko przytłumione. Porównując je do innych dzieł, które zostały nagrane na Florydzie tego roku to „Harmony...” wypada najgorzej. Dlaczego tak się stało? Tego pewnie się już nie dowiemy.&lt;br /&gt; Jedenaście utworów prawie klasycznego amerykańskiego grania i prawie ani grama grindu. Kompletny brak krótkich, paronastosekundowych utworów, tak charakterystycznych dla początków tej formacji. Mamy za to rozbudowane, blastujące, bardziej rytmiczne death pieśni. Tak krótko można opisać muzykę tego krążka. I choć niekiedy można go przesłuchać, to niestety ginie on w morzu perełek tamtych czasów. &lt;br /&gt; Ciekawostką tego wydawnictwa, bardzo małą zresztą, jest gościnne wystąpienie dwóch znanych krzykaczy. Glen Benton z Deicide i John Tardy z Obituary wspomogli Barney'a w utworze „Unfit Earth”, ale były to zaledwie epizody, nic wielkiego. I tak też bym podsumował ten krążek – nawet niezły, prawidłowy, no ale chyba to za mało. Konkretów tu nie znajdziecie…&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-6667860603303778984?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/6667860603303778984/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2009/12/napalm-death-harmony-corruption.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/6667860603303778984'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/6667860603303778984'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2009/12/napalm-death-harmony-corruption.html' title='Napalm Death - Harmony Corruption'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/Sy0YsLhJDHI/AAAAAAAAAHk/jE-d9MEIogQ/s72-c/955.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-6489986536038947479</id><published>2009-12-15T00:25:00.001+01:00</published><updated>2009-12-15T00:29:00.041+01:00</updated><title type='text'>Elliott Smith – X0</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/SybKNqQjr8I/AAAAAAAAAHc/WpQYFq1HC_k/s1600-h/elliott-smith-xo.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/SybKNqQjr8I/AAAAAAAAAHc/WpQYFq1HC_k/s200/elliott-smith-xo.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5415237937990447042" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Elliott Smith był amerykańskim kompozytorem, pisarzem tekstów, ale przede wszystkim muzykiem. Jego upodobania artystyczne kręciły się wokół szeroko pojętego akustycznego rocka. Wpływy indie rocka, alternatywy, ale też folku oraz muzyki lat 60-tych były również bardzo słyszalne w jego aranżacjach. &lt;br /&gt; Czwarty album pod tytułem „XO” klimatycznie jest osadzony w latach świetności kwartetu The Beatles, co słychać prawie w każdym kawałku. Faktem jest, że jest to oczywiście odrestaurowane brzmienie, ale konstrukcje utworów, sposób śpiewania, melodie, dosłownie wszystko jest skopiowane z tamtych lat. Najbardziej słychać to w numerze „Baby Britan”, i chyba nie muszę pisać dlaczego, bo tytuł mówi sam za siebie. Jednocześnie jest to jeden z dwóch singli promujących tą płytę. &lt;br /&gt; Wyszła ona już jakiś czas temu, gdyż było to w 1998 roku. Wtedy też mniej więcej usłyszałem o tym muzyku. Przez przypadek, szukając numerów Nicka Drake, trafiłem na tego pana. I tak zaczęła się moja przygoda z tym artystą. Ale wracając do krążka... Czternaście piosenek tutaj zamieszczonych nie różni się za bardzo od siebie, no chyba, że niuansami typu balladka bez perkusji, lub troszeczkę szybsza balladka z  perkusją. Różnica objawia się również w klimacie, raz mamy typowo amerykańskie folkowo-alternatywne numery jak na przykład tytułowy „Waltz #2 (XO)” (drugi singiel), gdzie pojawia się fortepian, albo „Independence Day”. Tych z zabarwieniem brytyjskim też jest trochę. Wcześniej wspomniany przeze mnie „Baby Britan”, „Pitseleh”, „Tomorrow Tomorrow” i inne. Ogólnie rzecz biorąc, Elliott Smith nagrywając „XO” nie wniósł nic nowego do takiego a nie innego stylu muzyki, więc na pewno nie znajdziecie tu prekursorskich, nowych ścieżek. &lt;br /&gt; Ogólnie jest to płyta dla fanów Simon and Garfunkel, wspomnianego wyżej kwartetu czy też Boba Dylana. Dla mnie to tylko ciekawostka, tak na chwilę, kiedy nie mam ochoty na nic ciężkiego, pokręconego, na nic zaprzątającego uwagi. Kiedy moje myśli są czyste i chcę, by tak zostało, wtedy taka muzyka sprawdza się najbardziej. Ale jakże rzadko mam takie chwile...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-6489986536038947479?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/6489986536038947479/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2009/12/elliott-smith-x0.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/6489986536038947479'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/6489986536038947479'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2009/12/elliott-smith-x0.html' title='Elliott Smith – X0'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/SybKNqQjr8I/AAAAAAAAAHc/WpQYFq1HC_k/s72-c/elliott-smith-xo.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-3069321752187892990</id><published>2009-12-13T22:29:00.001+01:00</published><updated>2009-12-13T22:34:36.970+01:00</updated><title type='text'>M83 - Saturdays = Youth</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/SyVd0wIWJEI/AAAAAAAAAHU/q4upm5HK1gE/s1600-h/saturdays.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/SyVd0wIWJEI/AAAAAAAAAHU/q4upm5HK1gE/s200/saturdays.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5414837287837377602" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Zacznę od słów: już dawno nie słyszałem tak dobrego albumu! Wydany w 2008 roku „Saturdays = Youth” piąta płyta formacji M83 to prawdziwe dzieło muzycznej sztuki.  Założyciel i główny kompozytor Anthony Gonzales dokonał czegoś niemożliwego, zwrócił moją uwagę na siebie, co nie często się zdarza. &lt;br /&gt; To, co serwuje nam ten projekt można nazwać muzyką elektroniczną z wpływami rocka. Bliżej jest to tzw. shoegaze, czyli mamy tu trochę rocka alternatywnego, indie rocka i dream popu. To tyle jeżeli chodzi o styl tej wspaniałej muzyki. &lt;br /&gt; A co do samej muzyki to można powiedzieć, że jest marzeniem sennym, spełniającym się na jawie. Od samego początku krążek ten roztacza przed nami cudowne wizje. Dźwięki fortepianu i klawisz w „You, Appearing” są tego dowodem. Tworzą coś na kształt roztaczającego się wokół nas muzycznego morza, gdzie płyniemy w poszukiwaniu nowych dźwięków. Ale już kolejny trochę schodzi z obranego kursu, co wcale nie jest minusem. „ Kim &amp; Jessie” to przebojowy numer z chwytliwym refrenem. Przypomina mi on muzykę z lat 80-tych, tylko oczywiście w odrestaurowanym brzmieniu. Nie tylko ten utwór jest taki, ducha tamtych lat znajdziemy jeszcze na „Graveyard Girl”, “Up!” i „We Own the Sky”.&lt;br /&gt; Moim faworytem, utworem, który przesłuchałem już dziesiątki razy jest „Skin of the Night”, gdzie możemy usłyszeć (oczywiście nie tylko) Morgan Kibby. Jej wokal, niczym szept brzmi niesamowicie na tle płynących dźwięków. To jeden z tych numerów, od których nie można się oderwać. Wchodzi głęboko w świadomość, roztacza wspaniałe wizje. Przeszłość... Przyszłość... Wszystko splata w jedno. Pokochałem go od pierwszego razu, a to rzadko się zdarza.&lt;br /&gt; Napomknę jeszcze o dwóch numerach. Mianowicie o „Couleurs”. To prawdziwy synth pop z disco beatem i oczywiście doskonałym klimatem klawiszy w tle, oraz o ostatnim „Midnight Souls Still Remain”. Ten to akurat najdłuższa sztuka całego krążka. Przypomina trochę dokonania Sigur Rós. Minimalizm dźwięków, ciągle powtarzane sekwencje i klimat, prawie że ambientowy... Wspaniale zakańcza to wydawnictwo. &lt;br /&gt; „Saturdays = Youth” powinien znaleźć się w kolekcji każdego fana dobrej muzyki. Gdyż jestem pewien, że każdy odkryje jego piękno, indywidualnie dla siebie i straci nie jedną godzinę na eksplorowaniu jego muzycznych krain. Do zobaczenia po drugiej stronie...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-3069321752187892990?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/3069321752187892990/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2009/12/m83-saturdays-youth.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/3069321752187892990'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/3069321752187892990'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2009/12/m83-saturdays-youth.html' title='M83 - Saturdays = Youth'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/SyVd0wIWJEI/AAAAAAAAAHU/q4upm5HK1gE/s72-c/saturdays.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-6044765823782236340</id><published>2009-12-13T22:24:00.001+01:00</published><updated>2009-12-13T22:29:10.848+01:00</updated><title type='text'>Frozenpath - Apocalyptic Winter</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/SyVccTBfdZI/AAAAAAAAAHM/WdsK9Odb-j8/s1600-h/1243357326_2c98aedd50f049dbaab8cb21145.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 199px; height: 200px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/SyVccTBfdZI/AAAAAAAAAHM/WdsK9Odb-j8/s200/1243357326_2c98aedd50f049dbaab8cb21145.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5414835768195511698" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Kolebką black metalu jest północ, każdy o tym wie. Ale zdarza się, że od czasu do czasu z otchłani nicości zaatakuje nas zespół, który nic a nic z północą nie ma wspólnego. Frozenpath jest tego żywym dowodem. Grupa ta powstała w RPA.  Było to niedawno, bo w 2007 roku, ale już udało się im wydać swoje pierwsze dziecko. A zrobiło to dwóch ludzi o pseudonimach Vinter i Mortem. &lt;br /&gt; „Apocalyptic Winter” to dziewięć numerów symphonic/black metalu, ale nie takiego, do jak jesteśmy przyzwyczajeni przez skandynawskie zespoły. Jedno jest jednak pewne, a mianowicie to, że to one były inspiracją do napisania tego materiału. Jaka jest więc różnica między nimi? Taka, że nie usłyszycie tu super prędkości w postaci hyperblastów. Nie ma w tym też ścian dźwięku, jak to bywa w typowych blackowych zespołach. Mamy tu za to klimatyczną czarną muzę, z mnóstwem klawiszy, tworzących zimny klimat, a wszystko to w minimalistycznym wydaniu. Choć pochodzą oni z ciepłego kontynentu, gdzie nie doświadcza się raczej ekstremalnie minusowych temperatur, to panowie z Frozenpath wiedzą, co to znaczy chłód i mróz. &lt;br /&gt; Wystarczy usłyszeć takie numery jak „The Legend of Winter”, albo instrumentalny „Walk the Path” czy też „Frozenpath” by poczuć tchnienie zimy. Szczególnie w tym drugim... Zaczyna się on odgłosami szalejącej zamieci, by po chwili zamienić się w symfoniczny utwór, któremu przewodzi fortepian. Ale to nic w porównaniu z „2012: A New Day of Empery” mój osobisty faworyt. Uwielbiam atmosferę, jaką roztacza - apokaliptyczna zima. Tu ją czuć…&lt;br /&gt; Ciekawostką tego krążka jest brzmienie. Ma ono swoje plusy, ale niestety także i minusy. Plus to surowość materiału, przez co jest jeszcze bardziej zimny i czarny.  Minusem niestety są gitary, ledwo co się przebijają przez klawisze i wokal. Poza tym perkusja brzmi jak automat, choć podobno jest to żywy instrument. &lt;br /&gt; Jak na muzę z czarnego lądu jest naprawdę bardzo dobrze. Scena tego gatunku dopiero co się tam rodzi, kapele, które tam istnieją można by policzyć na palcach dwóch dłoni. Jeżeli jednak są tak dobre jak Frozenpath, to czekam z niecierpliwością na kolejne wydawnictwa.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-6044765823782236340?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/6044765823782236340/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2009/12/frozenpath-apocalyptic-winter.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/6044765823782236340'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/6044765823782236340'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2009/12/frozenpath-apocalyptic-winter.html' title='Frozenpath - Apocalyptic Winter'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/SyVccTBfdZI/AAAAAAAAAHM/WdsK9Odb-j8/s72-c/1243357326_2c98aedd50f049dbaab8cb21145.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-2070103615316325711</id><published>2009-12-13T22:22:00.001+01:00</published><updated>2009-12-13T22:24:21.853+01:00</updated><title type='text'>Anathema - Alternative 4</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/SyVbgq7wXVI/AAAAAAAAAHE/FLp_GCEApY0/s1600-h/d79fad40fc4026548a74ad86453.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/SyVbgq7wXVI/AAAAAAAAAHE/FLp_GCEApY0/s200/d79fad40fc4026548a74ad86453.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5414834743821753682" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Spędziłem przy tej płycie setki godzin, jeżeli nie tysiące. Poznałem ją z każdej możliwej strony. Ale nawet po latach i tak potrafi mnie czymś zaskoczyć, wystarczy tylko dobrze się wsłuchać, bowiem jej historia jest wielowymiarowa, zaczynając od okładki, niby tak prosta, ale jednak z zamglonym tajemniczym przesłaniem. Białe tło, na nim skrzydła, które wydają się wcale nie przylegać do posągu Maryi, która zamiast twarzy ma zdjęcie, na którym Neil Armstrong stawia pierwsze kroki na księżycu. Kiedyś zastanawiałem się nad nią i wydaje mi się, że słowa Duncana Patersona „Visions from a dying brain I hope you don't understand” z utworu „Shroud of False” mówią nam wszystko to, co powinniśmy wiedzieć... A może prawda jest całkiem inna...&lt;br /&gt; A co do muzyki... Wątpię, by znalazł się ktoś, kto przeszedłby obok niej kompletnie obojętnie. Jest magnetyczna, przyciąga uwagę słuchacza i trzyma w ryzach mocno. Dużą zasługą tego są kompozycje Duncana. „Lost Control”, utwór powstały na szkielecie trzech dźwięków. Minimalizm, smutek, samotność i szaleństwo w jednym wyciekają z niego hektolitrami. A tytułowy „Alternative 4” to najbardziej złowieszczy kawałek w historii tego pana, i tego zespołu. Nie chcę nawet wiedzieć, o czym myślał Duncan pisząc go. Wiem za to jedno, uważajcie z tą muzyką, bo otwarcie się na nią może spowodować tylko jedno: „I've opened my mind and darkened my entire life”. &lt;br /&gt; Ale nie tylko Duncan stworzył ten album, dużą rolę odegrał w nim również Danny Cavanagh. On to napisał, sztandarowy kawałek tej płyty, prawie zawsze otwierający ich koncerty, mowa o „Fragile Dreams”. Przez lata ciągle zmieniała się rzecz, która czyniła go jednym z moich ulubionych momentów tego krążka. Ale już od dawna stanęło na linii basu. Choć ten numer stworzył Danny, to Duncan nadał mu niesamowitej głębi, szczególnie w czasie zwrotek.&lt;br /&gt;Kolejnym niesamowitym dziełem Danny'ego jest „Inner Silence”. To trochę ponad trzy minuty romantyczno-tęsknącej muzyki, zaczynającej się od wstępu na fortepian. Nigdy wcześniej ani później żaden utwór nie wzbudził we mnie takich uczuć. Ten tekst, pełen emocji śpiew Vincenta, solówka i uderzenia stopy imitujące uderzenia serca... To wszystko tworzy obraz, który ima się wszelkim opisom. To trzeba poczuć.&lt;br /&gt; Ale też i Vincent dorzucił swoje trzy grosze, nagrywając „Re-Connect” najbardziej żywy, ale też i najbardziej szalony numer na płycie. Również perkusista Shaun Steels , który zagrał w Anathemie tylko na tym albumie zrobił to genialnie i dzięki niemu koło tego dzieła się zamyka... i otwiera dla każdego z nas, pragnących nowych emocjonalnych wstrząsów. &lt;br /&gt; Zakończę chyba już tę recenzję, gdyż wyjdzie (jeżeli już nie wyszła) z tego pochwalna pieśń, a nie o to mi chodziło. Uwierzcie, mógłbym tak jeszcze długo opisywać każdy, choćby najmniejszy akcent, jaki udało mi się wychwycić w czasie słuchania tych dźwięków. Niech każdy z was po przeczytaniu tych słów sięgnie po nią (jeśli jeszcze tego nie zrobił) i da jej szansę, a przekonacie się, ta muzyka to coś wielkiego!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-2070103615316325711?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/2070103615316325711/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2009/12/anathema-alternative-4.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/2070103615316325711'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/2070103615316325711'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2009/12/anathema-alternative-4.html' title='Anathema - Alternative 4'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/SyVbgq7wXVI/AAAAAAAAAHE/FLp_GCEApY0/s72-c/d79fad40fc4026548a74ad86453.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-1361144439404612548</id><published>2009-12-13T22:13:00.001+01:00</published><updated>2009-12-13T22:17:52.041+01:00</updated><title type='text'>Wine From Tears  - Through The Eyes Of A Mad</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/SyVZ-8FN_qI/AAAAAAAAAG8/m7ZwINbGLrk/s1600-h/bmm020.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/SyVZ-8FN_qI/AAAAAAAAAG8/m7ZwINbGLrk/s200/bmm020.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5414833064797666978" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Wiedząc, że to pierwsza płyta tej rosyjskiej formacji, uprzedzony myślałem, że przesłucham kilka razy, wysmażę recenzję i będę zadowolony z kolejnej dobrej roboty. Niestety, nie było to takie łatwe, szybkie i proste. Po kilku przesłuchaniach muzyka Wine From Tears zaczęła wywierać na mnie coraz większe wrażenie. Teraz sądzę, że ich debiut „Through The Eyes Of A Mad” to bardzo dobry death/doom metal. Chyba najlepszy z tego roku (na razie).&lt;br /&gt; Zawartość tego krążka to dwanaście utworów i na pewno nie są one w żaden sposób odkrywcze. Tu i ówdzie słychać wpływy największych tego gatunku, ale to w niczym nie przeszkadza, wręcz nadaje tej muzyce swojskości, więc każdy znający się na rzeczy słuchacz będzie się w tym czuł jak ryba w wodzie. &lt;br /&gt; Jak to bywa w tego typu muzyce szaleńczo wolne prędkości są sztandarem tego krążka, rozpoczynającego się od „Since I Fell...” na „My Tears” kończąc, ale to nie jest ostatni numer tej płyty. Na końcu mamy trochę coś innego. Utwór nazywa się „Meus Altius Pater Noster” i jest to gothicowo/blackowy twór zaśpiewany w rodzimym języku tej grupy. &lt;br /&gt; Jak napisałem wyżej, nie znajdziecie tu niczego nowego. Ich muzyka jest typowa, jak na ten styl, ale jednak z powiewem świeżości. Melodie rozwiewające się niczym tchnienie przeznaczenia, wprowadzają w stan melancholii, nostalgii, tęsknoty... tak jak powinno przecież być. Ale ostatnimi czasy większość tego typu wydawnictw ocieka słodko gównianym posmakiem kiczu, lecz nie to. &lt;br /&gt; Dlatego też nie ma tu słabych momentów, są tylko same dobre. Ale też i bardzo dobre i do tych zaliczę „Before the Gods”. Odstający nieco od reszty mięsożerny, agresywny kawał muzy, z potężnymi walcami riffów, ale również z partiami wolnymi, pełnymi ciekawych melodii. Drugim równie dobrym, lecz nieco innym jest „Feeding the Angel”. W nim zaśpiewała Elya Fatyhova, niestety tylko sesyjne, nie należy ona do składu Wine From Tears, a szkoda. Dzięki niej utwór ten jest jasną gwiazdą tego albumu. Ona to wzięła na siebie całość wokali, oprócz krótkiej wstawki growlu Alexeya Nesterova.&lt;br /&gt;Taka powinna być atmosfera prawdziwego doomu, a sądzę, że większość kapel grających ten styl w XXI wieku trochę zboczyła z drogi. Tworzenie klimatu śmierci i przeznaczenia w jedną, równorzędną całość rzadko teraz komu wychodzi. Rosjanom się udało i mam nadzieje, że to nie był wypadek przy pracy.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-1361144439404612548?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/1361144439404612548/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2009/12/wine-from-tears-through-eyes-of-mad.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/1361144439404612548'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/1361144439404612548'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2009/12/wine-from-tears-through-eyes-of-mad.html' title='Wine From Tears  - Through The Eyes Of A Mad'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/SyVZ-8FN_qI/AAAAAAAAAG8/m7ZwINbGLrk/s72-c/bmm020.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-2667768897896978994</id><published>2009-12-13T22:11:00.001+01:00</published><updated>2009-12-13T22:13:41.095+01:00</updated><title type='text'>Bathory – Octagon</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/SyVY-CVQyII/AAAAAAAAAG0/oyJM9PdG2fw/s1600-h/octagon.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 199px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/SyVY-CVQyII/AAAAAAAAAG0/oyJM9PdG2fw/s200/octagon.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5414831949784074370" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Minęło czternaście lat odkąd Tomas Forsberg wydał ósmą płytę pod szyldem Bathory. Po kilku zmianach stylu, od black metalu, poprzez viking i death metal „Octagon” to hołd nienawiści w retro thrashu. Quorthon przelał całą swoją złość, wściekłość, żale i inne tego typu emocje w dźwięki tego albumu. Żółć wylewa się z każdego riffu, każdego kawałka. Taką agresje można usłyszeć w muzyce punkowej i hard corowej i pewnie przez to czuć trochę również klimaty tych stylów. Objawia się to oczywiście też w tekstach, frazy takie jak „I am not no more a sinner or saint than fucking all of you”, „I want to kill you and share with you my pain” - mówią wszystko. &lt;br /&gt; Nienawiść słychać również w brzmieniu. Surowe, brudne, garażowe, rozcinające ciało, rzeźnickie do granic makabry. Jestem pewien, że większość z was właśnie przez to odrzuci ów krążek, gdyż zdaje sobie sprawę, że może ono być odebrane jako hałas pozbawiony słuchalności (mogłoby być lepsze, niestety jest tak, jak jest). Ale dla tych, którzy postarają wsłuchać się w całość, odkryją gniew w czystej postaci. &lt;br /&gt; Najagresywniejsze momenty i te najbardziej poukładane, gdyż przecież w przypływie pasji nikt nie panuje nad sobą, to „Born To Die”, gdzie początek lekko płynie by po chwili zamienić się w jeden z bardziej zabójczych riffów, jakie tu usłyszycie. I tak tnie nas on przez cały utwór, aż chce się krzyczeć „jeszcze”. Podobnie jest z następnym o nazwie „Psychopath”. Riffy miażdżą tu swoją ciężkością i bezkompromisowością, prują do przodu, by zniszczyć wszystko po drodze. Trochę spokojniejszym jest „Century”, ale to nic, gdyż głowa sama kiwa się do jego rytmu. Za to „33 Something” niszczy wszystko, co tylko napotka na drodze, a  Quorthon, choć jego wokal jest słaby na całej płycie, to tutaj wydziera Siudo granic swoich możliwości, prawie wypluwając gardło. W sumie to prawie każdy z jedenastu utworów jest taki sam, zero kompromisów, zajebiste thrash riffy i gniew. Odstaje tylko jeden „Deuce” gdyż jest to cover sławnej kapeli Kiss. Tutaj zagrany co najmniej poprawnie, ani źle, ani zaskakująco dobrze. Taka sobie ciekawostka. &lt;br /&gt; „Octagon” jest dla każdego, kto chciałby rozładować trochę negatywnej energii, skierowanej do bzdurnego świata w którym żyjemy. Ale ci, co kochają Bathory za „Under the Sign of the Black Mark”, albo za „Twilight of the Gods” niech szerokim łukiem obchodzą tę płytę, raczej nie przypadnie im do gustu.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-2667768897896978994?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/2667768897896978994/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2009/12/bathory-octagon.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/2667768897896978994'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/2667768897896978994'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2009/12/bathory-octagon.html' title='Bathory – Octagon'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/SyVY-CVQyII/AAAAAAAAAG0/oyJM9PdG2fw/s72-c/octagon.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-1657813362378906640</id><published>2009-12-07T23:13:00.002+01:00</published><updated>2009-12-07T23:14:41.814+01:00</updated><title type='text'>Deep Purple - Machine Head</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/Sx1-SZXETVI/AAAAAAAAAGs/6G532Jbz__g/s1600-h/3387.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/Sx1-SZXETVI/AAAAAAAAAGs/6G532Jbz__g/s200/3387.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5412621181679586642" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;W dzisiejszych czasach kiedy ktoś rzuci hasłem „Machine Head” to większość będzie to kojarzyć z amerykańskim post thrashowym zespołem. Ale pierwszymi, którzy użyli tej nazwy była grupa Deep Purple. Tak to nazywała się ich szósta płyta, przez większość z fanów uważana za najlepszą w ich dorobku. &lt;br /&gt; Album ten wyszedł w 1972 roku, kiedy to heavy metal dopiero co budził się do życia. Były to początki, więc siedem utworów, które znalazły się na tym wydawnictwie to w większość blues rockowe kompozycje, ale mamy też początki lekkiego heavy. Choćby w takim numerze jak „Highway Star”, najbardziej czadowym z wszystkich tu zamieszczonych. Nie mogę też nie wspomnieć o „Smoke on the Water”. To przecież utwór posiadający najbardziej rozpoznawalny riff na świecie. Każdy początkujący gitarzysta wcześniej czy później go zagra - takie jest niepisane prawo. Bardzo hard/heavy jest również „Space Truckin'”. Niemożliwe jest nie tupać nogą słuchając go.&lt;br /&gt; Poza tymi rozpoznawalnymi są tu jeszcze takie numery jak „Pictures of Home” z ciekawymi improwizacjami, albo „Never Before”, który mógłby być wizytówką tego krążka, gdyby nie dwa przeboje opisane wyżej. Ma on w sobie lekki oddech przeszłości, czuć w nim jeszcze dokonania lat 60-tych. Jest tu jeszcze jeden, w którym możemy zasłuchać się w dźwięki organów. „Lazy” to najbardziej bluesowa kompozycja z wszystkich tutaj zamieszczonych, buja się jak należy. Zanim usłyszymy w nim wokal, przez cztery minuty jesteśmy świadkami solówek gitary oraz organ. I sam już nie wiem kto jest lepszy Richie Blackmore, czy Jon Lord. &lt;br /&gt; Jest to granie trochę anachroniczne jak na dzisiejsze czasy, ale tak czy inaczej był to jeden z wielkich kroków w graniu ciężkiej muzy. Tylko dzięki temu warto zaznajomić się z tym materiałem. Na chwilę skoczyć w przeszłość, poznać korzenie i wrócić do teraźniejszości.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-1657813362378906640?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/1657813362378906640/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2009/12/deep-purple-machine-head.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/1657813362378906640'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/1657813362378906640'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2009/12/deep-purple-machine-head.html' title='Deep Purple - Machine Head'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/Sx1-SZXETVI/AAAAAAAAAGs/6G532Jbz__g/s72-c/3387.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-4578162074906332418</id><published>2009-12-04T22:34:00.001+01:00</published><updated>2009-12-04T22:37:09.531+01:00</updated><title type='text'>Solefald - Pills Against The Ageless Ills</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/SxmBAHx_ZoI/AAAAAAAAAGk/d7O4FaAcNyQ/s1600-h/159.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 197px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/SxmBAHx_ZoI/AAAAAAAAAGk/d7O4FaAcNyQ/s200/159.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5411498266351068802" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Kiedy usłyszałem utwór “Hyperhuman” z trzeciej płyty Solefald pod tytułem „Pills Against The Ageless Ills” zostałem oczarowany i od razu zapragnąłem usłyszeć resztę. Stało się to oczywiście po jakimś czasie, lecz niestety żaden z dziewięciu zamieszczonych na tym albumie numerów nie dorównało sile i fantazji ww. kawałka.&lt;br /&gt;Zaczyna się on niewinnie, od dwóch powtarzanych dźwięków skrzypiec... ale nie trwa to długo. Po chwili wchodzą blasty, ostre blackowe gitary i typowy czarny wokal na zmianę z czystym śpiewem Lazare. Agresja jest tutaj nieziemsko wyważona z melodią i gdyby tylko było tu więcej takich wyczynów, to byłby to świetny krążek. Tak jest on tylko ciekawy, gdyż połączenie post/punka, black metalu i szeroko pojętej awangardy czyni go właśnie takim. Nie da się obojętnie przejść obok tych dźwięków, ale też nie zapadają na długo w pamięci. &lt;br /&gt;Black metal prezentowany przez Corneliusa i Lazare jest jedyny w swoim rodzaju, nikt w Norwegii tak nie gra i pewnie nikt raczej nie będzie. Nawet teksty zamieszczone na tym albumie nie są typowo blackowe. Wystarczy przeczytać tytuły  numerów takich jak „The USA Don't Exist” albo „Pornographer Cain” by zauważyć, że coś tu jest nie tak. Typowy zjadacz czarnych ikon nie będzie pewnie do końca zachwycony, gdyż muzyka i przekaz zamieszony na tym wydawnictwie to coś więcej niż satan, miznatropia, śmierć i zniszczenie...&lt;br /&gt; Ale wróćmy do muzyki... W „Charge of Total Effect” znów powraca lekki powiew agresji, jaki jest na „Hyperhuman”, ale jest on raczej symfoniczny i mniej w nim pazura. Poza tym tutaj po raz pierwszy możemy usłyszeć rasowy post/punkowy riff. Coraz bardziej w stronę punka zmierza kolejny „Hate Yourself”, ale jak to na całej płycie i tu nie zabraknie czarnego pierwiastka. A najbardziej wpadającym w ucho jest „ The USA Don't Exist” z refrenem, który gwarantuję, będziecie nucić. Poza tym jest to bodaj najlżejsza pieśń na całej tej płycie.&lt;br /&gt; Krążek ten to interesująca pozycja, jak to napisałem na początku, ale brak w niej magnetyzmu, swoistego przyciągania. Mogę to przesłuchać raz, dwa razy, ale jakoś nie mam ochoty do tego wracać. Jednak tak czy inaczej polecam te dźwięki, gdyż na pewno nie słyszeliście jeszcze czegoś tak innego, a jednak black metalowego.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-4578162074906332418?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/4578162074906332418/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2009/12/solefald-pills-against-ageless-ills.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/4578162074906332418'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/4578162074906332418'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2009/12/solefald-pills-against-ageless-ills.html' title='Solefald - Pills Against The Ageless Ills'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/SxmBAHx_ZoI/AAAAAAAAAGk/d7O4FaAcNyQ/s72-c/159.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-5423436111447502348</id><published>2009-12-01T00:20:00.001+01:00</published><updated>2009-12-01T00:23:10.424+01:00</updated><title type='text'>Qntal - Silver Swan</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/SxRT2T0XiEI/AAAAAAAAAGc/T8_xZ8zdDaU/s1600/qntal.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 199px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/SxRT2T0XiEI/AAAAAAAAAGc/T8_xZ8zdDaU/s200/qntal.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5410041244876769346" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Przesłuchuję właśnie piąty album niemieckiego elektrośredniowiecznego zespołu o nazwie Qntal. Płyta ta zwie się „Silver Swan”, a wyszła na światło dziennie w 2006 roku, więc stosunkowo niedawno. Ale jak to bywa w natłoku dzisiejszej muzyki, studiuje ją dopiero teraz. &lt;br /&gt; Stwierdzam niestety, że niewiele straciłem. Choć mamy tu ciekawe momenty, w których można się na chwilę zatracić, to jednak stworzony tutaj klimat nie przeskakuje barierki z napisem – średnia. Szczerze mówiąc, to spodziewałem się czegoś lepszego.&lt;br /&gt; Po czwartym albumie, na tym również mamy kontynuację utworów zaśpiewanych w języku angielskim, ale jak to bywało wcześniej, łacina, starogermański i inne stare języki Europy też tu są. &lt;br /&gt; To, co mnie zniechęciło do tych dźwięków, to jakaś dziwne panowanie wokalu nad  muzyką, która w sumie też szału nie robi. Poza tym sam wokal jest jakiś bezpłciowy. Syrah zaśpiewała na nim oczywiście zabójczo poprawnie, ale brak w tym głębi, brak uczuć. Te wszystkie braki wraz ze słabym wokalem nie wróżą niczego dobrego muzyce, ale mimo tego płyta ta broni się . &lt;br /&gt; Utwory takie jak „Levis”, „Monsieur's Departure”, „Lingua Mendax” czy jeszcze w „The Whyle” i „292” to świetne, klimatyczne momenty. Szczególnie w trzecim mamy pięknie folkowy klimat. Na pewno przysłużyły się w tym niecodzienne instrumenty, które zdobią ten utwór, a muszę przypomnieć, że Michael Popp (założyciel Qntal) potrafi grać na Tarze, Oud, Szałamai, Saze i innych starych i kompletnie nieznanych dla zwykłego śmiertelnika instrumentach...&lt;br /&gt; Na koniec polecę paradoksalnie ich wcześniejsze wydawnictwa, gdzie można znaleźć większe połacie ciekawego klimatu. Tutaj jego niedostatek nie jest zrekompensowany w żaden sposób. Dlatego ciągle czuję niedosyt...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-5423436111447502348?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/5423436111447502348/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2009/12/qntal-silver-swan.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/5423436111447502348'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/5423436111447502348'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2009/12/qntal-silver-swan.html' title='Qntal - Silver Swan'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/SxRT2T0XiEI/AAAAAAAAAGc/T8_xZ8zdDaU/s72-c/qntal.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-4310626177613335985</id><published>2009-12-01T00:16:00.001+01:00</published><updated>2009-12-01T00:19:27.705+01:00</updated><title type='text'>Anathema - The Silent Enigma</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/SxRS-iHofYI/AAAAAAAAAGU/MLfQtZVhecs/s1600/1608.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/SxRS-iHofYI/AAAAAAAAAGU/MLfQtZVhecs/s200/1608.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5410040286642994562" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;The Silent Enigma – to arcydzieło doomu, jedyne w swoim rodzaju. Nigdy wcześniej, ani nigdy później nikomu nie udało się nagrać albumu, który byłby tak przepełniony bólem, smutkiem, nostalgią, ale także agresją, ciszą, samotnością... I tajemnicą. Szczerze, to myślę, że każda próba opisania tego dzieła skazana jest na porażkę. A jeżeli już ktoś tak jak ja, próbuje to zrobić, zdoła tylko uchwycić jej część, gdyż całość jest niepojęta. &lt;br /&gt; Drugi album w dorobku Anathemy, przez niektórych nazwany najlepszym w ich historii (również przeze mnie). Można by wymazać wszystkie inne przez nich nagrane płyty i wrzucić w niepamięć, ale to nic by nie dało, bo nadal dzięki Silent Enigmie byliby wielcy.&lt;br /&gt; Słuchając dźwięków zapisanych na tym krążku zastanawiam się, co sprawia, że są one tak genialne. Przecież nie ma w tym niczego nowego, wszystkie patenty były wykorzystywane przez innych w przeszłości. Ale jednak połączenie ich specyficznie zagranego metalu z klimatem, jaki udało im się stworzyć sprawia, że to, co słyszę, nigdy mi się nie znudzi.&lt;br /&gt; Wystarczy posłuchać takich utworów jak „Shroud of Frost” pełen bólu, męki, samotności. Tutaj nieskończoności i pytania o to, czy jest coś po drugiej stronie nabierają kształtów w naszych myślach. Fantazje te są tak namacalne, że prawie prawdziwe...&lt;br /&gt;„Sunset of the Age” to z kolei kawał muzy, przy której można się kompletnie zatracić. Brak w nim agresji, ale za to mnóstwo energii, potrafiącej rozsadzić każdego, który tylko podda się czarowi. Podobnym jest „Nocturnal Emission”, tylko tutaj górę bierze wampiryczny erotyzm. Nie radze słuchać tego w momentach uniesienia, bo może polać się krew...&lt;br /&gt; Nie zapomniałem oczywiście o numerze tytułowym. Tam romantyzm, tajemnice samotności, smutku i miłości splatają się w jeden piękny hymn pełen uczuć... Nigdzie nie znajdziecie czegoś takiego... I jeszcze jeden „A Dying Wish”, najdłuższy na płycie. Numer, który do tej pory można jeszcze usłyszeć na ich występach. W nim mamy wszystko to, co zawiera ta płyta, skondensowane do ośmiu minut dzieło sztuki łączące w sobie agresję i melancholię... &lt;br /&gt; Ale przecież to nie wszystkie utwory, nie opisałem reszty... i nie zrobię już tego, gdyż i tak to, co napisałem nijak nie oddaje klimatu tego krążka. Tego trzeba posłuchać, przeżyć, strawić setki, jeżeli nie tysiące razy i dojść do wniosku, że nigdy nic już nie zrobi na nas takiego wrażenia jak „The Silent Enigma”. Nie ma już pieśni... zostaje tylko złudzenie ciszy...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-4310626177613335985?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/4310626177613335985/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2009/12/anathema-silent-enigma.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/4310626177613335985'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/4310626177613335985'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2009/12/anathema-silent-enigma.html' title='Anathema - The Silent Enigma'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/SxRS-iHofYI/AAAAAAAAAGU/MLfQtZVhecs/s72-c/1608.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-5460331209451225734</id><published>2009-11-25T13:37:00.002+01:00</published><updated>2009-11-30T01:00:07.843+01:00</updated><title type='text'>Lacrimas Profundere - Fall, I Will Follow</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/Sw0lrp8ckmI/AAAAAAAAAGM/r0StPxZLtMU/s1600/12511.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/Sw0lrp8ckmI/AAAAAAAAAGM/r0StPxZLtMU/s200/12511.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5408020159465820770" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;To moje pierwsze zetknięcie się z tym zespołem i raczej ostatnie. Dlaczego? To proste. Muzyka, jaką serwują Niemcy z Lacrimas Profundere na swoim piątym albumie pt. „Fall, I Will Follow” to gothic rock niskich lotów. Dźwięki te można porównać do wyczynów takich kapel jak HIM, Sentenced, The 69 Eyes, z tą różnicą, że kiedy tam można czasem znaleźć coś wartościowego, tak tutaj daremne będzie szukanie czegokolwiek dobrej jakości. &lt;br /&gt; Wokal, styl śpiewania, ale też aranżacje i konstrukcje riffów typowe dla tego stylu, niczym nie zaskakują  i nic nowego nie wnoszą do tego gatunku. Christopher Schmid, ówczesny wokalista, stara się jak może, by dorównać wyczynom Ville Laihiala czy też Ville Valo, lecz niestety marnie mu to wychodzi, choć podobieństwa jakieś tam istnieją. Podobne budowanie klimatu, maniera śpiewania. Wszystko w tym już gdzieś było.&lt;br /&gt; A co do muzyki, to trochę bardziej ambitnym utworem jest „Sear Me Pale Sun”. Najdłuższy na płycie, bo prawie ośmiominutowy, wyróżnia się na tle wszystkich innych. Typowy dla tego stylu początek plus przesterowany wokal, niby nic nowego, ale jednak... Po trzech minutach wchodzą falujące klawisze i lekko transowy rytm, który może się podobać. Niestety, monotonie ciągnie się to do końca, a mogło by być z tego coś naprawdę dobrego. A już czymś konkretnym na tle reszty jest ostatni numer „Fornever”, ostry i czadowy. Niestety, ma on niepotrzebną wstawkę, gdzie jakiś pan wchodzi do pokoju, otwiera browar, zapala papierosa i bełkocze coś do siebie. W sumie to tak naprawdę w tym utworze podoba mi się jeden riff. Mocny, ciężki i wolny. Tylko w tym momencie na całej płycie możemy usłyszeć podwójną stopę. Więcej takich fragmentów, a płyta ta miałaby się czym pochwalić.&lt;br /&gt; Słuchając reszty to nigdy nie wiem, który kawałek aktualnie leci, tak wszystkie są podobne do siebie. Jałowa jest to płyta, choć pewnie fanom tego typu grania przypadnie do gustu, mnie niestety odrzuca daleko.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-5460331209451225734?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/5460331209451225734/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2009/11/lacrimas-profundere-fall-i-will-follow.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/5460331209451225734'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/5460331209451225734'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2009/11/lacrimas-profundere-fall-i-will-follow.html' title='Lacrimas Profundere - Fall, I Will Follow'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/Sw0lrp8ckmI/AAAAAAAAAGM/r0StPxZLtMU/s72-c/12511.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-8899331637729663175</id><published>2009-11-25T13:36:00.002+01:00</published><updated>2009-11-30T01:02:25.956+01:00</updated><title type='text'>Ulver - Bergtatt - Et Eeventyr I 5 Capitler</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/Sw0lAZ1l5VI/AAAAAAAAAGE/TqS5Qwhy0Ws/s1600/3609.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 196px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/Sw0lAZ1l5VI/AAAAAAAAAGE/TqS5Qwhy0Ws/s200/3609.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5408019416407729490" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Poznajecie arcydzieło kiedy je słyszycie? Wydaje mi się, że nie każdy ma tę umiejętność... Dla mnie wielkim dziełem jest koncept album „ Bergtatt - Et Eeventyr i 5 Capitler ” pierwsza płyta Ulver. „Bergtatt” to opowieść o kobiecie zagubionej w górskich lasach trolli. Historię i wszystkie teksty powstały dzięki wyobraźni Garma i właśnie dzięki niemu dźwięki te są takie dobre. Ale o tym niżej...&lt;br /&gt; Pamiętam jak dziś, kiedy pierwszy raz zetknąłem się z zawartością tego krążka. Atmosfera zharmonizowanego black folku ogarnęła moją osobę bez końca. Do tej pory nie usłyszałem niczego lepszego w tej materii. &lt;br /&gt; Czyste, zawodzące śpiewanie, szepty oraz typowy black metalowy wokal (swoją drogą, zauważyliście, że takie wokale w norweskich zespołach są najlepsze?), to one nadają klimat tej płycie. Garm pokazuje nam, na co go stać. Ale muzyka też to robi. &lt;br /&gt; Jest niczym samo opowiadająca się baśń. Raz po raz zaskakuje nas swoimi zmianami tempa, atmosfery. Raz mamy folkowe chóry, kobiece wokale, akustyczne gitarki i flet, a po chwili blasty oraz szybkie gitary masakrujące nasze organy słuchowe. Tak jest w każdym kawałku. Ale w „Capitel III : Graablick Blev Hun Vaer” to połączenie jest najlepsze. W nim usłyszycie również dźwięki ucieczki głównego bohatera tego albumu. Szybki oddech, łamiące się gałęzie, bieg... Za tło robi tu fortepian, na którym Sverd (tego pana chyba znacie) pięknie improwizuje. &lt;br /&gt; „Capitel IV : Een Stemme Locker” jest zaś zwiastunem tego, co ma dopiero nadejść w ich twórczości. Mógłby się znaleźć na kolejnym ich wydawnictwie, kiedy panowie z Ulver odłożyli na chwile na bok black metal, nagrywając pierwszą w historii metalu akustyczno folkowa płytę. Ale to już inne dzieje.&lt;br /&gt; „Bergtatt” jest jedyny w swoim rodzaju. Jeśli lubicie klimaty północy, samotność lasów, jesienne tchnienie powietrza w górach, oraz black metalową agresję, to te dźwięki są dla was. W nich znajdziecie ukojenie w długie jesienne i zimowe wieczory.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-8899331637729663175?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/8899331637729663175/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2009/11/ulver-bergtatt-et-eeventyr-i-5-capitler.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/8899331637729663175'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/8899331637729663175'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2009/11/ulver-bergtatt-et-eeventyr-i-5-capitler.html' title='Ulver - Bergtatt - Et Eeventyr I 5 Capitler'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/Sw0lAZ1l5VI/AAAAAAAAAGE/TqS5Qwhy0Ws/s72-c/3609.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-1694653902912562227</id><published>2009-11-25T13:28:00.002+01:00</published><updated>2009-11-30T01:04:45.905+01:00</updated><title type='text'>Vampiria - Among Mortals</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/Sw0jLO8FloI/AAAAAAAAAF8/70CBM7MQ7iM/s1600/8912.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 196px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/Sw0jLO8FloI/AAAAAAAAAF8/70CBM7MQ7iM/s200/8912.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5408017403437487746" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Vampiria... To argentyński zespół wykonywający melodic black/gothic metal, choć ja raczej nazwałbym to vampiric metalem, coś na kształt trzech pierwszych płyt Cradle of Fitlh, klasycznych odsłon gatunku, ale przypomina to też wyczyny Theatres des Vampires.&lt;br /&gt; Ich pierwszy album „Among Mortals” pojawił się na świecie przy bladym świetle księżyca w 2001 roku, wtedy też to wpadł mi w ręce, więc minęło już parę ładnych lat. Ostatnio stwierdziłem, że kompletnie nie pamiętam jego zawartości. Odświeżyłem więc sobie pamięć i stąd powstaje ta recenzja. &lt;br /&gt; Nie trzeba długo czekać, by przekonać się, że można przy tym krążku stracić lekki kontakt z rzeczywistością, zapadając w drzemkę nad swoimi światami wampirycznych wizji pełnych krwi. Już w intrze (długim muszę przyznać) - „Prelude / Awake To Eternity / Vampires &amp; Mortals” możemy się przekonać, że kiedy poddamy się tym dźwiękom, to doznamy objawienia natury nocy. &lt;br /&gt; Doznania te łączą się z drugim numerem „Legacy of Blood”. Kolejny, „Ambassador Of Morning (Salve Luxfer)”, też wkręcający z początkowym rasowym heavy metalowym riffem, szybkim i melodyjnym. Ale niestety dalej klimat i muzyka lekko się rozjeżdżają w budowie atmosfery tej płyty, robi się trochę nudno i cukierkowato. Melodia bierze górę. &lt;br /&gt; Jednak możemy tu znaleźć jeszcze parę kawałków godnych uwagi. Tak jak „Legend Of A Curse”, krótka historia wampirów. Ciekawe momenty ma również „Crown Of Crows” szczególnie pod koniec, kiedy staje się wolny, z lekka romantyczny i smutny zarazem. &lt;br /&gt; W tych wszystkich jednak utworach jak i na całej płycie, słabe są wokale. Damian oraz Konde nie posiadają zbyt dużych umiejętności. Również ich barwy nie są zaskakujące. Jest jeszcze jeden minus – brzmienie, słabe i pozbawione przestrzeni. &lt;br /&gt; Pomimo tego można zapoznać się z tym krążkiem, gdyż nie jest do końca stracony. Ot tak, od czasu do czasu posłuchać, by odświeżyć sobie pamięć, tak jak ja to zrobiłem. Przesłuchać i odłożyć z powrotem na półkę.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-1694653902912562227?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/1694653902912562227/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2009/11/vampiria-among-mortals.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/1694653902912562227'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/1694653902912562227'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2009/11/vampiria-among-mortals.html' title='Vampiria - Among Mortals'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/Sw0jLO8FloI/AAAAAAAAAF8/70CBM7MQ7iM/s72-c/8912.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-4373261611838836617</id><published>2009-11-24T14:13:00.002+01:00</published><updated>2009-11-24T14:14:15.572+01:00</updated><title type='text'>Fear My Thoughts – Isolation</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/SwvcI8uDuFI/AAAAAAAAAF0/IqcgLlYM2XU/s1600/Isolation.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 198px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/SwvcI8uDuFI/AAAAAAAAAF0/IqcgLlYM2XU/s200/Isolation.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5407657823884785746" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;„Isolation” zaczyna się od intra o takim samym tytule. Muzyczna kakofonia dźwięków z przesterowanym wokalem. Kolejno płynnie dźwięki poprzedniego przechodzą w „The Blind Walk Over The Edge”. Z niego atakuje mnie ściana typowego amerykańskiego grania, klasyfikującego się jako metalcore z odrobiną, okruszyną melodyjnego death metalu. Zdziwiłem się, gdy przeczytałem, że to niemiecki zespół. Metalcore opanowuje cały świat!&lt;br /&gt; Fear My Thoughts powstał w 1998 roku i jest to szósta płyta w ich dorobku. Niestety, stronię od tego typu grania, więc nic dziwnego, że dopiero teraz usłyszałem ich wyczyny. „Isolation” nie ma w sobie nic nowego. Wszystko już gdzieś było. Także ciężkości jest tu za grosz, bo melodia opanowuje każdy ciekawy, agresywniejszy moment. A ja nie lubię półśrodków.  &lt;br /&gt; Serwowany materiał tego krążka jest na maksa skomercjalizowany, brzmi jak numetal, no a przecież można trochę bardziej ambitniej grać. Wystarczy przesłuchać „Bound And Weakened”, „Through The Eyes Of God” lub „Death Chamber” by zostać zasypany nowoczesnym brzmieniem, jakie możemy usłyszeć w różnego rodzaju mediach.&lt;br /&gt; Numery takie jak „Pitch Black” lub „The Hunted” gdzie Martin Fischer w końcu się wydziera, mają w sobie lekki pazur. Ale to, co wyczynia wokalista nie jest za wspaniałe, no i pazur się chyba trochę przytępił.  &lt;br /&gt;  Ciekawostką tej formacji jest polski w niej pierwiastek w osobie basisty, którym jest Bartosz Wojciechowski. Poza tym nie ma tu nic szczególnego dla starej daty metalowca, nawet dla tych, którzy rozszerzają swoje horyzonty. Polecam zająć się czymś innym, a ten album zostawić tam, gdzie jest… W nicości.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-4373261611838836617?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/4373261611838836617/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2009/11/fear-my-thoughts-isolation.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/4373261611838836617'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/4373261611838836617'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2009/11/fear-my-thoughts-isolation.html' title='Fear My Thoughts – Isolation'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/SwvcI8uDuFI/AAAAAAAAAF0/IqcgLlYM2XU/s72-c/Isolation.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-4764235111806555755</id><published>2009-11-23T17:00:00.003+01:00</published><updated>2009-11-30T01:08:02.214+01:00</updated><title type='text'>Moonlight  - downWords</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/Swqx9lD2qUI/AAAAAAAAAFs/Lm4mfxR5em4/s1600/244631.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 198px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/Swqx9lD2qUI/AAAAAAAAAFs/Lm4mfxR5em4/s200/244631.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5407329974090115394" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Od samego początku zostałem zahipnotyzowany wokalem Maji. Byłem w totalnym szoku! Od wydania „Audio 136” zacząłem brać ją za drugorzędną wokalistkę pseudometalowego zespołu, ale na „downWords” zostałem porażony jej możliwościami i fantazją śpiewania. &lt;br /&gt; Lecz nie tylko wokale zmieniły się w muzyce Moonlight. No właśnie muzyka...  Nie ma już nic a nic wspólnego z gothickiem. Nie ma też w tym metalu. Progres? Hmm, może, ale pewnie nie dla każdego. Na pewno jest to rock, bardziej trip/rock, może z domieszką alternatywy? Jedno jest pewne, nikt nie nagrał podobnego albumu. &lt;br /&gt; Wystarczy posłuchać pierwszego utworu. „Szpieg” mógłby być paroma utworami, gdyby porozwijać niektóre jego części. A tak mamy wielostopniowy kawał muzy. Psychodela, symfonia, transowe beaty - wszystko w jednym. Tutaj to po raz pierwszy zostałem zaczarowany przez Maję. Jej śpiewanie jest niesamowite, ale to miał być dopiero początek.&lt;br /&gt; Klimaty starego grania można odczuć w kolejnym - „Nieowracalne”, ale są to jedynie echa przeszłości, gdyż klawisze i rytm odbiegają od tego, co czynili wcześniej. Na pewno perełką tej płyty jest utwór „W Moje Ręce”. Obok „Szpiega” najlepsza część tego krążka. Posiada w sobie transowe rytmy, klimat elektro-gothicu, a co najważniejsze, jest osadzony na rdzeniu basu, który pulsuje prawie przez cały czas prowadząc nas coraz dalej w głąb lepszego poznania tej muzy z każdym przesłuchaniem. &lt;br /&gt;  Muzyka na tym albumie oscyluje trochę w klimacie Portishead, szczególnie słychać to w numerze „Insomnia”, prawie wyrwał się z jednej z płyt wyspiarzy. Jedyna różnica to brzmienie, słychać że to „Polska”, ale to wcale nie jest minus. Wręcz przeciwnie, jak na pierwszy krok w kompletne inne rejony muzyki, wypadło naprawdę dobrze.&lt;br /&gt; Jedyne, co denerwuje na tej płycie, to dwa fragmenty ciszy, które kończą numery „Cyrk” i „Downwords”. To kompletnie niepotrzebny manewry. Czekanie i słuchanie „niczego” przez dwie i pół minuty, nie należy do moich ulubionych zajęć… Na końcu tego drugiego ciszy jest jeszcze więcej. &lt;br /&gt; Tak czy inaczej, dzieło to jest godne uwagi, choć pewnie nie jeden z was odrzuci je, gdyż nie jest to muzyka łatwa w odbiorze. Trzeba poświecić jej sporo czasu, by odkryć jej piękno, ale właśnie to w muzyce jest najlepsze. Odkrywanie, ciągłe odkrywanie...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-4764235111806555755?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/4764235111806555755/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2009/11/moonlight-downwords.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/4764235111806555755'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/4764235111806555755'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2009/11/moonlight-downwords.html' title='Moonlight  - downWords'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/Swqx9lD2qUI/AAAAAAAAAFs/Lm4mfxR5em4/s72-c/244631.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-1530777358620392434</id><published>2009-11-23T15:19:00.003+01:00</published><updated>2009-11-30T01:10:41.279+01:00</updated><title type='text'>Anathema – Serenades</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/SwqaNPTYA6I/AAAAAAAAAFk/a0aenIccrw0/s1600/1606.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 198px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/SwqaNPTYA6I/AAAAAAAAAFk/a0aenIccrw0/s200/1606.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5407303854848476066" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Anathema – kiedyś, jeden z moich ulubionych zespołów. Ale to było jakiś czas temu, teraz rzadko sięgam po ich muzykę... Album „Serenades” był drogowskazem (nie tylko dla mnie), przetarł wiele szlaków dla późniejszych zespołów. Był także krokiem naprzód do nagrania ich wielkiego dzieła „The Silent Enigma”. &lt;br /&gt; „Serenades” - to jeden z pierwszych albumów doom/death metalowych. Teraz wyznaczający klasykę gatunku. Gdyby ktokolwiek nagrał taki sam album w dzisiejszych czasach z takim samym brzmieniem, pewnie zaginąłby w czasie. Tak już się nie gra. To już historia. Ale do rzeczy...&lt;br /&gt; Album zaczyna się od dwóch doom hymnów -„Lovelorn Rhapsody” i „Sweet Tears”, z czego ten drugi jest trochę bardziej żywszy. Ale góruje nad nimi trzeci - „J'ai Fait Une Promesse”. To prosty, romantyczny, akustyczny utwór, w którym śpiewa Ruth oczywiście po francusku. Urwał się jakby z średniowiecza, z zimnych, pełnych miłości i łez zamków… Utwór ten jednak usypia naszą czujność, a kolejne numery wykorzystują to i atakują nas swoim tchnieniem śmierci. „They (Will Always) Die”, „Sleepless” - najbardziej znany z tej płyty i „Sleep in Sanity”. &lt;br /&gt; Nie ma sensu wymieniać wszystkich, bo każdy z osobna jest ciekawy, unikalny i nadaje się na osobną recenzję. Sama Anathema już nigdy nie nagrała takich kawałków jak tutaj. W sumie to oni nigdy nie nagrali takiego samego albumu i to się im chwali. &lt;br /&gt; Na tym krążku możemy jeszcze posłuchać wokalu Darrena White'a, który nagrał z nimi po tym wydawnictwie tylko jeszcze jedną ep-kę i opuścił szeregi grupy. Nic innego mi nie zostało, jak zachęcić wszystkich, którzy nie znają jeszcze z jakiegoś powodu tych dźwięków do ich przestudiowania - warto!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-1530777358620392434?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/1530777358620392434/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2009/11/anathema-serenades.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/1530777358620392434'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/1530777358620392434'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2009/11/anathema-serenades.html' title='Anathema – Serenades'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/SwqaNPTYA6I/AAAAAAAAAFk/a0aenIccrw0/s72-c/1606.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-2404753342184100045</id><published>2009-11-23T15:07:00.003+01:00</published><updated>2009-11-30T01:13:34.134+01:00</updated><title type='text'>Draugnim - Northwind's Ire</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/SwqX0h58Q0I/AAAAAAAAAFc/Mr2OERSwGvM/s1600/205837.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/SwqX0h58Q0I/AAAAAAAAAFc/Mr2OERSwGvM/s200/205837.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5407301231322088258" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Draugnim to fiński zespół blackowy, który wplata w swój styl pagan metal. Powstał już jakiś czas temu, a konkretniej przed dziesięciu laty. Jednak dopiero rok temu zespół wypuścił na światło dzienne swoje pierwsze długogrające dzieło. Dostało ono nazwę „Northwind's Ire”. &lt;br /&gt; Znajdziemy na nim siedem utworów, powstałych dzięki wewnętrznej walce z przeciwnościami losu przez wszystkich trzech członków tegoż bandu. Gdyż będąc na skraju zapomnienia, podnieśli się z rozpaczy i nagrali w końcu ubłaganą chyba przez wszystkie zespoły „pierwszą płytę”. &lt;br /&gt; Brzmienie to pierwsza z rzeczy, jaka rzuca się w uszy. Strasznie brudne, ale to wcale nie jest plus. Mogłoby być bardziej czytelne., gdyż melodia jest niezła i klawisze, choć raczej monotonne, też nie są takie złe. Mogłyby być jednak trochę głośniejsze, powinny raczej wydobywać się z tła, niż je tworzyć. Jednak im bliżej końca płyty, tym lepiej. I już sam nie wiem, czy to klimat, czy po prostu brzmienie się polepsza z czasem?&lt;br /&gt; Muszę pogratulować głównemu kompozytorowi. Morior zbudował na tym albumie malowniczy klimat. Pełen lasów, wzgórz, gór... Jest to zaiste pochwała natury. Tutaj w wydaniu black metalowym, ale w sumie to czemu nie? &lt;br /&gt; Niestety by polubić ta płytę, trzeba podzielić jej klimat. Jest on trudny w odbiorze. Ciemny, tajemniczy, dziki, dziewiczy...Nie każdy pewnie poczuje go, tak jak zapewne chcieliby tego twórcy. Najciekawsze momenty tego „Gniewu Północnego Wiatru” to „Craionhorn”, „Sworn To Waves” i ostatni „Archein”. Reszta jest niestety obrzydliwie taka sama.&lt;br /&gt; Krążek ten w sam raz nadaje się na wypady na łono natury, przy nocnych ogniskach, w centrum lasu...Wtedy pewnie każdy z was pozna jego piękno, choć przygasłe i blade, ale jednak piękno.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-2404753342184100045?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/2404753342184100045/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2009/11/draugnim-northwinds-ire.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/2404753342184100045'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/2404753342184100045'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2009/11/draugnim-northwinds-ire.html' title='Draugnim - Northwind&apos;s Ire'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/SwqX0h58Q0I/AAAAAAAAAFc/Mr2OERSwGvM/s72-c/205837.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-2556809148537964115</id><published>2009-11-23T14:47:00.002+01:00</published><updated>2009-11-30T01:15:23.303+01:00</updated><title type='text'>Kaamos – Kaamos</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/SwqTibqukZI/AAAAAAAAAFU/Jj9A7yZCi1c/s1600/10802.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/SwqTibqukZI/AAAAAAAAAFU/Jj9A7yZCi1c/s200/10802.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5407296522363507090" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Minęło sporo czasu odkąd słuchałem death metalu. Jakoś inne rzeczy mnie bardziej interesowały. Ale zapragnąłem wrócić i wydobyłem z otchłani czasu pierwszy album szwedzkiej grupy Kaamos o tytule po prostu „Kaamos”. &lt;br /&gt; Od pierwszego zetknięcia wiedziałem, że to jest to. Energia, agresja i szybkość zaatakowały moje organy słuchowe. Ale zamiast uciec do czegoś spokojniejszego dałem głośniej, by jeszcze bardziej odczuć każdą nutę tego śmierć metalu. Szczerze, to mogę stwierdzić, że dawno już nie słyszałem tak dobrego deathu ze Szwecji. &lt;br /&gt; Dla każdego coś miłego, można powiedzieć słuchając tych trzydziestu pięciu minut muzyki. Mi osobiście spodobały się tzw. walce. Jest nim, choć nie do końca, utwór „Doom of Man”. Zaczyna się jakimś dziwnym bełkotem, z efektem powtórzenia i w sumie mogłoby być mrocznie i szaleńczo, gdyby tylko słowa były zrozumiane. A to jakieś cholerne suahili. No chyba, że to insze narzecze? Za to jak wchodzi muza, jest już dobrze. Ostre, ciężkie, w średnio wolnych tempach gitarowe riffy. Powalające... Uwielbiam to!&lt;br /&gt; Podobnym, choć  tylko z początku jest „Curse Of Aeons”. Z wolna wypuszczane dźwięki. Bas niczym grzmoty burzy. Dalej tempo wzrasta i już można zamiatać włosami podłogę. Mamy tu też inne wrzynające się momenty jak na przykład kawałek „Blood of Chaos”. Szybka jazda, pełna blastów przeplatających się z starą dobrą szkołą death metalu. Przez cały czas trzyma słuchacza w kleszczach śmierci. I za cholerę nie chce puścić. &lt;br /&gt; Jedno jest pewne, to album typowo do pogowania. Szaleńczy i bezkompromisowy. Polecam jako wyładowywacz energii. A to przecież ich pierwsze wydawnictwo. Ciekawe, czy późniejsze krążki były równie interesujące? Na razie... Szacuneczek...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-2556809148537964115?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/2556809148537964115/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2009/11/kaamos-kaamos.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/2556809148537964115'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/2556809148537964115'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2009/11/kaamos-kaamos.html' title='Kaamos – Kaamos'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/SwqTibqukZI/AAAAAAAAAFU/Jj9A7yZCi1c/s72-c/10802.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-939138779931935444</id><published>2009-11-17T19:37:00.001+01:00</published><updated>2009-11-17T19:41:39.493+01:00</updated><title type='text'>Falkenbach - Ok Nefna Tysvar Ty</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/SwLuXrId8hI/AAAAAAAAAFM/ehe8qH_xOXg/s1600/falkenbach_nefna.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 198px; height: 200px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/SwLuXrId8hI/AAAAAAAAAFM/ehe8qH_xOXg/s200/falkenbach_nefna.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5405144593280659986" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Po raz drugi sięgam do twórczości Falkenbach. Za pierwszym razem jakoś nie zostałem oczarowany atmosferą serwującą nam przez ten projekt. Wręcz przeciwnie, sądziłem, że jest to nudna, nic nie wnosząca do black viking folku muzyka. Teraz, by upewnić się, że za pierwszym razem miałem rację, zacząłem studiować trzeci z kolei album „ Ok Nefna Tysvar Ty”.&lt;br /&gt; I co dostałem? Nic ponad to, co usłyszałem wcześniej. Te same klimaty, prawie te same piosenki. Te same nudne wokale (tylko skrzek jest dobry) i nawet jestem skłonny stwierdzić, że brzmienie też jest takie samo. Po prostu nic nowego... Tak jakby album, który słyszałem wcześniej (a był to  „...En Their Medh Riki Fara...”) był po prostu wzorem, który pan Vratyas Vakyas co rusz kopiuje. &lt;br /&gt; Wiem, że pewnie znajdą się wśród was fani, mówiący co innego, że w tym i w tym utworze jest coś nowego. I nawet skłonny byłbym się zgodzić, ale co z tego, skoro nie potrafię niekiedy odróżnić numerów z tej płyty, tak są do siebie podobne. Jak więc mógłbym napisać, że gdziekolwiek słychać jakikolwiek progres?&lt;br /&gt; Jedyne kawałki, jakie trawię z różnych powodów, to pierwszy „Vanadis”, choć mógłby być krótszy i trzeci „Aduatuza”, gdzie długość jest odpowiednia, ale brzmi mi on jak jedno z dokonań Bathory. Wpływy Quarthona można również znaleźć w „Homeward Shore” - w tym są one jeszcze bardziej słyszalne, niż w poprzednim. Ale to nadal nic nowego...&lt;br /&gt; Album ten jest raczej dla zagorzałych fanów viking grania. Ci, którzy tylko na chwile chcieliby zabłądzić w te dzikie, starodawne krainy, raczej niech sięgną po coś klasycznego z tego gatunku. I nadal niestety nie wiem, dlaczego Falkenbach w kręgach zainteresowania tego typu muzyką jest tak wielbiony? Ale może nie czuję klimatu... W sumie to nic nie straciłem... Wy też nic nie stracicie, jeżeli ominiecie ten krążek szerokim łukiem.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-939138779931935444?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/939138779931935444/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2009/11/falkenbach-ok-nefna-tysvar-ty.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/939138779931935444'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/939138779931935444'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2009/11/falkenbach-ok-nefna-tysvar-ty.html' title='Falkenbach - Ok Nefna Tysvar Ty'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/SwLuXrId8hI/AAAAAAAAAFM/ehe8qH_xOXg/s72-c/falkenbach_nefna.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-7832198117983417995.post-3134327412042443891</id><published>2009-11-17T19:31:00.001+01:00</published><updated>2009-11-17T19:37:31.701+01:00</updated><title type='text'>Moonlight - Audio 136</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/SwLtZIezsFI/AAAAAAAAAFE/Mh8ee5baVnI/s1600/Audio+136.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/SwLtZIezsFI/AAAAAAAAAFE/Mh8ee5baVnI/s200/Audio+136.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5405143518827229266" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Muszę się przyznać, że jakimś cudem płyta ta umknęła mojej uwadze. Szczerze, to myślałem, że następczynią „Candry” jest album „downWords”, niestety, myliłem się...&lt;br /&gt;Następczynią jest album o przedziwnym tytule „Audio 136”, który wyszedł w 2004 roku. &lt;br /&gt; Wszyscy wiemy, że to, co Moonlight tworzyło od „Yaishi”, zwracało się coraz bardziej w stronę progresywnego metalu. I w pełnej postaci to właśnie znajduje się na „Audio 136”. Kwintesencją tego stylu jest kawałek „Air”, druga z kolei kompozycja tegoż krążka. Ostre riffy, pięknie słyszalny bas i Maja śpiewająca po angielsku, sprawiają, że nie można się oderwać. Fakt, ma ona w sobie parę minusów, ale to nie jest ważne, gdyż jest to jasno świecąca gwiazda tej płyty. Dalej już nie jest niestety tak dobrze...&lt;br /&gt;  Większość kompozycji zaśpiewana jest po angielsku. Niestety jest to największy minus tego wydawnictwa, gdyż nadal twierdzę, że Maja Konarska nie powinna tak śpiewać. Kaleczy tylko tą muzykę. Wystarczy sięgnąć po bonusowa płytkę i posłuchać wersji w języku polskim, aby się przekonać, że po polsku jest o wiele lepiej. O niebo lepiej...&lt;br /&gt; Kolejnym minusem, o którym muszę wspomnieć jest intro i outro, czyli „Rosemary's Baby” i „Rosemary's Baby (Reprise)”. Nie mam pojęcia, po co zostały stworzone ten numery. Jak mówi sam tytuł, jest to muzyka Krzysztofa Komedy z „Dziecka Rosemery”, ale fatalnie wykonana. Bez emocji, bez polotu, bez duszy... No nic w tym nie ma. Za każdym razem jak słucham tej płyty, omijam obydwa. Może gdyby była to sama muzyka, to jeszcze... ale niestety pani Konarska udziela się w nich wokalnie, bo jakżeby inaczej. Nie bierze mnie jej ekspresja i jej podejście do zanucenia tych prostych przecież dźwięków i nic tego nie zmieni. &lt;br /&gt; Źle się stało, że główny kompozytor Daniel Potasz odszedł. Reszta zespołu pragnęła pewnie iść wyznaczoną na wcześniejszych płytach ścieżką. Ale niestety, czegoś zabrakło. Teraz też rozumiem przejście z progres metalu, do trip/roka na „downWords”. Album ten był łącznikiem, poszukiwaniem czegoś nowego. Niestety Maja i reszta nie do końca mnie na nim przekonywają. Brak w tej muzyce „złotego środka”...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7832198117983417995-3134327412042443891?l=event-horizon-music.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/feeds/3134327412042443891/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2009/11/moonlight-audio-136.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/3134327412042443891'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/7832198117983417995/posts/default/3134327412042443891'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://event-horizon-music.blogspot.com/2009/11/moonlight-audio-136.html' title='Moonlight - Audio 136'/><author><name>DeoNickus</name><uri>http://www.blogger.com/profile/18047963915993546696</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_GF6HsCOs06o/SwLtZIezsFI/AAAAAAAAAFE/Mh8ee5baVnI/s72-c/Audio+136.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry></feed>
