niedziela, 28 lutego 2010

Anathema - Pentecost III


To był przełom w sztuce tego zespołu. Ep-ka ta wyszła w tym samym roku, co genialna „The Silent Enigma”, przed problemami z wokalistą, kiedy to Vincent zajął miejsce Darrena White'a. Ale to miało nastąpić w przyszłości. Tymczasem 6 marca 1995 roku nakładem Peaceville Records wychodzi na świat płytka o tajemniczym tytule - „Pentecost III”.
Materiał ten zawiera pięć kompozycji (plus jedna ukryta), z czego każda z osobna jest inna, więc opisze pokrótce każdą. Na sam początek mamy utwór „Kingdom” i jest to zapowiedź tego, co ma nadejść. Pierwsze dźwięki mówią wszystko... Kawałek ten mógłby się znaleźć na „Milczącej Zagadce”, wtopiłby się w nią bez rozpoznania. Kolejnym numerem jest „Mine Is Yours to Drown In (Ours Is the New Tribe)”. Chyba nie muszę pisać, że to jedyny taki wybryk w całej historii Anathemy. Nigdy wcześniej, ani nigdy później nie napisali niczego podobnego. Kiedy słucham go po latach przypomina mi on wczesne dokonania Godflesh. Ma on w sobie to coś, połamane, ciężkie i wolne riffy, niczym walec toczące się do przodu. Poza tym na samym końcu jest prawie taki sam patent melodyjny, jak w numerze „Nocturnal Emission” z „The Silent Enigma”. Dalej mamy „We, the Gods” z początku może się wydawać trochę smętnawy, gdyż, ani melodia, ani linia wokalu raczej nie zachęcają, ale kiedy przyśpiesza, zaczyna się robić naprawdę ciekawie. Zaraz po nim jest song tytułowy, a jest to instrumentalna sztuka; raczej najbardziej nijaki numer na tym albumie. No i została nam jeszcze jedna rzecz, a mianowicie „Memento Mori”. Ten jest definicją połączenia death metalu z doomem, nic dodać, nic ująć. No i został jeszcze jeden, ukryty numer. „666” to mały dodatek, który słyszalnie nawiązuje do twórczości takich bandów jak Venom i Celtic Forst.
Fascynuje mnie, w jaki sposób ten zespół z biegiem lat zmieniał swoje oblicze. Przykładem tego jest właśnie „Pentecost III”. Nigdy już nie powrócili do tego co było zawarte tutaj, ale też rozwinęli pomysły, które tutaj zostały wykorzystane. Zmieniali się odtąd juz zawsze...

sobota, 27 lutego 2010

Vintersorg - Ödemarkens Son


Pierwszy raz styczność z tym albumem miałem jakieś 10 lat temu. Wtedy to usłyszałem na składance z Mystic Art numer „Svältvinter”. Kompletnie mi się nie podobał, był totalnie nie w moim guście. Jakoś parę lat później usłyszałem płytę „Cosmic Genesis” i zostałem oczarowany Vintersorg. Dziś znów wróciłem do „Ödemarkens Son” i muszę przyznać, że niesłusznie oceniłem ją negatywnie tylko po jednym kawałku, który bagatela, teraz bardzo mi się podoba. Gusta się zmieniają. Ale do rzeczy...
„När Alver Sina Runor Sjungit” to utwór rozpoczynający ten krążek. Charakterystycznym momentem tego kawałka jest minutowa solówka, bardzo melodyjna i stonowana jak na viknig metal. Za pierwszym razem, gdy usłyszałem dźwięki tego kawałka byłem zszokowany, że jest w nim tak dużo progresji. Byłem pewien, że pierwsze dwie płyty Vintersorg (ta jest druga) będą bardziej folkowe niż progresywne, myliłem się. Kolejnym numerem jest ww. „Svältvinter”. To najjaśniejsza pogańska gwiazda tego wydawnictwa, dzięki wykorzystaniu wiolonczeli i kobiecego melodyjnego wokalu. Atrybuty te dodała w dwóch utworach jedna osoba - Cia Hedmark, współpracująca z Andreasem "Vintersorg" Hedlundem w projekcie Otyg. Ciekawym jest również „Under Norrskenets Fallande Ljusspel”. W nim to refren zaśpiewany jest tak, jak gdyby była to piosenka popowa, melodia niesamowicie wpada w ucho. Poza tym mamy tu dużo smyczków wygenerowanych z klawiszy. Najbardziej agresywnym songiem jest tytułowy „Ödemarkens Son”. W nim to najwięcej jest skrzeczących wokali i szybszych temp, nawet małych blastów i rajdów na dwie stopy.
W każdej kompozycji tego albumu znajdziemy dużo tego typu rzeczy. Atmosfera z lasów północy, pogańskie melodie wygrywane przy ognisku, a wszystko to zaśpiewane w języku szwedzkim. Aranżacje są precyzyjne i nieskazitelne, po prostu nie ma się do czego doczepić. Tak samo brzmienie. Czyste, wręcz kryształowe, ale jednak zadziorne, ciężkie i ostre. Vintersorg naprawdę napracował się przy tym albumie i to słychać. Każda maleńka rzecz jest dopracowana, takie albumy nieczęsto się znajduje. Krążek ten jest świetny i teraz będę pamiętał, by nie odrzucać czegoś przed przesłuchaniem jego całości.

środa, 24 lutego 2010

Abyssos - Together We Summon The Dark


Był czas gdy byłem zafascynowany takimi zespołami jak Cradle of Filth i Hecate Enthroned. Do tego pociągał mnie wampiryczny metal. Szukałem takich „pokrewnych” grup i tak znalazłem Abyssos, młodą szwedzką formację, której przewodniczył Rehn. Swoją pierwszą płytę wydali w 1997 roku i właśnie ta wpadła mi do ręki. Nosiła ona nazwę, która wryła mi się w pamięć - „Together We Summon the Dark”. Po latach wróciłem do dźwięków w niej zawartych i teraz dzielę się z wami moimi spostrzeżeniami.
To, co znalazłem na tym albumie to melodyjny black metal z naleciałościami ww. grup. Kompozycje są rozbudowane, symfoniczne z wykorzystaniem bardzo dużej ilości klimatycznych smaczków. Teksty traktują oczywiście o wampiryzmie, ale też o okultyzmie i krwawym erotyzmie, więc dla każdego fana krwawo-romantycznych klimatów ten album powinien być nie lada gratką.
W muzyce Abyssos oprócz natłoku melodii występują bardzo gęsto blasty, co może trochę nudzić na dłuższą metę, no ale to mały minus. Innym minusem tego wydawnictwa jest wokal Rehna – monotonny i pozbawiony emocji. Choć barwa jest charakterystyczna, to jednak czegoś w nim brak. Takich to nieznaczących minusów doszukałem się w tym wydawnictwie, teraz czas na plusy.
Głównymi utworami, dzięki którym album ten jest ciekawy są... Otwierający „We Hail Thy Entrance” - prawie dziesięciominutowa kompozycja, w której nie będzie czasu na zastanawianie się nad jej słabościami. Numer ten rozpoczynają słowa „The witch is dead” wymówione przez sesyjną wokalistkę o pseudonimie Sedusa i aż do trzeciej minuty wampirzy uścisk jest bardzo silny. Wtedy to wchodzi męski chór wznoszący zło ponad wszystko. Po nim wracamy do uścisku, który nie puszcza aż do końca.
Moim kolejnym faworytem jest „In Fear They Left the World Unseen”. Od samego początku kojarzy się mocno z Kredkami. W nim (jak i w sumie w każdym) postawiono na atmosferę i dlatego w tym jest więcej jazd na dwie stopy, choć blasty też można uświadczyć.
I wspomnę o jeszcze jednym godnym opisania utworze, a jest nim kawałek tytułowy „Together We Summon the Dark”. To instrumentalna kompozycja, głównie oparta na fortepianie. Słuchając jej ciężko się opędzić od wizji zachodu słońca, kiedy to dzieci nocy budząc się wychodzą na łowy.
Minęło ładnych parę lat, kiedy ostatnio słuchałem tego albumu, ale nadal podoba mi się tak, jak przedtem. Muzyka nie jest może odkrywcza ani szczególnie oryginalna, ale pomimo tego jest naprawdę dobra. W sam raz, by przy świetle księżyca snuć marzenia o nieśmiertelności, bestiach i krwi...

poniedziałek, 22 lutego 2010

Helstar - The King Of Hell


Grupa Helstar w 2008 roku, czyli po trzynastu latach ciszy, wydała na świat swoją szósta płytę. „The King of Hell” to kawał świetniej muzy, a co najciekawsze, to prawdopodobnie najcięższy materiał w ich karierze.
To pierwsze wydawnictwo tego zespołu, które mam okazję przesłuchać. Tak się składa, że często sięgam po płyty po przeczytaniu recenzji, z jakiś tam pism o ciężkiej muzyce. I tak po przeczytaniu o Helstar, pomyślałem - czemu nie? Styl, który kiedyś reprezentowała sobą ta formacja nie przekonywał mnie, gdyż power/speed nie jest niestety moją ulubioną fuzją gatunków, ale przeczytałem, że teraz Teksańczycy zaczęli thrashować, więc sięgnąłem, przesłuchałem, i tak teraz dzielę się z wami moimi odczuciami.
Tak jak napisałem na początku, to dobra muzyka, ale raczej tylko dla fana zespołu, lub/i dla kogoś, kto lubi speed /thrashowe wynaturzenia. Reszta raczej będzie kręcić nosami, gdyż nie znajdziemy na „Królu Piekieł” nic nowatorskiego. Brak tej płycie magnetyzmu, może przebojowości. A to co tu jest, to klasyczne wokale, wysokie i piszczące w niektórych partiach, choć James Rivera nieco niżej zaśpiewał inne, gdyż wymagał od tego materiał, który, co tu dużo mówić, jest mroczny jak na tą kapele. Poza tym ciekawe brzmienie, stylizowane na lata 80-te, co jest cholernie dużym plusem. Gitary brzmią ciężko i mięsiście, a perkusja prawie przez cały czas napierdziela na dwie stopy.
Najciekawszymi momentami tego ponad dziesięciominutowego krążka są utwory: „Tormentor” (no nie da się przy nim nie machać głową), „”In My Darkness” (ostra balladka) i ostatni „The Garden of Temptation” w nim można usłyszeć najlepszy otwierający riff na całej płycie.
Album ten na pewno będzie nie lada gratką dla starych wyjadaczy i nowych fanów metalu, kochających taką młóckę. Teraz jest to niestety muzyka niszowa. Kiedyś wielka, teraz znów się odradza. I to wydawnictwo jest tego dobrym dowodem. Nie wszystko bowiem w thrashu zostało już powiedziane.

poniedziałek, 15 lutego 2010

Black River - Black'n'Roll


W 2009 roku swoją kolejną płytą zaszczyciła nas warszawska grupa Black River. To już ich drugi krążek, a muszę przypomnieć, że przecież twór ten powstał dopiero dwa lata temu. Z nicości powołali ten zespół do życia takie znakomitości polskiej sceny jak: Orion i Daray razem z kompanami z ich starego bandu o nazwie Neolithic. I wszystko byłoby pięknie i ładnie, gdyby nie jedna rzecz ... a mianowicie, muzyka zawarta na „ Black'n'Roll” to nic innego jak stary, klasyczny wręcz heavy/hard rock, nie zaskakujący kompletnie niczym.
Szperałem trochę po necie i prasie w poszukiwaniu recenzji na temat tego krążka, a jedyne, co znalazłem to wychwalania pod niebiosa. Byłem w ciężkim szoku, kiedy czytałem o tym albumie i słuchałem go jednocześnie; coś mi tu się nie zgadzało. Czy naprawdę nikt z recenzentów nie słyszał tego, że to wszystko już gdzieś było, że przecież nic nowego w muzyce Black River nie ma? Pójdę dalej i stwierdzę, że jedynym aspektem tej płyty jest wtórność. Wtórności, która bądź co bądź może się podobać, bo zagrana i zaaranżowana jest w profesjonalny i ciekawy sposób, ale jednak wtórność.
Potwierdzeniem tego, że Orion i spółka ulegali wpływom w trakcie tworzenia tego albumu jest okładka. Wystarczy przypomnieć sobie okładkę pierwszego krążka Danzig i wszystko będzie jasne. Podobieństwa nie są przypadkowe. I nie wiem, co ciągnie polskich metalowych muzyków do kopiowania twórczości ww. pana. Najpierw zrobił to Nergal w 1999 roku w swym projekcie Wolverine, teraz Czarna Rzeka. Przecież styl ten prawie jest już na wymarciu, tak grało się 20 lat temu i nie ma najmniejszego sensu grać tak teraz. No, ale pewnie kolesie z Black River myślą inaczej.
Więc do kogo jest adresowana ta płyta? Pewnie do starych wyjadaczy, którzy lubują się w takim stylu, i są na tyle elastyczni, by posłuchać wypocin ze strony nowicjuszy. Albo dla młodych ludzi, którzy nie znają klasyków tego gatunku, z czego pewnie tych drugich jest o wiele więcej i ci częściej będą sięgać po ten album. Jeżeli więc jesteście kimś z tych dwóch grup, możecie po niego sięgnąć i na pewno wam się spodoba. Reszcie raczej będę to odradzał, bo po co męczyć uszy i tracić czas na coś, co już było? Ale wybór jest wasz...

Hellveto – Neoheresy


Jeżeli kiedykolwiek wyjdzie podręcznik historii polskiego metalu, to L.O.N. będzie miał w nim swoje zasłużone miejsce. Na koncie swojego projektu Hellveto ma już trzynaście płyt i ciągle atakuje nas następnymi. Niekiedy raz w roku, niekiedy nawet trzy razy. Co jakiś czas sięgam po jego dzieła, by usłyszeć, jak ewoluuje jego muzyka i tak trafiła do mnie kolejna jego płyta. Tym razem był to album „Neoheresy” z 2008 roku.
Odtwarzając go niedawno po raz pierwszy myślałem, że to ostatni krążek w jego dorobku, ale byłem w błędzie. Przez to, że skrupulatnie nie śledzę jego kariery, nie wiedziałem, że w 2009 roku Hellveto wypuściło dwie płyty. No ale wróćmy do neoherezji. Sześć kompozycji zamyka się w trzydziestu pięciu minutach, mogło być trochę dłużej, no ale niestety jest jak jest. Wszystko otwiera „Taran”, który od samego początku roztacza wokół siebie pogański klimat dawnych dni. Tętent kopyt galopującego konia, szczęk mieczy i wyjący do swych pagan melodii L.O.N. Tak to mniej więcej się zaczyna. A co jest później? Różnego rodzaju smyczki, orkiestrowe tła, czarne riffy i bałwochwalcze rytmy. Podobnie jest w „Herezji”. Tylko tutaj dostawką są męskie chóry, skrzętnie wkomponowane w tło. Słuchając tych dźwięków ciężko nie zobaczyć oczyma wyobraźni palących się stosów z ludzkim mięsem skwierczącym w płomieniach.
Trochę zmienia się klimat w następnym „Gdy Umiera Świt”, tylko dlatego, że zamiast średnich temp pagan grania, mamy black metalowe blasty. Po nim następuje najdłuższy utwór na płycie - „Milczące Sumienie”. To ponad osiem minut epickiej pieśni, gdzie cichutkie tchnienia fletu wraz z dźwiękami gitary akustycznej łączą się z posępnymi czarnymi riffami. I tak mniej więcej jest do samego końca tego albumu, co niekiedy bywa sprawcą nudy, ale tu jest inaczej. Po dogłębnym przesłuchaniu „Neoheresy” można poczuć pewien niedosyt, gdyż jednak za szybko się kończy. To niestety jest dużym minusem, ale poza tym nie ma się czego czepiać. To kolejna, dobra płyta wychodząca pod szyldem Hellveto i aż dziw bierze, że zespół ten jest nadal tak mało popularny na naszych polskich ziemiach.

poniedziałek, 8 lutego 2010

Proletaryat – ReC


Płyta „Rec” jest najbardziej ambitnym krążkiem w historii zespołu Proletaryat. Została ona wydana w 2006 roku, siedem lat od albumu „Made in USA”. Od samego początku, czyli od „Wiedziałem mam” słychać, że zespół zaczął eksperymentować na polu skreczów i elektroniki. Ponadto liryki (a odgrywają one bardzo dużą rolę na „Rec”) posiadają niebanalną tematykę. Następnym utworem jest „Pragniemy”. W nim, oprócz elektronicznych upiększeń, miej więcej w środkowej części pojawia się coś na kształt orkiestry. Nie mam pojęcia, czy jest prawdziwa, czy syntetyczna, ale motyw muzyczny robi wrażenie.
Najsilniejszą kompozycją tego wydawnictwa, jest „Modlitwa”. Początek wyrwany niczym z płyty Tool, lecz nie jest to bezmyślne kopiowanie, ma to swoją oryginalność. Panowie z Pabianic sięgnęli do ciekawych źródeł muzyki rockowej i pokazali, że potrafią stworzyć coś na jej modłę, zachowując jednocześnie swe oblicze. Genialny, jeżeli nie najlepszy utwór w dziejach zespołu! Silnym, tylko w innym tego słowa znaczeniu jest „W czyim imieniu”. Z dobitnie wyeksponowanym refrenem, gdzie nawet brzmienie werbla zmienia się, dla podkreślenia agresywności tego numeru.
Ciekawym momentem jest również „Być czy być”, do którego został stworzony jeden z lepszych teledysków na polskiej scenie. Ten poza tym, że posiada typowo polsko zaśpiewany refren, ma również ciekawą rytmikę. I jest to ostatni numer na tej płycie z gatunku tych najlepszych, reszta jest już tylko dobra, a nawet średnia. Na samym końcu mamy małą ciekawostkę pod nazwą „S.K.A.”. I chyba nie muszę mówić, dlaczego taki tytuł, a nie inny. Wyprzedza go 22 sekundy ciszy, co jest oczywistym podkreśleniem jego odrębności od całości. Jego atutem jest tekst, który ma bardzo oczywisty podtekst:)
Przesłuchując cały materiał ma się wrażenie, że to wszystko gdzieś już było. Faktem jest, że muzyka tu umieszczona jest w dużej mierze efektem prawdopodobnych fascynacji nowoczesnego podejścia do muzyki. No ale co z tego, że Proletaryat sięga po wypróbowane patenty? Ważne jest to, że potrafi z nich zrobić coś nowego, coś dobrego. Oczywiście niektóre numery są słabsze od innych, ale przecież to naturalne. Rzadko zdarza się płyta dobra od początku do końca. Jest jeszcze jedno i akurat ten aspekt nie podoba mi się najbardziej. Balansowanie na krawędzi oryginalności a komercji. Ale nie będę tego tematu rozwijał, posłuchajcie sami...

Nocturnal Mortum – Mirovozzrenie


„Mirovozzrenie” to czwarta płyta w dorobku ukraińskiej formacji Nocturnal Mortum. W przeszłości postawiłem krzyżyk na tym zespole, po tym, jak wysłuchałem „Goat Horns”, ale postanowiłem dać im jeszcze jedną szanse. Trafiłem na ich słowiański odpowiednik albumu „Weltanschauung” i szczerze zostałem zaskoczony.
Muzyka na tym krążku dzieli się na dwa nie pasujące, a jednak niesamowicie ze sobą połączone światy. Pierwszy jest ośmioma kompozycjami instrumentalnymi, gdzie trzy z nich są mrocznymi, wręcz ambientowymi songami, a pozostałe to folkowe, dzikie melodie. Najbardziej wyrazistymi z nich są... „Zvjoznaya Pyl” trochę odstający numer, gdyż jest niesamowicie kosmiczny, niczym podroż ku gwiazdom. „Pechal Rodnyh Zemel” to już folkowa aranżacja, gdzie drumle grają pierwsze skrzypce. No ale to są tak naprawdę przerywniki do epickich black kawałków, których jest tu sześć. Najkrótszy z nich ma ponad siedem minut, najdłuższy ponad 12 i właśnie ten epicki utwór najbardziej przypadł mi do gustu. Nazywa się „Vkus Pobedy”. W nim to możemy usłyszeć śpiew Vasily Haschina i fragmenty z nim są najpiękniejszymi na tej płycie. Utwór ten składa się z klimatycznego intra i takiegoż samego outra. Środkowa część spina to wszystko do kupy, a jest to typowe black folkowe granie, niczym za bardzo się nie wyróżniające na tle innych kawałków z tego albumu. Ale właśnie to ten klimatyczny początek i koniec sprawiają, że ciągnie mnie do tego numeru jak tylko włączam ten krążek.
Minusem muzyki tutaj zawartej jest brzmienie. Powinno być bardziej czytelne, a jest surowe, rozmyte, przez co klawisze, które ciekawie się mają w tle, nie przebijają się zbyt mocno. No i drugi minus, muszę o nim wspomnieć, gdyż jest to ważna sprawa. Nacjonalno-socjalistyczne poglądy panów z Nocturnal Mortum kompletnie mnie nie kręcą, mówiąc szczerze, nie potępiam ich za ideologie, ale też nie będę ich klepał po pleckach za teksty w stylu „white power”. I w sumie to cieszę się, że słuchałem płyty z rosyjskimi tekstami, dzięki temu ni w ząb nie rozumiem słów.
Jeżeli więc jest wam kompletnie obojętna strona liryczna, możecie sięgnąć po ten krążek, gdyż jest naprawdę ciekawy. Poza tym, to nasi wschodni sąsiedzi, a warto poznać muzykę graną przecież tak niedaleko nas.

piątek, 5 lutego 2010

Fear Factory – Mechanize


Minęło pięć długich lat od wydania „Transgression”, największej pomyłki w dziejach Fear Factory. Zmienił się skład... Odeszli Harrera i Wolbers, a powrócił Dino Cazares. Poza tym do zespołu dołączył Gene Hoglan. I tak w zmienionym (starym) składzie powstała nowa płyta - „Mechanize”.
Po pierwszym przesłuchaniu byłem zawiedziony. W sumie to tylko dlatego, że pragnąłem czegoś, czego pewnie już nigdy nie dostanę. Czekałem na wspaniałe dźwięki, które powalą mnie na kolana, a dostałem po prostu dobry, równy krążek. „Mechanize” jest ukłonem w kierunku przeszłości. Słychać tu dokonania z „Demanufacture” i „Obsolate”, chociaż oczywiście brakuje mu przebojowości i genialności jak tamtym.
Powrócił stary, dobry mechaniczny styl ich gry. Perfekcyjna maszyna znów uderza mocno i bezwzględnie. Słychać to w każdym kawałku. Począwszy od tytułowego, skończywszy na ostatnim lekko balladowym „Final Exit”. Ale po kolei...
Odgłosy fabryki i metaliczny, niezrozumiały głos - tak się zaczyna płyta i tytułowy numer. Kiedy wchodzi pierwszy riff od razu wiadomo, że „el presidente” wrócił. Mocne i selektywne zagrywki połączone z podwójną stopą uderzają niczym karabin maszynowy(wizytówka tego zespołu). Ale cholera, to wszystko jest wtórne. Fear Factory jedyną prawdziwą zmianę przeżyli między pierwszą a drugą płytą(nie licząc fatalnej Transshition):). Późniejsze były tylko kosmetycznymi poprawkami. I niby Burton i reszta starają się jak mogą, by dorównać swoim wcześniejszym dokonaniom (tym z Cazerasem), ale niestety, nie jest to wystarczające.
Wydaje się, że nagrania te powstały zbyt szybko, dobre pomysły są, ale jakby nie do końca dobrze poukładane. Oczywiście, niektóre momenty wybijają się na tle drugich. Takie numery jak „Fear Campaign”, Powershifter”, „Christploitation” czy też głównie z końcowej fazy „Oxidizer dają radę, a reszta może szybko znudzić. Szkoda, trochę...
Dobra, nie ma co się czepiać. Dostaliśmy dobry album. Może w przyszłości czeka nas coś lepszego? Na razie mamy „Mechainze” i kiwamy głowami do jego „strasznych” rytmów.

niedziela, 31 stycznia 2010

Pantera - I Am The Night


Pantera, jeden z najbardziej znanych amerykańskich zespołów ciężkiej muzyki, na samym początku wykonywał klasyczny heavy metal, choć niektórzy podczepiają ich ówczesną twórczość pod glam i może coś w tym jest. Paradoksalnie sławę tej grupie przyniosły późniejsze, groove metalowe twory, a wcześniejsze poszły w zapomnienie... Nie dla mnie.
W 1985 roku Pantera wypuszcza na rynek swoje trzecie dziecko pt. „I Am The Night”. To ostatni album z wokalistą Terrencem Lee, którego w przyszłości miał zastąpić Phil Anselmo. Zawartość tego krążka to dziesięć rasowych heavy metalowych kompozycji, których pewnie mogliby pozazdrościć niejedni starzy wyjadacze tamtych czasów. Kiedy pierwszy raz usłyszałem te dźwięki, byłem w ciężkim szoku, gdyż nie wyobrażałem sobie, że takie rzeczy wychodziły w tamtych latach w USA. Przecież wtedy królował tam thrash, a tu prawie z niczego powstał heaviak na wysokim poziomie, atakujący nas z siłą największych europejskich formacji.
Od samego początku uderzenie jest mocne i tylko na parę momentów rozluźnia swój heavy uścisk. Pierwsze trzy kompozycje: „Hot and Heavy”, „I am the Night” i „Onward We Rock”, wyrwały się, jak dla mnie, z płyt niemieckiego Accept. Miażdżą swoimi przepięknymi riffami, prując do przodu pełne szaleństwa.
Oczywiście nie zabrakło tu też miejsca na lekkie zwolnienia. Przykładem tego jest utwór „Daughters of the Queen”, oparty na zagranym w średnim tempie riffie, przy którym head banging też mógłby być wskazany, albo podobny, tylko nieco cięższy „Come On Eyes”, z piękną solówką made by Diamond Darrell. No i oczywiście zamykająca cały album ballada „Forever Tonight”.
Płyta opatrzona jest mięsistym i ostrym brzmieniem. Słucha się tego przyjemnie i tylko najwięksi przeciwnicy heavy będą kręcić nosami. To jest kawał dobrej muzy i trochę szkoda, że Pantera jednak zmieniła styl. Z drugiej jednak strony nigdy nie dostalibyśmy tak wielkich płyt, jakie nagrali później. Pantera jest już historią, ale ich muzyka żyje nadal.

wtorek, 26 stycznia 2010

Tesserakt - The Unknown


Obiektem tej recenzji będzie pierwsza płyta progresywno - metalowego zespołu ze Stalowej Woli o nazwie Tesserakt. „The Unknown” to danie, które powinno najbardziej spodobać się ludziom gustującym w poczynaniach Dream Theater czy Liqiud Tension Experiment. Jednak nie do końca, gdyż instrumentalna muza tego kwartetu jest ubarwiona brzmieniem skrzypiec, co dodaje jej uczucia i powiewu lekkiej oryginalności.
Szczerze, to mógłbym skończyć tą recenzje w tym miejscu, gdyż reszta będzie dla mnie bezsensownym prawieniem o czymś, co już się powiedziało. Przesiąknięcie patentami Dreamów jest tak widoczne, że cała reszta nowatorskich rzeczy jest przez nie przyćmiona.
Porównując dalej, to utwór „111” jest numerem, który przypomina mi cholernie dokonania Ankh, a konkretnie myślę o grze skrzypiec. Jednocześnie te same skrzypce lepiej brzmią w „Pięcie Zeusa”, gdzie jakby bardziej wpasowały się w całą aranżacje. W numerze otwierającym, o niecodziennym tytule „Ultrarozpierdalator”, jawnie mamy kopię riffu Metallici z „From Whom The Bells Tolls” itd.
Najdłuższym kawałkiem tu zamieszczonym jest kończący to wydawnictwo „Battle Royale”. Prawie jedenaście minut muzycznych pasaży, zmian tempa, klimatu, mieszanina wszystkiego tego, co dobre w progresji, jak i tego, co jest tylko średnie.
Zawsze szukam w progresji czegoś, czego jeszcze nie słyszałem. Tutaj niestety jest tego mało, a to, co znalazłem, nie zaskakuje mnie na tyle, bym mógł się nad tym zatrzymać dłużej. Jak na początek nieźle, ale widzę długą drogę, która tak naprawdę nie wiadomo gdzie zawiedzie Tesserakt... Wielkość, albo zapomnienie...

czwartek, 21 stycznia 2010

Förgjord - Ajasta Ikuisuuteen


„Ajasta Ikuisuuteen” – spytacie pewnie co to za bełkot, ja wam odpowiem - to pierwszy w historii long play fińskiej grupy o nazwie Förgjord. Album ten zawładną mną doszczętnie, po prostu nie potrafię przestać go słuchać. Pytam samego siebie – dlaczego? Przecież to totalny black metalowy jazgot, pełen brudnych brzmień, fatalnej produkcji oraz okazu niedociągnięć w technice gry. Może kiedy przebrnę przez ta recenzję, dowiem się tego?
Początek jest mroczny... Gdzieś w oddali słychać skrzek kruka, odgłos kroków, skrzypiący śnieg i ten mróz... Dźwięki „Alkusoitto” są niczym doomowa podroż do zakątków zimnych krain, pełnych smutku, nostalgii, ale też i pustki. A kiedy nastaje cisza, gdzie jeden numer kończy się, a drugi rozpoczyna, coś we mnie pęka, bo taka piękna atmosfera zamienia się w przesterowany, brudny, surowy black metal. Ale to trwa tylko przez kilkadziesiąt sekund... Kiedy w „Kristuksen Malja, Ruumis Ja Veri” tempo zaczyna zwalniać, ten mroczny klimat wraca i tu i tam w każdym z 7 kompozycji tej płyty. Właśnie przez ten feeling ta muzyka mnie tak kręci.
Powolnymi dźwiękami gitary zaczyna się kolejny „Veljeskunta”. Jego brzmienie jest tak surowe, że mógłbym przysiąść, że został nagrany w sali prób, a nie w jakimś studio. Ale to w niczym nie przeszkadza, by jest to pełen melancholii i agresji kawał dobrej muzy. Mamy tu połączenie dwóch kompletnie innych światów i połączenie to wychodzi niesamowicie.
Moim ulubionym tutaj songiem jest „Itseensä Kahlittu”. Gdy go słucham zastanawiam się, dlaczego nie ma więcej takich bandów. Uczucia, które włożyli panowie z Förgjord do skomponowania tegoż kawałka są przytłaczające, a w dzisiejszych czasach mało co tak przytłacza. Nie zrozumcie mnie źle, po prostu myślę, że właśnie tego każdy z nas szuka w muzyce. Nie szybkości, nie techniki, ale przekazu uczuć, jakiekolwiek one są. W tym numerze czuć prawdę i szczerość emocji, co słychać w kulminacyjnej solówce. Po prostu cudo!!!
Mogę się założyć, że każdy, ktokolwiek nie zna i nie lubi blacku będzie się brzydził dźwiękami wydobywanymi z instrumentów przez Prokrustesa i Valgrindera, bo to jest ohydne i ma takie być! Gdyby było inaczej, prawdopodobnie nie podobałoby mi się to tak bardzo, jak podoba się teraz.

wtorek, 19 stycznia 2010

Vintersorg - Visions From The Spiral Generator


Vintersorg – to zespół, który nie przypadł mi do gustu swoimi pierwszymi płytami, a to dla tego, że viking/folk metal z „Till Fjälls” i „Ödemarkens Son” wydawał mi się bezpłciowy... W sumie to nadal tak myślę. Ale po jakimś czasie wyczytałem w mediach, że Vintersorg zmienił styl, grając bardziej progresywnie. Andreas "Vintersorg" Hedlund dostał ode mnie jeszcze jedną szanse. I nie zawiodłem się! „Cosmic Genesis” był tym, czego szukałem.
Czas poszedł naprzód, czekałem na następną odsłonę tego szwedzkiego bandu. Doczekałem się. W 2002 roku wychodzi czwarty długograj pod szyldem Zimowego Smutku - „Visions From The Spiral Generator”. Ze zniecierpliwieniem wrzuciłem tę płytkę do odtwarzacza i po przesłuchaniu całości byłem w wielkim szoku. Gdzie się podział ten klimat kosmicznej odysei z poprzedniego albumu? Gdzie się podział ten niesamowity wokal? Ano wszyscy ci, którzy myśleli, że Vintersorg pójdzie krok dalej po ścieżce, którą obrał wcześniej, będą zasmuceni.
To, co znajdziemy na tym krążku to połączenie folku, progresji i vikingu, ale jakoś całościowo strasznie się to nie klei. Pójdę dalej w tym kierunku i napisze, że wokal i muzyka rozjeżdżają się i zamiast tworzyć harmonie, tworzą coś zupełnie innego. A propos wokalu to jest on najsłabszym wyczynem na wszystkich jego płytach. Nie pasuje, nie brzmi, jakby był z całkiem innej bajki.
Utwory takie jak „E.S.P. Mirage” z pokręconym wokalem w środkowej części, czy też „A Star-Guarded Coronation”, najbardziej przypominający to, co działo się na „Cosmic Genesis” to dwa, których mogę słuchać i nie narzekam za bardzo. Reszta przelatuje i za cholerę nie chce się do tego wracać.
Nic też nie dało, że grają tu takie osobistości jak Steve DiGiorgio, którego raczej nie trzeba przedstawiać i Asgeir Mickelson – były perkusista Borknagar, Spiral Architect i wielu innych. Po prostu materiał jest słaby i pomimo ich usilnych starań, taki pozostanie. A szkoda... Patrząc na zespoły, w jakich Vintersorg sobie pogrywa i solowe jego projekty, to się w sumie nie dziwię. To pewnie zmęczenie materiału, bo jak się ma za dużo na głowie, to łatwo coś spieprzyć.

niedziela, 17 stycznia 2010

Vesania – Firefrost Arcanum


Dobrze jest posłuchać czegoś polskiego, co ma wydźwięk światowy. Pomyśleć, że to nasze rodzime dźwięki, są znane gdzieś tam, daleko od naszych podwórzy. Takim podbijającym świat polskim zespołem jest Vesania. To niesamowite, że właśnie z tak czarnej muzy Polacy powinni być dumni. W 2003 roku wychodzi „Firefrost Arcanum” i otwiera im drogę na rynki zachodu i wschodu.
Pierwszy raz słuchając tego krążka doznałem szoku (pierwszy opisałem obszernie w pierwszym akapicie), drugi przez muzykę. Nikt nigdy w Polsce nie grał tak jak oni. To znaczy kiedyś Behemoth nagrał trochę okrojoną wersje drogi obranej przez Vesania, a był to album „Pandemonic Incantation”.
Symfoniczny black metal przedstawiony na Firefrost jest brutalnie chaotyczny. Takie słowa narzucają mi się jako pierwsze, by opisać tę muzę. Drugim spostrzeżeniem jest podobieństwo, lecz niewielkie do pierwszych płyt Emperor. To na razie tyle, by mniej więcej umieścić tę płytę na orbicie postrzegania.
Dziesięć kompozycji. W tym trzy niecało minutowe przerywniki i jedno prawie trzyminutowe intro/kawałek - „Path 4. Algorfocus Nefas”. Poza tymi czterema pozostaje ekstrema, chaos, brutalność, agresja, ale też symfonia i klimat.
Vesania stara się nasz zamęczyć długimi numerami, takimi jak „Path 6. Moonthrone. Dawn Broken.” i „Path 10. Dukedom Black Act I” - to ponad 9 minutowe, najdłuższe kawałki. Reszta jest niewiele krótsza. Ale to nie o długość chodzi... Jak zawsze liczy się jakość. I choć na Firefrost może nie wszystko jest tak poukładane jakbym tego chciał, to to, co słyszę bardzo mi odpowiada. Ich black spojrzenie na muzykę jest indywidualne, a przede wszystkim ciekawe – to się liczy naprawdę.
Paradoksalnie do tych dziewięciominutowych kolosów podoba mi się najkrótszy „Path 5. Marduke's Mazemerising”. Pewnie dlatego, że jest krótko, szybko i na temat. Poza tym wydaje mi się on najbardziej poukładanym do kupy kawałkiem, reszta zdaje się lekko rozlatywać.
Dodam jeszcze istotny minus tego wydawnictwa – wokal. Przebijający się przecież przez cały czas, ale jakoś nie współgrający z resztą. Gdzieś w pewnym momencie nagrywania czegoś albo zabrakło, albo świadomie tak zostawiono.
Mroźnyogień – pierwszy dumny krok. Udany w dodatku. Wystarczy popatrzeć, posłuchać Vesani teraz. Siła i bezkompromisowość. Oby ich droga była długa i obfita.

środa, 13 stycznia 2010

My Dying Bride - For Lies I Sire


Ups... We Did It Again... Sentencja ta nieźle opisuje najnowsze dokonanie nieumierającego bandu z Wysp Brytyjskich, czyli My Dying Bride. Ich nowy album nosi nazwę „For Lies I Sire” i niczym nie zaskakuje, tak samo jak dwa poprzedzające go wydawnictwa.
Słuchając dźwięków wydobywających się z „For Lies...” mam wrażenie, że Aaron i Andrew (tylko ci panowie pozostali ze starego składu) nostalgicznie chcieliby powrócić do czasów z „Turn Loose The Swans”, albo „The Angel and The Dark River”. Oczywiście nie do końca powrócić, gdyż w tym wszystkim czuć na kilometr feeling z ich poprzednich strasznie słabych dwóch płyt... Cóż, bardzo chcieli, ale niestety, na chęciach się skończyło.
Krążek ten zdominowany jest przez czyste wokalizy. Praktyczny brak agresywnych wokali Aarona sprawia, że to doomowe zadumanie przysparza mnie raczej o senny klimat, niż o tchnienie „przeznaczenia”. Napisałem prawie, gdyż w „ShadowHaunt” i w „ A Chapter in Loathing” śpiewak przypomina sobie, że przecież potrafi, że można jakimś growlikiem lub skrzekiem pociągnąć leciutko.
„ShadowHaunt” ma piękną linię skrzypiec i ciekawy bas, który prowadzi całość. Numer ten łechce lekko moje poczucie piękna, ale słuchając go, odczuwam pewny niedosyt. Za to drugi jest ogólnie słaby … to przysłowiowe chwytanie się ostrza brzytwy. Wstawki z blastami tutaj użyte są poza moja tolerancją na muzyczna głupotę. Rozumiem manewr, który prawdopodobnie miał ożywić te słabe, nużące aranżacje, ale blasty?! Czy ktoś jeszcze pamięta, kiedy MDB użyła takich patentów w swojej muzyce? Mi jakoś ciężko sobie przypomnieć. Może na pierwszej płycie? Ale na 100% to pewny nie jestem. Poza tym, blasty jak cholera nie pasują do doomu, to ma czarować, nie wkurwiać!!!
Jako takim numerem jest otwierający „My Body, A Funeral”, gdzie na dobra sprawę to raczej tytuł przykuwa tu najbardziej uwagę. Dobrym też jest „Santuario di Sangue”. Oczywiście w każdym z dziewięciu kawałków można znaleźć coś dobrego, ale to nie ratuje tego słabiutkiego dzieła.
Chyba już zawsze, gdy MDB będą wypuszczać swe nowe wypociny będę kręcił nosem i wspominał przeszłość. Kiedyś istniał dla nich ratunek, a nazywał się „34.788%... Complete”. Niestety nie poszli tą drogą, a szkoda, bo pewnie nadal lubiłbym ten zespół. Tak dostaliśmy trzecią kopię uganiania się za czymś, czego się nigdy nie złapie.
Na koniec dwa pytania: czy MDB jeszcze kiedyś pokaże nam, że żyje? Czy może za parę lat usłyszymy kolejna próbę gonienia za własnym ogonem? Na odpowiedź trochę poczekamy, tymczasem... Podsumowaniem „For Lies...” jest tytuł jednej z piosenek w niej zamieszczonych - „Echoes from a Hollow Soul” - tym to jest teraz twórczość MDB, echem dawnej świętości. Niczym więcej...

Estatic Fear - A Sombre Dance


Uwielbiam, kiedy muzyka wzbudza we mnie uczucia, których ciężko szukać gdzieś indziej. Poczucie wolności, powiewy szczęścia i melancholii jednocześnie, miłość i osamotnienie…
Tylko kilka płyt w moim życiu budziło we mnie takie oraz wiele innych uczuć. Jednym z tych cudownych albumów jest „A Sombre Dance”, nieistniejącej już niestety grupy z Austrii o nazwie Estatic Fear.
Wydawnictwo to składa się z intra (Intro (Unisono Lute Instrumental)) i dziewięciu tzw. Chapterów. Każdy z nich jest unikatowy, jednocześnie wszystkie naraz tworzą jedną spójną całość.
Mógłbym opisać każdy z osobna, ale wydaje mi się, że przy tym krążku to mijało by się z celem. Dlaczego, zapytacie? A to dlatego, że pomimo podzielenia na te dziewięć numerów, nie czuć go w trakcie słuchania, tak jakby był to jeden prawie piędziesięciominutowy kawałek.
Dalej opisze tylko to, co ta muzyka w sobie ma... Żywe instrumenty jak pianino, które przelatuje co jakiś czas w prawie każdej kompozycji, tworząc swą grą wiele pięknych momentów, które dla mnie pozostaną zapamiętane na długo. Pojawiają się tu też lutnia, wiolonczela i flet. Te trzy plus do tego cała otoczka doom metalu, czyli ciężkości i agresji, tworzą klimat tak unikatowy, zabarwiany lekko średniowieczem, że uwierzcie, ciężko szukać czegoś podobnego.
Dodam jeszcze jedną, w sumie to trzy rzeczy, a mianowicie wokal ... Trzy dlatego, że mamy tu trzy osoby, które raczą nas swoimi głosami. Czystą, bardzo delikatną barwę ma Claudia Schöftner, a wtórują jej Jürgen "Jay" Lalik i Thomas Hirtenkauf, growlem i skrzekiem.
Oczywiście tu, jak to na każdym krążku, mam swoje ulubione utwory. „Chapter II” i „Chapter IV” to kawałki zapierające mi dech w piersiach. Pierwszy agresywny z cudownym wejściem na fortepian. Drugi epicki, ponad dziesięciominutowy, jest genialny bez dwóch zdań.
I tak mógłbym ciągnąć to i ciągnąć, zastanawiając się, co jest godne opisania, a co nie, ale nie o to w tym wszystkim chodzi. „A Sombre Dance” to kawał wspaniałej muzy - ta fraza mogłaby być początkiem i końcem tej recenzji. Uwierzcie lub nie, a najlepiej przekonajcie się sami... Warto...

Enslaved – Vertebrae


Po dwóch latach doczekaliśmy się kolejnej odsłony jednego z najciekawszych zespołów z Norwegii, a mianowicie Enslaved. Najnowsza płyta tego progressive black/viking metalowego bandu nosi nazwę „Vertebrae”. Jest to krok naprzód, który został zapoczątkowany na poprzednich wydawnictwach, krok, muszę przyznać, jeszcze bardziej progresywny.
Jak to bywa z ich muzyką i tu oczywiście zostajemy zaskoczeni, oczywiście pozytywnie. Związki blacku i progresji osiągają tutaj doskonałą harmonię, a pierwsze dwa numery są tego doskonałym przykładem („Clouds” i „To the Coast”). Trzeci za to „Ground” jest jakby „zaginionym kawałkiem wielkiego Pink Floyd”. Inspiracje tym brytyjskim kwartetem osiągają tu swoje apogeum, szczególnie słychać to w liniach wokalnych i solówce, która jest tak zagrana, jakby zagrał ją David Gilmoure. Ale tak jest tylko w tym jednym numerze.
Najciekawszymi momentami, oprócz wspomnianego wcześniej „Ground” są: „New Dawn” i „Reflection”. Pierwszy to agresywne połączenie ich nowych wizji muzycznych, ze starym, dobrym, agresywnym, mrocznym i surowym black metalem. Słychać tutaj wszystko to i oczywiście wiele więcej. Jakoś dziwnie myślę, że to chyba ostatni taki podryg w tym kierunku. Oczywiście, piszę tak tylko dlatego, że „New Dawn” strasznie odstaje od reszty kompozycji, ale czas pokaże, czy miałem racje.
Drugim najciekawszym momentem na tym albumie jest „Reflection”. To najdłuższy utwór, który określę w trzech słowach: epic, viking, progres. Mniej więcej oczywiście z takimi rzeczami mi się on kojarzy. Ale tak jak „New Dawn” jest dla mnie pożegnaniem, tak „Reflection” jest jakby nową twarzą Enslaved. Tutaj ta cała harmonia między ich mroczną, a progresywną strona, jest najbardziej słyszalna. I gdyby nie wokal, powiedziałbym, że to granie nigdy nie miało nic wspólnego z black metalem. Podobnym do niego jest „Center”, ten z kolei ma świetny klimat.
Pozycja ta jest obowiązkowa dla każdego zjadacza metalu. Wiem, że muzyka Enslaved może być ciężka w odbiorze, ale uwierzcie, że wystarczy parę chwil, by usłyszeć, poznać jej geniusz. „Vertebrae” nie jest więc tylko albumem dla wymagających, choć pewnie oni najwięcej z niego wyciągną, ale też dla tych, którzy nie wiedzą, i nigdy nie słuchali progresji. Album ten może być dobrym początkiem ku nowym, muzycznym światom.

Dead Can Dance - Dead Can Dance


Wspaniałe były lata 80-te! Wtedy to powstawały niezapomniane kapele, jak na przykład Dead Can Dance. Ich debiut datuje się na 1984 rok, kiedy to wypuścili jedyny w swej historii post-punkowy album pod tytułem „Dead Can Dance”. Jedyny, dlatego, że późniejsze ich wydawnictwa z post-punkiem miały już niewiele wspólnego.
Recenzja ta będzie traktować o reedycji tego albumu, który zawiera jednocześnie Ep-kę „Garden of the Arcane Delights”, czyli cztery dodatkowe kawałki. Ogólnie rzecz ujmując, różnicy w stylu nie słychać żadnej, więc potraktuje to jako jedno czternastoutworowe dzieło.
Płyta ta jednak dzieli się słyszalnie na dwie części. Wymienione części nie są równe i w żadne sposób wyeksponowane przez wydawnictwo we wkładce. To podzielenie wynika ze stylu grania. Mamy tu kawałki typowo post-punkowe, takie jak: „The Trial”, „Fortune”, „A Passage in Time”, czy też ten z wokalem Lisy Garrard - „Threshold”, oraz te w stylu darkwave, world music, lecz songi te to dopiero nieśmiały, choć poważny, pierwszy krok na tej ścieżce.
Właśnie tego możecie się spodziewać po tym krążku. Dużo wpływów i lekkiego powiewu przyszłości. Jednakże ta „dwoistość” jest niestety minusem tego albumu. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, iż „średnia” to płyta, a na pewno najgorsza z twórczości DCD. Jednak myślę, że trzeba im wybaczyć, gdyż to, co niektórzy z nas przeżyli słuchając ich następnych dzieł, jest nie do opisania.
Dobrymi numerami, takimi, które się odznaczają są: „Fortune”, „Musica Eternal”, „A Passage in Time” i „In Power We Entrust the Love Advocated”.
Tak czy inaczej polecam te dźwięki. Klimat tego krążka to to, co w latach 80-tych wiodło do przodu większość młodych, szukających nowych brzmień, ludzi. I przecież nadal może to być odkryciem, wystarczy sięgnąć...

Daggerspawn - Suffering Upon The Throne Of Depravity


Gdy pierwszy raz usłyszałem dźwięki płynące z tego albumu, od razu wyrobiłem sobie o nim zdanie, a dłuższe jego studiowanie tylko mnie w tym umocniło. Pierwsza płyta tego serbskiego zespołu jest mniej więcej zlepkiem tego, co w death metalu najlepsze, ale niestety nie znaczy to, że jest to takie dobre. A dlaczego?
„And the Slumber Ends”, intro rozpoczynające ten krążek, jest niczym ciekawym, miksem kilku dźwięków, które gdyby trwały dłużej, strasznie by wnerwiały. Następnie mamy „Awakening” i już tutaj słychać, z czego czerpali panowie z Daggerspawn. A konkretnie mamy tu europejską szkolę grania z lekkim ukłonem w stronę Ameryki.
Te amerykańskie wpływy słychać najbardziej w „I am the Thousand Plagues” i „In the Bane and Enlightment of Man”. W tym drugim szczególnie przebija się styl Morbid Angel. Jak już grać to grać jak najlepsi, co nie?
Oczywiście to nijak wpływa na jakoś i formę tej płyty. Pomijając brzmienie, które jest niczego sobie, to nic innego mnie nie zaciekawiło, oczarowało...no może oprócz tytułu - „Suffering Upon The Throne Of Depravity” (dłuższego nie było?).
Całości się w sumie fajnie słucha, ale gdybym miał za parę dni powiedzieć, czy cokolwiek zapamiętałem z tych numerów, to ciężko by było... Nawet mały bonus w postaci trzech songów tutaj zamieszczonych w wersji live nie kręci mnie zbytnio. Dzięki temu całość trwa aż 35 minut. Czy to plus? Chyba nie.

Moonspell – Irreligious


Niewiele jest płyt, które chciałoby się zabrać ze sobą w zaświaty. Z biegiem lat liczba takowych dla mnie malała. Teraz mogę policzyć je na palcach jednej dłoni, a cała reszta po prostu ginie w potoku czasu. Jednym z tych niewielu jest drugi album portugalskiej grupy Moonspell o tytule „Irreligious”.
Szczerze, to do opisania tego dzieła brak mi słów. Nigdy wcześniej ani nigdy później żadna płyta o klimacie gotyckim, lub pseudogotyckim nie zrobiła na mnie takiego wrażenia. Tak samo nigdy Moonspell nie nagrał już niczego dorównującego temu albumowi, choć się starali, szczególnie ostatnio, ale niestety, współcześnie postawili raczej na szybkość i brutalność.
O tym genialnym krążku można by napisać książkę... Zaczyna się „perwersyjnie” dźwiękami dzwonu i odgłosami wzdychania . Kiedy wchodzą klawisze i chóry atmosfera gęstnieje niczym w starożytnej świątyni. To dopiero intro, a już omotało mnie na całego. Następny numer atakuje melodyjnym riffem. „Opium” jest muzyczną pochwałą tego tytułowego narkotyku. Wystarczy raz przesłuchać, aby od razu poczuć dymno-narkotyczną zawiesinę.
Pierwsze pięć utworów są ze sobą połączone i szczerze to zawsze brałem je jako jeden cudownie klimatyczny kawałek. Oprócz intra i ww. „Opium” są to „Awake”, „For A Taste Of Eternity” i „Ruin & Misery”. Każdy z osobna świetny, razem nie do opisania.
Wymienię jeszcze parę perełek tego krążka, w sumie będą to trzy ostatnie kawałki. Pierwszy śmiertelnie poetyczny, niczym piekielna kołysanka – „Mephisto”. Drugi „Herr Spiegelmann” zaczynający się odgłosami z cyrku, by dosłownie po chwili przemienić się w jedną z erotyczno-romantycznych pieśni, jakie tutaj można usłyszeć. „Look Me in the eyes and drown...” I wszystko jasne… I tak doszedłem do ostatniej sztuki - „Full Moon Madness”. Wycie wilków, klimatyczne riffy, płynące klawisze, opowiadające historie z najczarniejszych marzeń, jakie mogły zagościć w umyśle człowieka – historie nieśmiertelności. Przeklętej nieśmiertelności …
Uczucia, jakie można doznać słuchając dźwięków „Irreligious, są nie do opisania. Sami to sprawdźcie jeżeli tylko chcecie i tego nie znacie. A może w przyszłości sami nie będziecie się mogli obejść bez niej tak jak i ja…

niedziela, 3 stycznia 2010

Anathema - A Fine Day to Exit


Kiedy Anathema przestała mieć cokolwiek wspólnego z metalem? Zmiana była prawie nie zauważona. Na szóstej już płycie o tytule „A Fine Day to Exit” po ciężkim brzmieniu nie pozostało ani śladu. Dla przeciętnego słuchacza muzyka zawarta na tym albumie nie różniła by się zbytnio od Radiohead, albo od innych trochę bardziej ambitnych brytyjskich zespołów grających alternatywnego rocka.
Długo zajęło mi przyzwyczajenie się do tego nowego oblicza Anathemy. Pomógł mi w tym klimat, gdyż co jak co, ale ta część muzyki tworzonej głównie przez braci Cavanagh zawsze była na wysokim poziomie. I tak już w utworze „Release” akustyczna gitara wygrywa melodie z cudownym klimatem. Do tego w tle senne klawisze, nadające wszystkiemu atmosferę pustynnego wiatru, leciutko wiejącego do przodu.
Najdłużej przekonywałem się do „Underworld”, a polubiłem go dopiero wtedy, kiedy czekałem na lot do naszego kraju. Wtedy przyszedł do mnie, w całej swej okazałości. Wcześniej były inne... „Leave No Trace”, najwspanialszy numer jaki napisał Vincent. Muzycznie żadna rewolucja, ale z tekstem ma to duszę... Jest to niczym esencja życia, która błaga, by jej nie zmarnować.
Kolejne są jeszcze lepsze. „Barriers” jest następnym kawałkiem w historii zaśpiewanym przez Danny'ego wspólnie z Lee. Piękna balladka opowiadająca o murach w naszej egzystencji. Im bardziej pragniemy krzyczeć, tym mniej nas słychać za barier naszej świadomości... Wtedy albo umieramy wewnątrz siebie, albo próbujemy ratować to, co zostało. Tak właśnie jest w utworze „Panic”. To najdziwniejsza kompozycja, jaka wyszła pod szyldem tej grupy. Szybka i szaleńcza, bez opamiętania.
Kiedy wasz odtwarzacz dojdzie do przedostatniego, tytułowego numeru, będziecie już wiedzieć, dlaczego tak opuszczona jest okładka tego krążka. Zacytuje tutaj tylko fragment tekstu, na pewno zrozumiecie o co w nim chodzi: „I got to believe when I say only this is the way”.
Czy po śmierci nie ma nic? O tym przekona się każdy z nas. A jeżeli coś tam jest, to jak to będzie nie żyć, a jednak żyć? Jedno jest pewne, na pewno będzie tam spokój. Tak jak w „Temporary Peace”, kiedy fale ponoszą dźwięki w dal, za horyzont. Jeżeli już szukacie tego spokoju, znajdziecie go tutaj, ale będzie on tylko tymczasowy. Tak jak wszystko... Przypływa i odpływa... Jak sen... jak nasze życia...

czwartek, 31 grudnia 2009

Morbid Angel - Gateways To Annihilation

Ostatnimi czasy dostałem muzycznej sraczki z powodu nowych badziewnych rzeczy, które wyszły w minionych latach. Miałem dość słuchania i pisania o słabej muzie. Zapragnąłem więc wrócić, cofnąć się trochę w czasie, wydobyć coś dobrego z otchłani przeszłości. Tak to sięgnąłem po szósty album w dorobku amerykańskiej formacji Morbid Angel. „Gateways To Annihilation” był dla mnie wybawieniem... Od samego początku, kiedy tylko rozbrzmiały dźwięki „Kawazu” szyderczy uśmiech zagościł znów na moich ustach. Gdy szaleńcze brzęczenie owadów wszechświata przeszło w gitarowe riffy „Summoning Redemption”, ja już klękałem na kolanach w geście hołdu. Tak się powinno grać!!! To dźwięki płynące z czystej, szaleńczej miłości do czarnej, śmiercionośnej muzyki. Każda nuta obwieszcza to wszem i wobec. Płyta ta to niejako powrót. Powrót do czasów świetności Morbidów z czasów „Covenant”. Między tą szóstą, a trzecią płytą, też można było znaleźć dużo ciekawych, piorunujących numerów, ale dopiero ten krążek potwierdził wielką prawdę – Morbid Angel jest wielki! Ale też i zaskakujący... Utwory znajdujące się na tym wydawnictwie nie są tak szybkie, jak na poprzednim albumie, ale raczej osadzone w średnich tempach, gdzie króluje podwójna stopa, a nie mordercze blasty. Przecież to nic nowego, tak właśnie powinien brzmieć prawdziwy death metal; huragany stóp, a nie chaos werbla. Świetnym na to przykładem jest „He Who Sleeps” albo „At One With Nothing”. Obydwa w niesamowitym klimacie, gdzie ciężar bierze górę nad wszystkim. Ale oczywiście są tu też ciekawe szybsze numery, tak jak „I” lub „Ageless, Still I Am”. Ciekawostką ze wszystkich jedenastu kawałków jest „Secured Limitations”, gdzie Trey Azagthoth oprócz swej gry na gitarze atakuje nas swym niesamowitym wokalem. Porównując jego wrzaski do growlingu Tuckera, Trey wypada niesamowicie diabelsko, aż żal bierze, że tylko tutaj postanowił pokazać, na co go stać. Wydawnictwo to nie jest może rewolucyjne w historii tego zespołu, ale na pewno wpłynęło na wiele innych w tym naszego rodzimego Behemotha. Posłuchajcie jak brzmiał przez 2000 rokiem, a jak później, kiedy „Gateways…” wyszło na światło dnia…

poniedziałek, 28 grudnia 2009

Anathema – Judgement


„Judgement” - piąta płyta w dorobku Anglików z Anathemy, jest wyznacznikiem nowej drogi w stylu zespołu. Po porzuceniu metalu, przyszedł czas na gothic, i na nowe danie – atmosferyczny rock. Pierwszym mym krokiem w poznaniu dźwięków „Wyroku” był utwór „Deep”, który znalazł się na składance, bodajże Metal Hammera. Oczarował mnie od samego początku, na bardzo długo został mym ulubieńcem. Głównie przez klimat... Leciutki paraliż na klawisze w tle, melodyjne gitary, pełen emocji śpiew Vincenta no i oczywiście tekst. To wszystko tworzy „głęboko” uczuciową pieśń.
Na tej płycie powrócił John Douglas, by znów wybijać rytmy w swym starym zespole. Ale tym razem nie był sam... przytargał ze sobą siostrę Lee. Aż w dwóch utworach możemy usłyszeć jej cudowny głos, a są to „Don't Look Too Far” i „Parisienne Moonlight”. W tym drugim zaśpiewała wespół z Dannym, a był to jego dziewiczy wyczyn wokalny. Z tego tandemu, muszę przyznać wyszła bardzo przyjemna balladka, pełna smutku, łez, uczuć, do których tylko nieliczni są zdolni. A wszystko to w akompaniamencie fortepianu i gitary akustycznej.
No, ale jak już o balladach mowa, to muszę jeszcze wymienić chyba najbardziej znaną w dorobku tej grupy - „One Last Goodbye”. Powstała ona, tak jak cały album dla zmarłej matki braci Cavanagh. W niej to cały żal, samotność, stratę, wszystkie te emocje towarzyszące utracie kogoś bliskiego skrystalizowały się w dźwięki. Jeżeli wczujemy się w muzykę dobywającą się z głębi, to naprawdę możemy to poczuć ... „I still feel the pain, I still feel your love” ....
Moimi ulubieńcami są również tytułowy „Judgement” i „Wings of God”. Ten pierwszy, na początku niczym lekki wiatr, kończy się jak huragan. Drugi jest ucieczką wewnątrz siebie, do krain świadomości, gdzie każdy z nas może znaleźć swego „boga”, albo szaleństwo.
Każdy z reszty utworów jest swoistą historią, którą można kontemplować osobno lub jako całość. Pomimo zmiany w stylu Anathema pozostała zespołem tworzącym muzykę o nacisku emocjonalnym. Ładunek zawarty w „Judgement”, jak to bywało na wcześniejszych płytach jest ogromny i jedyne, co pozostało każdemu z nas, to kontemplacja jego zawartości.

sobota, 19 grudnia 2009

Funeral - As the Light Does the Shadow


Oto przed wami recenzja kolejnego death/doom albumu. Tym razem jest to ostatnia płyta zespołu Funeral z Norwegii. Pewnie ci z was, co żyją dla tego dołującego gatunku wiedzą, że grupa ta jest jedną z prekursorów funeral doomu. Ale to już przeszłość, teraz Funeral, choć nadal są ciężcy i wolni do granic możliwości, to mieszają ten styl z pięknymi melodiami i klimatem symfonii.
Ich piąta w dorobku płyta nosi nazwę „As the Light Does the Shadow” i jest to jedno z lepszych dzieł 2008 roku, kiedy to wyszła na świat. Muzyka ukrywająca się pod tym tytułem jest ciężka w odbiorze. Po pierwsze przez wokal. Nie znajdziecie tu growlu, jak to bywa w tego typu wydawnictwach. Panowie dawno już zaniechali ten charakterystyczny dla tego stylu „śpiew”. Za to mamy tu monotonne zawodzenie, niby mnicha, który stracił swoja wiarę i łkając wzywa swojego stworzyciela, by zabrał jego dusze, rzucił ją w ciemność. I choć nie jestem i raczej nie zostanę fanem wokalu Frode Forsmo to ostatni utwór „Fallen One” zrobił na mnie nie lada wrażenie. Pieśń ta wyrwała się niby z średniowiecznego klasztoru. I tutaj, tak jak napisałem wyżej, mnisi a cappella zawodząc śpiewają hymn pochwalny dla upadłego oddając mu wszystko to, co mają - „Take my heart and eat it warm”. Niesamowity klimat, smutek, osamotnienie, ale też i szaleństwo wypływają z tego kawałka w postaci najcudowniejszego instrumentu na ziemi – ludzkiego głosu.
Po drugie... Dźwięki tego krążka nie należą do miłych rzeczy; są to dołujące, depresyjne stany muzycznej świadomości z ciężkim mięsistym brzmieniem, wbijającym w ziemię z siłą młota. Nie dziwię się już, że Funeral nazywany jest najsmutniejszym zespołem świata. Samobójcze emocje wylewają się z ich ostatniego krążka i zakażają każdą podatną na takie emocje dusze. A nad wszystkim panuje prawie nieprzerwanie, symfonia stworzona przez Jona Borgerud, sesyjnego klawiszowca. Ten pan dokonał genialnych rzeczy, nie do opisania, to po prostu trzeba usłyszeć.
Wrócę jeszcze do wokalu, gdyż na płycie pojawia się gość w postaci Roberta Lowe wokalisty Candlemass i Solitude Aeternus. Możemy usłyszeć go w „In the Fathoms of Wit and Reason”. Dzięki jego wyczynom, numer ten brzmi bardzo klasycznie, jakby wyrwał się z początków tego gatunku.
Podsumowując, nie znajdziecie tu cukierkowatych melodyjek, tylko smutek i śmierć podążającą krok za krokiem z każdym dźwiękiem. To muzyka dla mizantropów, zamkniętych w wewnętrznej skorupie świadomości. Jeżeli jesteś jednym z nich, to coś dla ciebie…

Napalm Death - Harmony Corruption


„Harmony Corruption” trzeci album sławnego w światku ekstremalnego grania Napalm Death, wyszedł na świat na początku sierpnia 1990 roku. Był to pierwszy krok tego zespołu w kierunku bardziej poukładanych death metalowych kompozycji. Surowe angielskie brzmienie - ich wizytówka, zniknęło, by zostać zastąpionym zamerykanizowanym soundem.
Głównym powodem tych modyfikacji były zmiany w składzie. Po odejściu Steera i Dorriana, do grupy dołączyli Jesse Pintado (ex Terrorizer) jako gitarzysta, oraz wokalista Mark „Barney” Greenway - tego możecie znać z pierwszej płyty Benediction. Można jeszcze dodać do tego miejsce nagrania albumu, a było to studio Morrisound. No i wszystko już wiadomo. Grind corowa angielska legenda nagrała swoją płytę w Stanach Zjednoczonych i wyszedł z tego poprawny do granic możliwości death metal – nic dodać, nic ująć.
W tamtych latach, kiedy styl ten nadal jeszcze się rozwijał, „Harmony Coruption” nie został przyjęty dość ciepło, choć jak okazało się po latach, zjawisko to miało miejsce tylko w Europie, w USA było wręcz odwrotnie. Ale skupmy się na płycie...
Brzmienie, które wyszło spod palców Scotta Burnsa jest bardzo basowe, mięsiste, ale też lekko przytłumione. Porównując je do innych dzieł, które zostały nagrane na Florydzie tego roku to „Harmony...” wypada najgorzej. Dlaczego tak się stało? Tego pewnie się już nie dowiemy.
Jedenaście utworów prawie klasycznego amerykańskiego grania i prawie ani grama grindu. Kompletny brak krótkich, paronastosekundowych utworów, tak charakterystycznych dla początków tej formacji. Mamy za to rozbudowane, blastujące, bardziej rytmiczne death pieśni. Tak krótko można opisać muzykę tego krążka. I choć niekiedy można go przesłuchać, to niestety ginie on w morzu perełek tamtych czasów.
Ciekawostką tego wydawnictwa, bardzo małą zresztą, jest gościnne wystąpienie dwóch znanych krzykaczy. Glen Benton z Deicide i John Tardy z Obituary wspomogli Barney'a w utworze „Unfit Earth”, ale były to zaledwie epizody, nic wielkiego. I tak też bym podsumował ten krążek – nawet niezły, prawidłowy, no ale chyba to za mało. Konkretów tu nie znajdziecie…

wtorek, 15 grudnia 2009

Elliott Smith – X0


Elliott Smith był amerykańskim kompozytorem, pisarzem tekstów, ale przede wszystkim muzykiem. Jego upodobania artystyczne kręciły się wokół szeroko pojętego akustycznego rocka. Wpływy indie rocka, alternatywy, ale też folku oraz muzyki lat 60-tych były również bardzo słyszalne w jego aranżacjach.
Czwarty album pod tytułem „XO” klimatycznie jest osadzony w latach świetności kwartetu The Beatles, co słychać prawie w każdym kawałku. Faktem jest, że jest to oczywiście odrestaurowane brzmienie, ale konstrukcje utworów, sposób śpiewania, melodie, dosłownie wszystko jest skopiowane z tamtych lat. Najbardziej słychać to w numerze „Baby Britan”, i chyba nie muszę pisać dlaczego, bo tytuł mówi sam za siebie. Jednocześnie jest to jeden z dwóch singli promujących tą płytę.
Wyszła ona już jakiś czas temu, gdyż było to w 1998 roku. Wtedy też mniej więcej usłyszałem o tym muzyku. Przez przypadek, szukając numerów Nicka Drake, trafiłem na tego pana. I tak zaczęła się moja przygoda z tym artystą. Ale wracając do krążka... Czternaście piosenek tutaj zamieszczonych nie różni się za bardzo od siebie, no chyba, że niuansami typu balladka bez perkusji, lub troszeczkę szybsza balladka z perkusją. Różnica objawia się również w klimacie, raz mamy typowo amerykańskie folkowo-alternatywne numery jak na przykład tytułowy „Waltz #2 (XO)” (drugi singiel), gdzie pojawia się fortepian, albo „Independence Day”. Tych z zabarwieniem brytyjskim też jest trochę. Wcześniej wspomniany przeze mnie „Baby Britan”, „Pitseleh”, „Tomorrow Tomorrow” i inne. Ogólnie rzecz biorąc, Elliott Smith nagrywając „XO” nie wniósł nic nowego do takiego a nie innego stylu muzyki, więc na pewno nie znajdziecie tu prekursorskich, nowych ścieżek.
Ogólnie jest to płyta dla fanów Simon and Garfunkel, wspomnianego wyżej kwartetu czy też Boba Dylana. Dla mnie to tylko ciekawostka, tak na chwilę, kiedy nie mam ochoty na nic ciężkiego, pokręconego, na nic zaprzątającego uwagi. Kiedy moje myśli są czyste i chcę, by tak zostało, wtedy taka muzyka sprawdza się najbardziej. Ale jakże rzadko mam takie chwile...

niedziela, 13 grudnia 2009

M83 - Saturdays = Youth


Zacznę od słów: już dawno nie słyszałem tak dobrego albumu! Wydany w 2008 roku „Saturdays = Youth” piąta płyta formacji M83 to prawdziwe dzieło muzycznej sztuki. Założyciel i główny kompozytor Anthony Gonzales dokonał czegoś niemożliwego, zwrócił moją uwagę na siebie, co nie często się zdarza.
To, co serwuje nam ten projekt można nazwać muzyką elektroniczną z wpływami rocka. Bliżej jest to tzw. shoegaze, czyli mamy tu trochę rocka alternatywnego, indie rocka i dream popu. To tyle jeżeli chodzi o styl tej wspaniałej muzyki.
A co do samej muzyki to można powiedzieć, że jest marzeniem sennym, spełniającym się na jawie. Od samego początku krążek ten roztacza przed nami cudowne wizje. Dźwięki fortepianu i klawisz w „You, Appearing” są tego dowodem. Tworzą coś na kształt roztaczającego się wokół nas muzycznego morza, gdzie płyniemy w poszukiwaniu nowych dźwięków. Ale już kolejny trochę schodzi z obranego kursu, co wcale nie jest minusem. „ Kim & Jessie” to przebojowy numer z chwytliwym refrenem. Przypomina mi on muzykę z lat 80-tych, tylko oczywiście w odrestaurowanym brzmieniu. Nie tylko ten utwór jest taki, ducha tamtych lat znajdziemy jeszcze na „Graveyard Girl”, “Up!” i „We Own the Sky”.
Moim faworytem, utworem, który przesłuchałem już dziesiątki razy jest „Skin of the Night”, gdzie możemy usłyszeć (oczywiście nie tylko) Morgan Kibby. Jej wokal, niczym szept brzmi niesamowicie na tle płynących dźwięków. To jeden z tych numerów, od których nie można się oderwać. Wchodzi głęboko w świadomość, roztacza wspaniałe wizje. Przeszłość... Przyszłość... Wszystko splata w jedno. Pokochałem go od pierwszego razu, a to rzadko się zdarza.
Napomknę jeszcze o dwóch numerach. Mianowicie o „Couleurs”. To prawdziwy synth pop z disco beatem i oczywiście doskonałym klimatem klawiszy w tle, oraz o ostatnim „Midnight Souls Still Remain”. Ten to akurat najdłuższa sztuka całego krążka. Przypomina trochę dokonania Sigur Rós. Minimalizm dźwięków, ciągle powtarzane sekwencje i klimat, prawie że ambientowy... Wspaniale zakańcza to wydawnictwo.
„Saturdays = Youth” powinien znaleźć się w kolekcji każdego fana dobrej muzyki. Gdyż jestem pewien, że każdy odkryje jego piękno, indywidualnie dla siebie i straci nie jedną godzinę na eksplorowaniu jego muzycznych krain. Do zobaczenia po drugiej stronie...

Frozenpath - Apocalyptic Winter


Kolebką black metalu jest północ, każdy o tym wie. Ale zdarza się, że od czasu do czasu z otchłani nicości zaatakuje nas zespół, który nic a nic z północą nie ma wspólnego. Frozenpath jest tego żywym dowodem. Grupa ta powstała w RPA. Było to niedawno, bo w 2007 roku, ale już udało się im wydać swoje pierwsze dziecko. A zrobiło to dwóch ludzi o pseudonimach Vinter i Mortem.
„Apocalyptic Winter” to dziewięć numerów symphonic/black metalu, ale nie takiego, do jak jesteśmy przyzwyczajeni przez skandynawskie zespoły. Jedno jest jednak pewne, a mianowicie to, że to one były inspiracją do napisania tego materiału. Jaka jest więc różnica między nimi? Taka, że nie usłyszycie tu super prędkości w postaci hyperblastów. Nie ma w tym też ścian dźwięku, jak to bywa w typowych blackowych zespołach. Mamy tu za to klimatyczną czarną muzę, z mnóstwem klawiszy, tworzących zimny klimat, a wszystko to w minimalistycznym wydaniu. Choć pochodzą oni z ciepłego kontynentu, gdzie nie doświadcza się raczej ekstremalnie minusowych temperatur, to panowie z Frozenpath wiedzą, co to znaczy chłód i mróz.
Wystarczy usłyszeć takie numery jak „The Legend of Winter”, albo instrumentalny „Walk the Path” czy też „Frozenpath” by poczuć tchnienie zimy. Szczególnie w tym drugim... Zaczyna się on odgłosami szalejącej zamieci, by po chwili zamienić się w symfoniczny utwór, któremu przewodzi fortepian. Ale to nic w porównaniu z „2012: A New Day of Empery” mój osobisty faworyt. Uwielbiam atmosferę, jaką roztacza - apokaliptyczna zima. Tu ją czuć…
Ciekawostką tego krążka jest brzmienie. Ma ono swoje plusy, ale niestety także i minusy. Plus to surowość materiału, przez co jest jeszcze bardziej zimny i czarny. Minusem niestety są gitary, ledwo co się przebijają przez klawisze i wokal. Poza tym perkusja brzmi jak automat, choć podobno jest to żywy instrument.
Jak na muzę z czarnego lądu jest naprawdę bardzo dobrze. Scena tego gatunku dopiero co się tam rodzi, kapele, które tam istnieją można by policzyć na palcach dwóch dłoni. Jeżeli jednak są tak dobre jak Frozenpath, to czekam z niecierpliwością na kolejne wydawnictwa.

Anathema - Alternative 4


Spędziłem przy tej płycie setki godzin, jeżeli nie tysiące. Poznałem ją z każdej możliwej strony. Ale nawet po latach i tak potrafi mnie czymś zaskoczyć, wystarczy tylko dobrze się wsłuchać, bowiem jej historia jest wielowymiarowa, zaczynając od okładki, niby tak prosta, ale jednak z zamglonym tajemniczym przesłaniem. Białe tło, na nim skrzydła, które wydają się wcale nie przylegać do posągu Maryi, która zamiast twarzy ma zdjęcie, na którym Neil Armstrong stawia pierwsze kroki na księżycu. Kiedyś zastanawiałem się nad nią i wydaje mi się, że słowa Duncana Patersona „Visions from a dying brain I hope you don't understand” z utworu „Shroud of False” mówią nam wszystko to, co powinniśmy wiedzieć... A może prawda jest całkiem inna...
A co do muzyki... Wątpię, by znalazł się ktoś, kto przeszedłby obok niej kompletnie obojętnie. Jest magnetyczna, przyciąga uwagę słuchacza i trzyma w ryzach mocno. Dużą zasługą tego są kompozycje Duncana. „Lost Control”, utwór powstały na szkielecie trzech dźwięków. Minimalizm, smutek, samotność i szaleństwo w jednym wyciekają z niego hektolitrami. A tytułowy „Alternative 4” to najbardziej złowieszczy kawałek w historii tego pana, i tego zespołu. Nie chcę nawet wiedzieć, o czym myślał Duncan pisząc go. Wiem za to jedno, uważajcie z tą muzyką, bo otwarcie się na nią może spowodować tylko jedno: „I've opened my mind and darkened my entire life”.
Ale nie tylko Duncan stworzył ten album, dużą rolę odegrał w nim również Danny Cavanagh. On to napisał, sztandarowy kawałek tej płyty, prawie zawsze otwierający ich koncerty, mowa o „Fragile Dreams”. Przez lata ciągle zmieniała się rzecz, która czyniła go jednym z moich ulubionych momentów tego krążka. Ale już od dawna stanęło na linii basu. Choć ten numer stworzył Danny, to Duncan nadał mu niesamowitej głębi, szczególnie w czasie zwrotek.
Kolejnym niesamowitym dziełem Danny'ego jest „Inner Silence”. To trochę ponad trzy minuty romantyczno-tęsknącej muzyki, zaczynającej się od wstępu na fortepian. Nigdy wcześniej ani później żaden utwór nie wzbudził we mnie takich uczuć. Ten tekst, pełen emocji śpiew Vincenta, solówka i uderzenia stopy imitujące uderzenia serca... To wszystko tworzy obraz, który ima się wszelkim opisom. To trzeba poczuć.
Ale też i Vincent dorzucił swoje trzy grosze, nagrywając „Re-Connect” najbardziej żywy, ale też i najbardziej szalony numer na płycie. Również perkusista Shaun Steels , który zagrał w Anathemie tylko na tym albumie zrobił to genialnie i dzięki niemu koło tego dzieła się zamyka... i otwiera dla każdego z nas, pragnących nowych emocjonalnych wstrząsów.
Zakończę chyba już tę recenzję, gdyż wyjdzie (jeżeli już nie wyszła) z tego pochwalna pieśń, a nie o to mi chodziło. Uwierzcie, mógłbym tak jeszcze długo opisywać każdy, choćby najmniejszy akcent, jaki udało mi się wychwycić w czasie słuchania tych dźwięków. Niech każdy z was po przeczytaniu tych słów sięgnie po nią (jeśli jeszcze tego nie zrobił) i da jej szansę, a przekonacie się, ta muzyka to coś wielkiego!

Wine From Tears - Through The Eyes Of A Mad


Wiedząc, że to pierwsza płyta tej rosyjskiej formacji, uprzedzony myślałem, że przesłucham kilka razy, wysmażę recenzję i będę zadowolony z kolejnej dobrej roboty. Niestety, nie było to takie łatwe, szybkie i proste. Po kilku przesłuchaniach muzyka Wine From Tears zaczęła wywierać na mnie coraz większe wrażenie. Teraz sądzę, że ich debiut „Through The Eyes Of A Mad” to bardzo dobry death/doom metal. Chyba najlepszy z tego roku (na razie).
Zawartość tego krążka to dwanaście utworów i na pewno nie są one w żaden sposób odkrywcze. Tu i ówdzie słychać wpływy największych tego gatunku, ale to w niczym nie przeszkadza, wręcz nadaje tej muzyce swojskości, więc każdy znający się na rzeczy słuchacz będzie się w tym czuł jak ryba w wodzie.
Jak to bywa w tego typu muzyce szaleńczo wolne prędkości są sztandarem tego krążka, rozpoczynającego się od „Since I Fell...” na „My Tears” kończąc, ale to nie jest ostatni numer tej płyty. Na końcu mamy trochę coś innego. Utwór nazywa się „Meus Altius Pater Noster” i jest to gothicowo/blackowy twór zaśpiewany w rodzimym języku tej grupy.
Jak napisałem wyżej, nie znajdziecie tu niczego nowego. Ich muzyka jest typowa, jak na ten styl, ale jednak z powiewem świeżości. Melodie rozwiewające się niczym tchnienie przeznaczenia, wprowadzają w stan melancholii, nostalgii, tęsknoty... tak jak powinno przecież być. Ale ostatnimi czasy większość tego typu wydawnictw ocieka słodko gównianym posmakiem kiczu, lecz nie to.
Dlatego też nie ma tu słabych momentów, są tylko same dobre. Ale też i bardzo dobre i do tych zaliczę „Before the Gods”. Odstający nieco od reszty mięsożerny, agresywny kawał muzy, z potężnymi walcami riffów, ale również z partiami wolnymi, pełnymi ciekawych melodii. Drugim równie dobrym, lecz nieco innym jest „Feeding the Angel”. W nim zaśpiewała Elya Fatyhova, niestety tylko sesyjne, nie należy ona do składu Wine From Tears, a szkoda. Dzięki niej utwór ten jest jasną gwiazdą tego albumu. Ona to wzięła na siebie całość wokali, oprócz krótkiej wstawki growlu Alexeya Nesterova.
Taka powinna być atmosfera prawdziwego doomu, a sądzę, że większość kapel grających ten styl w XXI wieku trochę zboczyła z drogi. Tworzenie klimatu śmierci i przeznaczenia w jedną, równorzędną całość rzadko teraz komu wychodzi. Rosjanom się udało i mam nadzieje, że to nie był wypadek przy pracy.

Bathory – Octagon


Minęło czternaście lat odkąd Tomas Forsberg wydał ósmą płytę pod szyldem Bathory. Po kilku zmianach stylu, od black metalu, poprzez viking i death metal „Octagon” to hołd nienawiści w retro thrashu. Quorthon przelał całą swoją złość, wściekłość, żale i inne tego typu emocje w dźwięki tego albumu. Żółć wylewa się z każdego riffu, każdego kawałka. Taką agresje można usłyszeć w muzyce punkowej i hard corowej i pewnie przez to czuć trochę również klimaty tych stylów. Objawia się to oczywiście też w tekstach, frazy takie jak „I am not no more a sinner or saint than fucking all of you”, „I want to kill you and share with you my pain” - mówią wszystko.
Nienawiść słychać również w brzmieniu. Surowe, brudne, garażowe, rozcinające ciało, rzeźnickie do granic makabry. Jestem pewien, że większość z was właśnie przez to odrzuci ów krążek, gdyż zdaje sobie sprawę, że może ono być odebrane jako hałas pozbawiony słuchalności (mogłoby być lepsze, niestety jest tak, jak jest). Ale dla tych, którzy postarają wsłuchać się w całość, odkryją gniew w czystej postaci.
Najagresywniejsze momenty i te najbardziej poukładane, gdyż przecież w przypływie pasji nikt nie panuje nad sobą, to „Born To Die”, gdzie początek lekko płynie by po chwili zamienić się w jeden z bardziej zabójczych riffów, jakie tu usłyszycie. I tak tnie nas on przez cały utwór, aż chce się krzyczeć „jeszcze”. Podobnie jest z następnym o nazwie „Psychopath”. Riffy miażdżą tu swoją ciężkością i bezkompromisowością, prują do przodu, by zniszczyć wszystko po drodze. Trochę spokojniejszym jest „Century”, ale to nic, gdyż głowa sama kiwa się do jego rytmu. Za to „33 Something” niszczy wszystko, co tylko napotka na drodze, a Quorthon, choć jego wokal jest słaby na całej płycie, to tutaj wydziera Siudo granic swoich możliwości, prawie wypluwając gardło. W sumie to prawie każdy z jedenastu utworów jest taki sam, zero kompromisów, zajebiste thrash riffy i gniew. Odstaje tylko jeden „Deuce” gdyż jest to cover sławnej kapeli Kiss. Tutaj zagrany co najmniej poprawnie, ani źle, ani zaskakująco dobrze. Taka sobie ciekawostka.
„Octagon” jest dla każdego, kto chciałby rozładować trochę negatywnej energii, skierowanej do bzdurnego świata w którym żyjemy. Ale ci, co kochają Bathory za „Under the Sign of the Black Mark”, albo za „Twilight of the Gods” niech szerokim łukiem obchodzą tę płytę, raczej nie przypadnie im do gustu.

poniedziałek, 7 grudnia 2009

Deep Purple - Machine Head


W dzisiejszych czasach kiedy ktoś rzuci hasłem „Machine Head” to większość będzie to kojarzyć z amerykańskim post thrashowym zespołem. Ale pierwszymi, którzy użyli tej nazwy była grupa Deep Purple. Tak to nazywała się ich szósta płyta, przez większość z fanów uważana za najlepszą w ich dorobku.
Album ten wyszedł w 1972 roku, kiedy to heavy metal dopiero co budził się do życia. Były to początki, więc siedem utworów, które znalazły się na tym wydawnictwie to w większość blues rockowe kompozycje, ale mamy też początki lekkiego heavy. Choćby w takim numerze jak „Highway Star”, najbardziej czadowym z wszystkich tu zamieszczonych. Nie mogę też nie wspomnieć o „Smoke on the Water”. To przecież utwór posiadający najbardziej rozpoznawalny riff na świecie. Każdy początkujący gitarzysta wcześniej czy później go zagra - takie jest niepisane prawo. Bardzo hard/heavy jest również „Space Truckin'”. Niemożliwe jest nie tupać nogą słuchając go.
Poza tymi rozpoznawalnymi są tu jeszcze takie numery jak „Pictures of Home” z ciekawymi improwizacjami, albo „Never Before”, który mógłby być wizytówką tego krążka, gdyby nie dwa przeboje opisane wyżej. Ma on w sobie lekki oddech przeszłości, czuć w nim jeszcze dokonania lat 60-tych. Jest tu jeszcze jeden, w którym możemy zasłuchać się w dźwięki organów. „Lazy” to najbardziej bluesowa kompozycja z wszystkich tutaj zamieszczonych, buja się jak należy. Zanim usłyszymy w nim wokal, przez cztery minuty jesteśmy świadkami solówek gitary oraz organ. I sam już nie wiem kto jest lepszy Richie Blackmore, czy Jon Lord.
Jest to granie trochę anachroniczne jak na dzisiejsze czasy, ale tak czy inaczej był to jeden z wielkich kroków w graniu ciężkiej muzy. Tylko dzięki temu warto zaznajomić się z tym materiałem. Na chwilę skoczyć w przeszłość, poznać korzenie i wrócić do teraźniejszości.

piątek, 4 grudnia 2009

Solefald - Pills Against The Ageless Ills


Kiedy usłyszałem utwór “Hyperhuman” z trzeciej płyty Solefald pod tytułem „Pills Against The Ageless Ills” zostałem oczarowany i od razu zapragnąłem usłyszeć resztę. Stało się to oczywiście po jakimś czasie, lecz niestety żaden z dziewięciu zamieszczonych na tym albumie numerów nie dorównało sile i fantazji ww. kawałka.
Zaczyna się on niewinnie, od dwóch powtarzanych dźwięków skrzypiec... ale nie trwa to długo. Po chwili wchodzą blasty, ostre blackowe gitary i typowy czarny wokal na zmianę z czystym śpiewem Lazare. Agresja jest tutaj nieziemsko wyważona z melodią i gdyby tylko było tu więcej takich wyczynów, to byłby to świetny krążek. Tak jest on tylko ciekawy, gdyż połączenie post/punka, black metalu i szeroko pojętej awangardy czyni go właśnie takim. Nie da się obojętnie przejść obok tych dźwięków, ale też nie zapadają na długo w pamięci.
Black metal prezentowany przez Corneliusa i Lazare jest jedyny w swoim rodzaju, nikt w Norwegii tak nie gra i pewnie nikt raczej nie będzie. Nawet teksty zamieszczone na tym albumie nie są typowo blackowe. Wystarczy przeczytać tytuły numerów takich jak „The USA Don't Exist” albo „Pornographer Cain” by zauważyć, że coś tu jest nie tak. Typowy zjadacz czarnych ikon nie będzie pewnie do końca zachwycony, gdyż muzyka i przekaz zamieszony na tym wydawnictwie to coś więcej niż satan, miznatropia, śmierć i zniszczenie...
Ale wróćmy do muzyki... W „Charge of Total Effect” znów powraca lekki powiew agresji, jaki jest na „Hyperhuman”, ale jest on raczej symfoniczny i mniej w nim pazura. Poza tym tutaj po raz pierwszy możemy usłyszeć rasowy post/punkowy riff. Coraz bardziej w stronę punka zmierza kolejny „Hate Yourself”, ale jak to na całej płycie i tu nie zabraknie czarnego pierwiastka. A najbardziej wpadającym w ucho jest „ The USA Don't Exist” z refrenem, który gwarantuję, będziecie nucić. Poza tym jest to bodaj najlżejsza pieśń na całej tej płycie.
Krążek ten to interesująca pozycja, jak to napisałem na początku, ale brak w niej magnetyzmu, swoistego przyciągania. Mogę to przesłuchać raz, dwa razy, ale jakoś nie mam ochoty do tego wracać. Jednak tak czy inaczej polecam te dźwięki, gdyż na pewno nie słyszeliście jeszcze czegoś tak innego, a jednak black metalowego.

wtorek, 1 grudnia 2009

Qntal - Silver Swan


Przesłuchuję właśnie piąty album niemieckiego elektrośredniowiecznego zespołu o nazwie Qntal. Płyta ta zwie się „Silver Swan”, a wyszła na światło dziennie w 2006 roku, więc stosunkowo niedawno. Ale jak to bywa w natłoku dzisiejszej muzyki, studiuje ją dopiero teraz.
Stwierdzam niestety, że niewiele straciłem. Choć mamy tu ciekawe momenty, w których można się na chwilę zatracić, to jednak stworzony tutaj klimat nie przeskakuje barierki z napisem – średnia. Szczerze mówiąc, to spodziewałem się czegoś lepszego.
Po czwartym albumie, na tym również mamy kontynuację utworów zaśpiewanych w języku angielskim, ale jak to bywało wcześniej, łacina, starogermański i inne stare języki Europy też tu są.
To, co mnie zniechęciło do tych dźwięków, to jakaś dziwne panowanie wokalu nad muzyką, która w sumie też szału nie robi. Poza tym sam wokal jest jakiś bezpłciowy. Syrah zaśpiewała na nim oczywiście zabójczo poprawnie, ale brak w tym głębi, brak uczuć. Te wszystkie braki wraz ze słabym wokalem nie wróżą niczego dobrego muzyce, ale mimo tego płyta ta broni się .
Utwory takie jak „Levis”, „Monsieur's Departure”, „Lingua Mendax” czy jeszcze w „The Whyle” i „292” to świetne, klimatyczne momenty. Szczególnie w trzecim mamy pięknie folkowy klimat. Na pewno przysłużyły się w tym niecodzienne instrumenty, które zdobią ten utwór, a muszę przypomnieć, że Michael Popp (założyciel Qntal) potrafi grać na Tarze, Oud, Szałamai, Saze i innych starych i kompletnie nieznanych dla zwykłego śmiertelnika instrumentach...
Na koniec polecę paradoksalnie ich wcześniejsze wydawnictwa, gdzie można znaleźć większe połacie ciekawego klimatu. Tutaj jego niedostatek nie jest zrekompensowany w żaden sposób. Dlatego ciągle czuję niedosyt...

Anathema - The Silent Enigma


The Silent Enigma – to arcydzieło doomu, jedyne w swoim rodzaju. Nigdy wcześniej, ani nigdy później nikomu nie udało się nagrać albumu, który byłby tak przepełniony bólem, smutkiem, nostalgią, ale także agresją, ciszą, samotnością... I tajemnicą. Szczerze, to myślę, że każda próba opisania tego dzieła skazana jest na porażkę. A jeżeli już ktoś tak jak ja, próbuje to zrobić, zdoła tylko uchwycić jej część, gdyż całość jest niepojęta.
Drugi album w dorobku Anathemy, przez niektórych nazwany najlepszym w ich historii (również przeze mnie). Można by wymazać wszystkie inne przez nich nagrane płyty i wrzucić w niepamięć, ale to nic by nie dało, bo nadal dzięki Silent Enigmie byliby wielcy.
Słuchając dźwięków zapisanych na tym krążku zastanawiam się, co sprawia, że są one tak genialne. Przecież nie ma w tym niczego nowego, wszystkie patenty były wykorzystywane przez innych w przeszłości. Ale jednak połączenie ich specyficznie zagranego metalu z klimatem, jaki udało im się stworzyć sprawia, że to, co słyszę, nigdy mi się nie znudzi.
Wystarczy posłuchać takich utworów jak „Shroud of Frost” pełen bólu, męki, samotności. Tutaj nieskończoności i pytania o to, czy jest coś po drugiej stronie nabierają kształtów w naszych myślach. Fantazje te są tak namacalne, że prawie prawdziwe...
„Sunset of the Age” to z kolei kawał muzy, przy której można się kompletnie zatracić. Brak w nim agresji, ale za to mnóstwo energii, potrafiącej rozsadzić każdego, który tylko podda się czarowi. Podobnym jest „Nocturnal Emission”, tylko tutaj górę bierze wampiryczny erotyzm. Nie radze słuchać tego w momentach uniesienia, bo może polać się krew...
Nie zapomniałem oczywiście o numerze tytułowym. Tam romantyzm, tajemnice samotności, smutku i miłości splatają się w jeden piękny hymn pełen uczuć... Nigdzie nie znajdziecie czegoś takiego... I jeszcze jeden „A Dying Wish”, najdłuższy na płycie. Numer, który do tej pory można jeszcze usłyszeć na ich występach. W nim mamy wszystko to, co zawiera ta płyta, skondensowane do ośmiu minut dzieło sztuki łączące w sobie agresję i melancholię...
Ale przecież to nie wszystkie utwory, nie opisałem reszty... i nie zrobię już tego, gdyż i tak to, co napisałem nijak nie oddaje klimatu tego krążka. Tego trzeba posłuchać, przeżyć, strawić setki, jeżeli nie tysiące razy i dojść do wniosku, że nigdy nic już nie zrobi na nas takiego wrażenia jak „The Silent Enigma”. Nie ma już pieśni... zostaje tylko złudzenie ciszy...