niedziela, 28 marca 2010

The Beatles - Rubber Soul


„Rubber Soul” to szósty krążek w dyskografii tego największego zespołu rockowego. Jednocześnie jest to przedostatni krążek przed erą studyjną zespołu. Został on wypuszczony na światło dzienne dokładnie 3 grudnia 1965 roku. Nagrania trwały cztery tygodnie, spieszono się, gdyż chciano wydać go przed gwiazdką.
Album ten jest pierwszym krokiem ku bardziej psychodelicznym brzmieniom. Na nim to po raz pierwszy George Harrison użył indyjskiego instrumentu o nazwie sitar. Poprosił go o to John Lennon, gdyż uważał, że w jego utworze „Norwegian Wood (This Bird Has Flown)” będzie on pasował. Ale to była dopiero druga kompozycja na tym wydawnictwie. Pierwszym numerem jest chyba każdemu znany „Drive My Car”. To jedna z piosenek napisana przez McCartneya.
Jednym z kroków ku przyszłym muzycznym eksploracjom był utwór „Nowhere Man”. To jedna z pierwszy kompozycji, które nie opowiadają już o miłości, jak to bywało wcześniej. Jej autorem jest John Lennon i jak sam przyznał po latach, jest to utwór o nim, o stanie jego psychiki w tamtym okresie.
No ale jeżeli pisze się cokolwiek o The Beatles to nie można zapomnieć o balladach. Na „Rubber Soul” mamy takie dwie. Pierwszą z nich jest kompozycja Paula „Michelle”, ale bardziej wyrazista jest ta druga o tytule po prostu „Girl”. Ciekawostką w niej jest długi, przeciągły wdech, który miałby symbolizować zaciągnięcie się dymem marihuany. Chyba nie muszę pisać, że w tamtych czasach czwórka z Liverpoolu paliła tony tego ziela.
Jedną z perełek tej płyty, na pewno dla Johna był „In My Life”. To sztuka opowiadająca o jego życiu, szczególnie koncentrującą się na jego dzieciństwie i śmierci jego przyjaciela Stuarta Sutcliffe. Sam Lennon po nagraniu tegoż przyznał, że wszystko co nagrał przed tym było do kitu.
Dwa z czternastu numerów zamieszonych na tym krążku jest autorstwa Georga Harrisona. George coraz bardziej dojrzewał jako kompozytor, przykładem tego jest świetna kompozycja „If I Needed Someone”.
Patrząc z perspektywy czasu na to dzieło, wydaje się ono słabsze w porównaniu do wcześniejszego albumu „Help!” czy też późniejszego „Revolver”. Charakterystycznym jego elementem jest gitara klasyczna, gdyż John częściej sięgał właśnie po nią w czasie nagrań. Poza tym jest to jeden z najsłabszych albumów McCartney'a. Jego „I'm Looking Through You”, czy też „Michelle” nie elektryzują tak bardzo jak by mogły. Ale to się miało zmienić.

Rivendell - Farewell - The Last Dawn


Jednak sięgnąłem po trzecią i zarazem ostatnią płytę austriackiego projektu Mr. Falagara o nazwie Rivendell. Dawno już nie byłem tak uparty, jeżeli chodzi o muzykę. Dałem mu dużo kredytu, tylko dlatego, ze śpiewa o krainie zwanej „Śródziemiem”.
Jego ostatnie jak do tej pory dzieło nosi nazwę „Farewell - The Last Dawn” i zostało wydane w 2005 roku. Nie wiem, czy jest to pożegnanie się z muzyką i zawieszenie działalności, ale wszystko na to wskazuje. Po pierwsze tytuł, jakby nie patrzeć wymowny, po drugie minęło już pięć lat, a z obozu Rivendell dobiega tylko jedno – cisza.
Na krążku, który zawiera siedem numerów możemy się spodziewać folk metalu. Epicki black metal, który wcześniej królował na albumach Falagara już nie ma racji bytu. Zostały tylko wokalizy, ale i one nie są już tak zadziorne i natarczywe jak wcześniej. Wyjątkiem od tego jest jeden utwór. „Back To Lands We Once Did Know”. Ma on jak najbardziej atmosferę epic blacku, ale tylko dlatego, że numer ten pochodzi z czasów kiedy Rivendell było czarne i złe :). Gerold Laimer w zamierzchłych czasach (patrz 1998 rok) nagrał demo „Poems of Mountains and Forests” i właśnie z niego pochodzi ten kawałek. Czyli mamy tylko sześć nowych kompozycji.
Muzyka, która tutaj doświadczycie dla mnie osobiście jest prawie przebojowa. Chwytliwe melodie, wesołe przyśpiewki. Szczególnie w „The Fall Of Gil-Galad”, którym wnerwił mnie Falagar niemiłosiernie. Kawałek o śmierci ostatniego króla elfów jest sielankowo ogniskową pioseneczką. Przykro mi, ale inaczej wyobrażałem sobie muzyczne przedstawienie śmierci, nawet jeżeli chodzi tu tylko o postać fikcyjną.
Zabarwiony o sitraowo indyjskie klimaty jest kawałek „The Old Walking Song”. A jest to pewnie, niektórzy z was poznają po tekście, piosenka Hobbitów. Tutaj znów jest sielankowo, ale akurat w tym momencie jest to wskazane, tak samo jak w „A Drinking Song”, ale niestety tutaj jest to już maksymalnie wtórne.
Kiedy znalazłem Rivendell ucieszyłem się, gdyż miałem nadzieje, ze będzie to coś równie ciekawego i klimatycznego jak Summoning. Ale niestety to kompletnie inne twory i w porównaniu Rivendell wychodzi dużo słabiej. Reasumując, muzyka tego projektu trafi pewnie tylko do fanów gatunku i nikogo więcej ...

sobota, 27 marca 2010

Eloy - Power and the Passion


Czasem dobrze jest cofnąć się w czasie i sięgnąć po dzieła, które powstawały ponad trzydzieści lat temu. Posłuchać dźwięków korzeni muzyki rockowej. Teraz bardzo rzadko wracamy do tego typu rzeczy. Sam czynię to nieczęsto... Ale wróciłem, tym razem dzięki człowiekowi, który wychował się na tego typu muzyce.
Niemiecka grupa Eloy powstała w 1969 roku pod przewodnictwem Franka Bornemanna. Swój czwarty album pt. „Power and the Passion” zarejestrowała w 1975 roku i muszę przyznać, że jest to jedno z lepszych dzieł psychodelicznego rocka jakie słyszałem. Jeżeli miałbym już szufladkować ich muzykę, to pokusiłbym się napisać, że i owszem jest to psychodelic rock, ale namaczany w progresie ze szczyptą space rocka. Głównymi inspiracjami tej niemieckiej formacji są zespoły brytyjskie, w szczególność Pink Floyd i Genesis, co lekko dziwi, gdyż większość niemieckich kapel z tamtego okresu poruszała się raczej w sferze rocka elektronicznego lub krautrocka.
„Power...” to pierwszy w historii tego zespołu koncept album. Opowiada on o mężczyźnie, który podróżuje w czasie. Człowiek ów eksperymentuje z narkotykami, które przenoszą go do przeszłości. Po ich spróbowaniu Jamie (tak ma na imię bohater tej płyty) ląduje w Paryżu w roku 1358. Tam poznaje kobietę – Jeanne. Początek tej opowieści najbardziej obrazuje utwór „Love Over Six Centuries”. Jak sam tytuł wskazuje, para zakochuje się w sobie i dalej przeżywają razem rożne przygody. W końcu Jamie wraca do teraźniejszości. Krążek kończy niesamowicie klimatyczny numer „The Bells Of Notre Dame”, w którym bohater wspomina swoją przygodę.
Odchodząc trochę od warstwy lirycznej, muzycznie utwór „ Love Over Six Centuries” jest najciekawszym songiem tego dzieła. Oprócz oczywistego klimatu space rocka, głównym motywem jest w nim psychodeliczna wstawka. W tym samym czasie słyszymy jedyną kwestie mówioną na całej płycie. W niej to Jamie i Jeanne po raz pierwszy się spotykają i poznając się palą marihuanę :) Sztuka ta trwa ponad dziesięć minut i jest najdłuższa ze wszystkich 10 kawałków tu zamieszczonych. Jeżeli chodzi o długość numerów, to są tu jeszcze dwie dłuższe kompozycje, a reszta średnio ma jakieś dwie minuty z kawałkiem. Dziwny to manewr, ale słucha się tego co najmniej składnie.
Jedynym minusem tego albumu są wokale pana Bornemanna. Czułem faktyczny ból, kiedy pierwszy raz usłyszałem jego wyczyny. Po dłuższym zapoznaniu się z materiałem człowiek przyzwyczaja się do tego, ale cholera, czemu nikt mu nie powiedział, że nie umie śpiewać?
Koncepty powinno się przesłuchiwać w całości, od początku do końca, choć większość można kontemplować osobno. „Power and the Passion” raczej powinno się łykać w całości, wtedy tylko dostrzeże się cały świat kolorowych pejzaży, jaki w sobie kryje. Teraz takiej muzyki się już nie tworzy – a szkoda.

czwartek, 25 marca 2010

Rivendell - Elven Tears


Po przesłuchaniu pierwszego albumu Rivendell - „The Ancient Glory”, zaciekawiony dalszą karierą Falagara sięgnąłem po kolejny jego krążek. Drugą płytę o nazwie „Elven Tears” udało mu się nagrać w trzy lata po pierwszej, tj. 2003 roku. Tak samo jak pierwszy krążek, także i ten zawiera osiem kompozycji, opartych na epickim black metalu, zabarwionych folkowymi motywami. Tym razem klimatem przypominają atmosferę bliskiego wschodu, czy też Egiptu. Ale oczywiście nie zabrakło różnego rodzaju fletów, męskich podniosłych chórów, klasycznych gitar i wszystkich tych innych motywów, które są popularne w tego rodzaju muzyce.
Najlepszym tego przykładem jest utwór „Misty Mountains”. Najdłuższa kompozycja na tym albumie, opowiadająca, jak wskazuje sam tytuł o Górach Mglistych. Zadumany, pełen przestrzeni i zimnych dźwięków klimat, to to, czego możecie się po nim spodziewać. Ciekawym jest też „Mithrandir”. Ten za to klimatem sięga aż do Indii. Tutaj Falagar użył sitaru, instrumentu z tego azjatyckiego landu, aby ubarwić nieco swą muzykę, sprawić, by bardziej wpadała w ucho dzięki chwytliwej melodii.
Poza tym, nic ciekawszego tu nie ma. Mogę nawet stwierdzić, że Rivendell stało się bardziej przebojowe, choć przecież nadal wokale są typowo black metalowe. Teraz już wiem, dlaczego tak mało znany jest to projekt. Nic nowego nie wnosi swą twórczością pan Falagar do światka metalu. I co z tego, że używa on tekstów największego bajarza dwudziestego wieku. Słowa nie wystarczą, by zaczarować słuchacza. Jeżeli muzyka jest bądź co bądź wtórna, gdyż Rivendell niczym się nie wyróżnia na tle innych kapel black/folkowych, to niestety efekt końcowy będzie dość marny.
Podsumowując muszę stwierdzić, że „Elfie Łzy” są średniej jakości. Oczywiście fani gatunku będą mogli znaleźć tu coś dla siebie, ale dla innych zjadaczy metalowego chleba pozycja ta będzie raczej niestrawna. Został jeszcze jeden album... Zastanawiam się, czy warto sięgnąć po trzecie dziecko Rivendell?

środa, 24 marca 2010

Megadeth - Endgame


Nigdy za bardzo nie przepadałem za tym zespołem. Wyjątkami były tylko „Countdown to Extinction” i „Cryptic Writings”. Cała reszta, łącznie z wychwalanym pod niebiosa „Rust in Peace” uważałem za kompletne gówno. Bez urazy... Przypadkiem, gdyż sam bym raczej nie dążył do tego, trafiła do mnie ich ostatnia płyta „Endgame”. Z lekką ciekawością podszedłem do tego wydawnictwa. Nie nastawiałem się na nic. I w sumie to dobrze...
Wystarczyło, że do mych uszu doszły dźwięki pierwszego utworu - „Dialectic Chaos” Trochę mnie to zdziwiło, gdyż rzadko zdarza się, by pierwszy numer był w całości instrumentalny. Pełen popisów, gitarowych umiejętności, solówki, aż się z niego wylewają, a przecież to tylko dwie i pół minuty muzy. Dla mnie to kompletnie nijaka kompozycja i to już na samym początku. No ale lecę dalej. „This Day We Fight!” zaczyna się mocno, szybko, prawdziwie speed/thrash metalowo. Ale jakoś brak w nim ciężkości, brzmienie jest lekko rozmyte. Oczywiście tu też są solówki, solówki i solówki. Chris Broderick i Dave Mustaine wysypują je jakby z rękawa.
Kolejno mamy „44 Minutes” i od tego wszystko było już jasne. Ten kawałek to czysta dysharmonia między muzyką, a wokalem. Aż mnie boli jak tego słucham. Muza jest może i nawet niezła - ostre, ciężkie riffy, ale wokal Dave'a to mordęga. Pewnie chłop chciał połączyć agresywność speedu z przebojowością, ale niestety... Wyszedł z tego bezbarwny chłam. Nic też nie dało, jak w „1,320'” wmieszano trochę riffów rockandrollowych. Trochę się to huśta, ale w ostatecznym rozrachunku nadal jest poniżej średniej.
Muszę pochwalić sekcję rytmiczną. Na krążku przez cały czas słychać pulsowanie basu, a to lubię. Perkusja też jest niezła, choć brak mi rajdów na dwie stopy. No ale wracając do utworów... Kompletnie nie potrafię zrozumieć, o co chodzi na tej płycie. Dajmy na to taki „Bodies”. Numer posiada ciekawe riffy, ciekawy rytm, ale jak wchodzi wokal ze swoją pseudo melodyjnością i pseudo przebojowością, burzy wszystko. Jedynym światełkiem w tunelu jest numer tytułowy. „Endgame” ma coś w sobie, odznacza się na tle innych. Ale czym? Sam nie wiem. Jeżeli chcecie przechodzić, przez mordęgę tego albumu, to zapewne się przekonacie.
Szperałem trochę po necie i w mediach, w poszukiwaniu recenzji tego krążka i … o zgrozo … nie spotkałem się z jego negatywną oceną. Nie wiem, albo jestem głuchy i nie słyszę tego, co reszta, albo jest wręcz odwrotnie. Mniejsza... Podsumowując... Wydawnictwo to ma ciekawe momenty, ale tylko momenty. Krótkie wstawki, tu i ówdzie ciekawy riff, sola... Ale nic poza tym. Słuchając go czuję, że Dave miał pomysł, ale tylko na tym się skończyło, bo wykonanie jest mizerne i szkoda tracić te 45 minut z życia. To może się podobać się w Ameryce …

czwartek, 18 marca 2010

Uaral – Laments


Uaral i ich ep-ka „Laments” to moje ostatnie odkrycie. Nie jest to nowe wydawnictwa, gdyż pięć utworów, które zawiera powstało ponad dwanaście lat temu. Zespół ten pochodzi z Chile, a założyli go dwaj panowie: Aciago (odpowiedzialny za całe instrumentarium) i Caudal, który growluje, śpiewa, krzyczy i wyczynia wszystkie te piękne rzeczy z wokalem, które można usłyszeć w doom muzyce. Jednak zaklasyfikowanie ich do doomu to lekko pochopna decyzja. Głównym rdzeniem ich muzyki są gitary klasyczne, brzmiące bardzo latynosko, wręcz folkowo. Przez ten właśnie manewr nie mamy tu do czynienia z czystym doomem, ale jeżeli chodzi o klimat, to jak najbardziej.
Z czystym sumieniem mogę napisać, że już dawno nie słyszałem takich dźwięków. Ładunek emocjonalnym, jaki zawierają, jest przeogromny, a wszystko skupia się na uczuciach smutku, samotności... wręcz piękna samotności. Cudownym przykładem tego jest najdłuższy numer tej ep-ki, jednocześnie tytułowy „Laments”. To prawie jedenaście minut skondensowanego żalu, zamkniętego w pięknych dźwiękach. W nim to Caudal dwoi się i troi, by przekazać nam każdą z emocji sięgając przy tym, aż po takie ludzkie wynalazki jak płacz i łkanie. Jego krzyki są naprawdę przepełnione lamentem. Z drugiej strony muzyka jest jeszcze lepsza. Stonowana, oparta na klasycznej gitarze, fortepianie i niesamowicie malowniczych, pięknych, wręcz krzyczących solówkach.
Reszta kompozycji też jest świetna. Wymienię jeszcze jedną sztukę, a jest nią „Surrendered To The Decadence (Part II)”, ale nie będę jej opisywał, gdyż jest równie piękna, jak numer który już zdążyłem przedstawić. Aranżacje Uaral są po prostu niesamowite i dość równe. Każdy kawałek z czterech (pierwszym jest lekko ponad minutowe intro) jest wspaniały.
Te stonowane dźwięki zaczarują każdego. Trzeba tylko dać się ponieść ... a szczerze, to ciężko się oprzeć. Polecam ją na długie, samotne, jesienne wieczory, ale nie tylko...

Agalloch - The Mantle


Agalloch to jeden z tych tworów, które ciężko jednoznacznie zaklasyfikować. Dlaczego? Cóż, ich muzyka to fuzja rożnego rodzaju gatunków, które umiejętnie połączone tworzą coś unikatowego, coś naprawdę pięknego. Ale do rzeczy... W 2002 roku zespół ten wypuszcza swój drugi longplay o nazwie „The Mantle”. Znajdziemy na nim dziewięć klimatyczno folkowych kompozycji.
Rozpoczyna je instrumentalny „A Celebration For the Death of Man...”, a jest to nic innego, jak akustyczny wstęp do albumu, który może, choć nie musi zabrać każdego słuchacza w ciemny las naszej egzystencji. Kolejno mamy „In the Shadow of Our Pale Companion”, prawie piętnastominutową sztukę i mojego osobistego faworyta tego krążka. Królują w nim gitary akustyczne, czyste wokalizy i blackowy skrzek, ale to nie wszystko. Oprócz tego są tu pełne emocji, czysto rockowe gitarowe solówki. Należą się pochwały dla Johna Haughma. Ten utwór jest genialny!
Później nie jest już tak wspaniale, ale też nie jest źle. Na szczególne uznanie zasługują kawałki: „The Hawthorne Passage”, „The Lodge” oraz „...And the Great Cold Death of the Earth”. Pierwszy to ogólnie rzecz ujmując numer instrumentalny z progresywnym feelingiem, niestety na samym końcu pojawia się niepotrzebna wstawka sampla z jakiegoś hiszpańskiego filmu, która niszczy cały klimat skrupulatnie tworzony przez ponad jedenaście minut. Drugi też jest kawałkiem, gdzie nie użyto wokaliz. Zaczyna się on odgłosami kroków po grubej pokrywie śniegu. Do tego oczywiście akustyk, kontrabas i systematyczne uderzenia drewna o drewno. Szkoda, że nie powstało to w czasach „Twin Peaks”, niezły byłby z tego soundtrack. Najbardziej z tej trójki przypadł mi jednak do gustu trzeci. Tu znów możemy usłyszeć kontrabas i piękną solówkę, tym razem zagraną na akustyku, co sprawia, że brzmi bardzo folkowo.
Najmniej na tym albumie podobają mi się wstawki o zabarwieniu black metalowym. Choć urozmaicają muzykę Agalloch, to jednak coś mi w nich nie pasuje, ale to są moje osobiste odczucia. Tak czy inaczej uważam ten album za bardzo dobre, oryginalne dzieło, warte przesłuchania i dogłębnego poznania, nie tylko przez fanów metalu.

środa, 17 marca 2010

Decapitated - Organic Hallucinosis


Tak jak to bywało na początku, kiedy to death metal rozkwitł na naszym padole, tak i teraz Earache Records stara się mieć w swojej stajni kapele, które są albo wielkie, albo wielkimi krokami zmierzają ku szczytowi. Jedną z takich grup jest polski Decapitated. Po wydaniu „Organic Hallucinosis” dali każdemu do zrozumienia, że są wielcy.
Ale zacznijmy od początku... W 2005 roku zespół opuszcza Sauron. Zastępuje go frontman Atrophia Red Sun - Adrian "Covan" Kowanek. Z nowym krzykaczem w 2006 roku Decapitatd wypuszcza swój ostatni jak na ten czas, czwarty album o tytule „Organic Hallucinosis”. Zawartość tego krążka to siedem utworów, zamkniętych w trzydziestu dwóch minutach. Muzycznie to ultranowoczesny death metal.
Styl ten przeszedł długą drogę. Teraz grupy takie jaki Decapitated grający tę swoją techniczną odmianę, są dalekie od deathu końca lat 80-tych. I gdyby porównywać muzykę przeszłości do tego co mamy teraz, to można by powiedzieć, że to co znajduje się na czwartym krążku panów z Krosna, death metalem już nie jest. No ale do rzeczy...
Nie da się nie usłyszeć, że formacja Meshuggah miała wielki wpływ na Vogg’a kiedy ten tworzył riffy do tego albumu. Słychać to w każdym numerze, tylko tutaj w odróżnieniu od muzyki Szwedów jest brutalnie, szybko i agresywnie. Muszę przyznać, że wybór Covana na wokalistę był bardzo dobry, jego krzyki wspaniale współgrają z muzyką. Gdyby to był growl Saurona, muzyka ta nie miałaby takiej energii. A słychać ją w każdym z kawałków.
Całość jest niesamowicie równa, przez to też ciężko wytypować jakiegoś faworyta. Za każdym razem podoba mi się coś innego, inny fragment, inny utwór. Zamiast więc opisywać je skupię się na ciekawostkach tego wydawnictwa. Tekst otwierającej sztuki o tytule „A Poem About an Old Prison Man” napisał Charles Manson. To tak zwany wyjątek, gdyż reszta liryków wyszła już spod palców Polaków.
Oprócz tego w numerze drugim możemy usłyszeć króciutkie solo Witka, rzadko spotykany manewr w death metalu. To niestety był jego pożegnalny album, choć nie zdawał sobie z tego sprawy.
Po wypadku, o którym chyba słyszał każdy, Decapitated się rozpadło. Teraz znów funkcjonuje. Na czele stoi Vogg, tylko on pozostał na placu boju. Ciekaw jestem co stworzy z nową kompanią. W którą stronę pójdzie Decapitated? To się okaże. Na razie mamy „Organic…” i cholernie dobrą muzykę!

wtorek, 16 marca 2010

Porcupine Tree - In Absentia


Porcupine Tree z wydaniem „In Absentia” przybliżył się tylko do jednego... Przebojowości... Nie ma już w tej muzyce tajemniczości, a pięknych pejzaży jest jak na lekarstwo. To, co znajdziemy na siódmym albumie Anglików, to wpadające w uszy nuty. Przykładem tego jest otwierający „Blackest Eyes”. Nie ma się w co zagłębić, ten kawałek po prostu płynie, jest dobry, miejscami ciężki z przysłowiowym kopem, ale to wszystko. Zero głębi. Tak samo kolejny „Trains”, który wydaje się być stworzonym dla rozgłośni radiowych „hitów na czasie”. Wystarczy popatrzeć na tekst tej sztuki. Można go opisać jednym zdaniem – „Oj, jak to pięknie jest śpiewać o miłości”.
Zacząłem narzekaniem na ten album, ale to nie zmieni tego, że to jednak dobra muza. Może nie jest to najlepsza rzecz, jaką nagrał Steven Wilson, ale i tak sprawił się nieźle, a to w skali światowej znaczy naprawdę dobrze:) I jeszcze jedno, ciężko mi tą muzykę nazwać progres rockiem. Oczywiście, gdybym musiał zaszufladkować tą płytę, pewnie trafiła by ona właśnie tam, ale w rzeczywistości to z progresem ma ona niewiele wspólnego.
Ale do rzeczy... Pierwszą rzeczą, na którą zwróciłem uwagę na tym krążku to częste użycie gitary akustycznej, nawet w tych mocniejszych numerach. Nie żebym nie lubił tego instrumentu, ale co za dużo to niezdrowo. Powód tak częstego występowania może być tylko jeden - próba zachowania równowagi między agresją a delikatnością. Ale czy to dobry pomysł? Cóż, odpowiedź pozostawię wam. Kolejną sprawą jest nierówność materiału. Dwanaście utworów tu zamieszczonych nie tworzy spójnej całości, to raczej indywidua, przez co rzadko sięgam po ten album. Gdy myślę o muzyce Porków, to łączę muzykę z klimatem, a „In Absentia” to świat wielu różnych klimatycznych światów.
Z drugiej strony, to co jest tu ciekawe, to momenty. Niekiedy kilkusekundowe, niekiedy parominutowe. Ale tylko momenty. Wydaje mi się, że każdy utwór na tym krążku jest umiejętnie skopany. Moim osobistym faworytem jest „Heartattack In A Layby”. On to od początku do końca zachowuje pewnego rodzaju napięcie, magnetyzm, który może przyciągnąć. W nim to użyto nakładania na siebie kilku ścieżek wokalnych. Zawsze podobały mi się tego typu aranżacje. Tutaj Wilson stworzył niesamowity klimat. Chylę czoło. Podobny motyw jest też na „Gravity Eyelids”, tylko tam jest on jakiś rozmemłany, nieczytelny...
Czepiam się i czepiam, a wszystko przez to, że po paru latach wróciłem do tej muzy i przestała mi się ona podobać. W sumie to nigdy nie byłem wielkim fanem tych sześćdziesięciu ośmiu minut. Teraz pewnie nieprędko do tego wrócę...

czwartek, 11 marca 2010

A Perfect Circle - Thirteenth Step


Zawsze dziwiło mnie, gdy porównywano A Perfect Circle i Toola. To dwa różne zespoły, choć posiadają tego samego wokalistę. To, jak odmienne są te dwie kapele stało się całkowicie jasne z chwilą, kiedy APC wypuścili swoją druga płytkę. Muszę wam się przyznać, że nie dawałem jej zbyt dużo szans, kiedy wychodziła parę lat temu. Jestem fanem ich pierwszej płyty, ale „Thirteenth Step” jakoś mnie odrzuciła. Teraz wiem, że gdybym wtedy poświęcił jej więcej czasu, byłoby inaczej. To piękna płyta! Odmienna od „Mer De Noms”, ale to wcale nie jest jej minus.
Wystarczy przesłuchać otwierający numer - „The Package”. Transowy i hipnotyczny, ale zarazem pełen energii i agresji, jak taniec ze śmiercią. Takiego A Perfect Circle nie znacie. Zespół dojrzał, już na drugiej płycie nagrał kawałki, które powinny przejść do historii alternatywnego rocka. Kolejnym, jeszcze lepszym tego przykładem, gdyż uważam go za arcydzieło tego zespołu, jest „The Noose”. Nigdy wcześniej, ani nigdy później nie nagrali takiego utworu. Wystarczy posłuchać tych dźwięków. To czysta harmonia... i to wystarczy...
Cały album porusza się gdzieś na granicy z rzeczywistością, jakby był marzeniem sennym. Nawet w tych szybszych momentach, których nie jest za mało. Ale tak czy inaczej te wolniejsze kawałki biorą tu górę. Tak jak w subtelnie zaczynającym się „Vanishing”. Umyślne ściszenie numeru na samym początku sprawia, że słucha się go jak odgłosu strumienia. On po prostu płynie...Ukłon w stronę pana Keenana. Wydaje mi się, że dopiero w tym zespole pokazuje, na co go stać.
Wspomniałem o szybszych momentach. Przykładem tych chwil jest „The Outsider”, młodszy brat „Judith” z Morza Imion. Ale jak wszystko na tej płycie jest on trochę bardziej ślamazarny. Drugim, mocniejszym uderzeniem tej płyty jest „Pet”. Ten chyba najbardziej przypomina wyczyny APC z pierwszej płyty. Łączy się on z kolejnym numerem „Lullaby”. Na nim i na „The Noose” użyczyła swego głosu szeroko znana Jarboe.
Wszędzie znajdzie się małe błędy w sztuce. Dla mnie na Trzynastu Krokach błędem jest „The Nurse Who Loved Me”, cover Failure. Nie wiem dlaczego, ale kojarzy mi się on z przesadnie piękną wizją, sielanką ociekającą cukrem. W pewien sposób pasuje do całości, ale raczej przez klimat niż muzykę. Krążek ten zamyka numer „Gravity”. Wspominam go tylko dlatego, że to na nim możemy usłyszeć piękną i utalentowaną Paz Lenchantin basistkę, która nagrała z nimi na tej płycie tylko ten kawałek.
Duet Howerdel/Keenan po raz kolejny stworzył coś pięknego. Trochę szkoda, że to był ostatni krążek („eMOTIVe” był coverowym albumem)z ich twórczością. Ale może nie powiedzieli jeszcze wszystkiego i kiedyś znów o nich usłyszymy. Miejmy taką nadzieję…

wtorek, 9 marca 2010

Rivendell - The Ancient Glory


W poszukiwaniu ciekawej muzyki zawędrowałem do Austrii. Stamtąd właśnie pochodzi zespół Rivendell. Nazwa znajoma, czyż nie? Pochodzi ona z książek J.R.R. Tolkiena, a jest to siedziba mistrza Elronda, na zachodnich zboczach Gór Mglistych.
Rivendell przewodzi jeden człowiek o pseudonimie Falagar, a muzykę, którą tworzy można nazwać Epic/black metalem, choć nie do końca, gdyż na „The Ancient Glory” gdzieniegdzie pojawiają się bardzo subtelne folkowe wstawki. Najczęściej mają one postać gitary akustycznej, męskich chórów, oraz fletu. I ten właśnie nieszczęsny flet jest według mnie największym minusem tego wydawnictwa. Słuchając go widzę obraz obierzyświatowych indiańskich kapel, które często można spotkać w granicach naszego kraju. Taki flet i epicki black metal nie zawsze bywają dobrymi kompanami. Tutaj jakoś to nie współgra.
Nie wiem, jak długo miałbym tego słuchać, by dostrzec coś naprawdę dobrego. Wszystko tu się strasznie ciągnie, nie ma w tym zbyt wiele energii. No chyba, że na tyle, by przesunąć balkonik o kolejne parę centymetrów …cholernie powoli. Drugim minusem jest klimat, przez ten nachalny flet nawet gdybym chciał, to nie potrafię wczuć się w atmosferę powieści tolkienowskich. Wiem, różni ludzie, różne potrzeby i pewnie Falagar ma inne wizje co do tych powieści ode mnie.
Jednak nawet tutaj znalazłem ciekawe momenty, a jednym z nich jest utwór „Durin's Halls”. Cholernie przypomina mi on dokonania szwedzkiej grupy Therion. Ten sam feeling, tylko oczywiście w black metalowej wersji. Ciekawym również może być kawałek „Theoden”, ale tu też doczepie się i powiem, że jest zbyt melodyjne. I jeszcze jeden moment, w numerze „Aragorn Son of Arathorn”. To najdłuższa i jednocześnie ostatnia sztuka na tym albumie. W nim podoba mi się tylko fragment, który zaczyna się po trzydziestu sekundach trzeciej minuty. Wtedy czuję w tym jakiś monumentalizm, jakąś siłę. Motyw ten pojawia się w nim jeszcze raz i kończy ten album.
Gerold Laimer, czyli Falagar będzie się musiał jeszcze sporo napracować, żeby dorównać swoim rodakom z Summoning, gdyż to właśnie oni są najwspanialszymi twórcami muzyki do twórczości Tolkiena. Jednak z drugiej strony to pierwsza płyta Summoning też była fatalna ... Z czystej ciekawości sięgnę po kolejne krążki Rivendell, może coś w nich jeszcze znajdę?

sobota, 6 marca 2010

Pain Of Salvation - One Hour By The Concrete Lake


„One Hour By The Concrete Lake” to moje pierwsze zetknięcie się z tym zespołem. W sumie jakieś pięć lat temu, kiedy krążek ten wpadł w moje ręce, jakoś go zbyłem, odsunąłem na później. Tylko to „później” trwało parę lat. Teraz sięgam po niego znów i nie żałuje, że nie przesłuchałem go dobrze w przeszłości.
Po pierwszym przesłuchaniu byłem zawiedziony. Skoro jest to progresywny metal, to gdzie ta progresja w dogłębnym jej znaczeniu? Nie zrozumcie mnie źle, oni rzeczywiście ją grają, ale przecież progresja to coś nowego, coś, co się dopiero odkryło, to podążanie do przodu. Tak powinno być, ale z tą płytą wcale tak nie jest. Przez cały czas trwania albumu słyszę zapożyczenia. Pain of Salvation to dobry zespół, ale za cholerę nic nie wnieśli tą płytą do progresu.
Najbliżej jest im do Dream Theater, no ale przecież ten zespół też zapożycza od wielkich tego stylu, tylko w odróżnieniu od recenzowanej grupy, Amerykanie robią to z klasą i niesamowitą energią. Poza tym słychać tu też Faset Warning i Savatage i jeszcze kilka innych, ale nie będę wam wyliczał wszystkie. Na drugiej płycie Szwedów nie ma polotu, energia może i by się znalazła, tak samo jak i profesjonalizm. Nie zabiorę im umiejętności grania, bo ta jest na najwyższym poziomie, no ale jednak to nie wszystko.
Wracając do płyty... Jest to koncept album, opowiadający o problemie istnienia broni masowej zagłady w naszym świecie. Główny bohater siedzący w tym biznesie przechodzi moralną czkawkę. Temat jest niezły i oprawa liryczna też niczego sobie. Tylko muzyka... Pierwszą rzeczą na którą zwróciłem uwagę to wokal. Daniel Gildenlow posiada ciekawą barwę, ale jego wokalne aranżacje są co najmniej dziwne. Śpiewa on tak, jakby sam nie wiedział, jak ma to robić. Następną rzeczą jest stylistyka i brzmienie. Obydwa aspekty są zaczerpnięte z końca lat 80-tych i początku 90-tych. Nie rozumiem po co, ale dobra. To był ich wybór.
Tak jak na wszystkich tego typu wydawnictwach, tak i tu można znaleźć ciekawe momenty, ale niestety ani grama oryginalności. Ciekaw jednak jestem, jak im szło na kolejnych albumach, bo pewne jest to, że zespół ma ambicje. Podsumowując, płyta średnia, ale nie tragiczna.

Enigma - Seven Lives Many Faces


Słuchając dźwięków „Seven Lives Many Faces” myślę sobie - jestem konserwatystą, jeżeli chodzi o ten zespół. Podoba mi się to, co stworzyli kiedyś i każda, choćby nie wiem jak niesamowita próba dotarcia do mnie nowego materiału nie ma racji bytu. Pomimo tego muzyka z ostatniego, siódmego albumu Enigma na pewno jest ciekawa i oryginalna (w pewnych chwilach). Może do mnie nie trafiać, ale to nie znaczy, że mam mieszać ją z błotem.
Najbardziej wymownym dla mnie momentem z dwunastu utworów stworzonych przez Michaela Cretu jest „The Same Parents”, ale przez moje spaczenie metalem w niektórych momentach tegoż słyszę dokonania Ulver. Enigma zabiera nas w podróż siedmiu istnień. A cóż się za tym kryje? Muzyczna paleta barw, która zaczaruje słuchacza aż do końca, jeżeli się tylko skusi. Pewne jest też to, że ludzie szukający spokoju w muzyce będą odpływać przy dźwiękach tej płyty. No bo po to właśnie jest ona stworzona, by móc podróżować po zakamarkach naszego wewnętrznego wszechświata.
Tym razem znów, tak jak to bywało na wcześniejszych albumach, mamy początek, który nazwałbym absolutnym. „Encounters” jest jakby kontaktem ze wszechrzeczą. Słychać w nim szum oceanu, czuć wielkość i głębię kosmosu. Słuchając go odczuwam pokorę, tak jak wtedy, kiedy patrzę na wielką górę i wiem, że człowiek nigdy takiego czegoś nie stworzy... Oczywiście jak to bywało w przeszłości, tak i tu możemy znaleźć wątki erotyczne. Tym razem wplecione są one w „Je T'aime Till My Dying Day”. Nie są jednak tak bardzo wyeksponowane jak w „The Principles of Lust” z wiadomej płyty. Tutaj rządzi raczej subtelność, romantyczny erotyzm, powolny i ciepły.
Pomimo tego, że krążek ten jest tak monumentalny i piękny, to jednak do mnie nie trafia, jak już wspomniałem na początku. A wszystko to przez jeden aspekt - Enigma stała się nowoczesna, już nie tak średniowieczna, jak to bywało w przeszłości. Dlatego, pomimo niesamowitego połączenia starego z nowym na „Seven Lives”, to nie muza dla mnie. Nie odnajduje się tu, nawet gdybym chciał. Nawet „Déjà Vu”, gdzie słychać sample z takich kawałków jak - „Morphing Thru Time” i „Prism of Life” z ciekawej trzeciej płyty „Le Roi Est Mort, Vive Le Roi!, Michael Cretu jakoś mnie nie przekonuje. Kurde, zastanawiam się, czy nie straciłem poczucia piękna?
Pewnie czyta się to wszystko lekko chaotycznie, ale tak właśnie na mnie działa ta płyta. Może za mało czasu jej poświęciłem, nie wczułem się wystarczająco dobrze, by odkryć jej piękno. A może po prostu nie jest ona dla mnie? Tak czy inaczej, kto szuka pięknych dźwięków z pogranicza new age/electronic, to coś dla niego.

środa, 3 marca 2010

Chrome Division - Booze, Broads and Beelzebub


Już to gdzieś słyszałem... Takie słowa narzucają się same, kiedy przesłuchuję drugi krążek norweskiej formacji Chrome Division. Skąd to spostrzeżenie? Cóż, nie jest to trudne. Shagrath i spółka na „Booze, Broads and Beelzebub” wykonują mieszankę heavy metalu i rock'n'rolla, która przypomina dokonania takich kapel jak Motorhead czy też ZZ Top, ale oczywiście nie tylko, gdyż przecież to nie jedyne zespoły wykonywające brudnego rocka.
Muzyka z tej płyty kompletnie mi nie odpowiada. Dlaczego? Dlatego, że nie jestem harleyowcem, ani starym blues manem, który wlewa w siebie hektolitry piwska, a muzyka z tej płyty powinna i pewnie trafia tylko, albo przede wszystkim, do takich właśnie osób, gdyż dźwięki te nadają się tylko na jedną okoliczność: imprezy. Mogę się założyć, że w pewnych kręgach sztuka Chrome Division jest witana bananem na ustach. No ale znów pojawia się pytanie, jaki jest sens tworzenia muzyki do kieliszka? Według mnie nie ma go wcale, nie w tych czasach. Kult tego typu muzy już przeminął, a słuchać jej możemy tylko na zlotach, albo w knajpach, gdzie minimum obwodu każdego bywalca wynosi 120cm :)
No ale do rzeczy... Początek jest nawet ciekawy, a jest nim „The Second Coming”- instrumentalny, jednominutowy kopniak heavy/rocka. Po nim mamy numer tytułowy i on też jest dobry. Energetyczny, prujący do przodu, z ciekawymi riffami, no cóż tu dużo pisać, główka się kiwa, a przecież tylko o to chodzi. „Wine of Sin” już niestety jest mdławy, energia gdzieś uleciała, a bez niej ta muza nie ma racji bytu. W „Raven Black Cadillac” czuć echo lat 70-tych, ale znów jakoś wolno, bez polotu, a „Life Of A Fighter” to już rasowy heavy metalowy numer, z typową dla tego stylu solówką. I niby wszystko jest ok, ale jednak trąci to wtórnością. No kurde po prostu nudzi.Mamy tu jeszcze numer, który mógłby się wyrwać z wydawnictw ZZ Top, a jest nim „The Boys From The East”, tylko czegoś w nim brak, poza tam rzadko udaje mi się dotrwać aż do niego. Do tego mamy tu także cover ww. bandu - „Sharp Dressed Man”. Buja się jak należy, ale tak samo jak nie rozumiem, po co tworzyć taką muzę, tak samo nie wiem, po co grać takie covery?
Reasumując, panowie z Chrome w swoich macierzyńskich zespołach osiągnęli już jakąś tam sławę, szczególnie pan z Dimmu Borgir. Ale co ich pchnęło do grania takich klimatów, tego nie wiem. Za to wiem jedno, w Polsce ostatnimi czasy powstała taka sama bezpłciowa kapela o nazwie Black River. Ciekawe, czy to, że Daray gra w Dimmu miało na to jakiś wpływ? Hmm? Pewnie nie...

niedziela, 28 lutego 2010

Anathema - Pentecost III


To był przełom w sztuce tego zespołu. Ep-ka ta wyszła w tym samym roku, co genialna „The Silent Enigma”, przed problemami z wokalistą, kiedy to Vincent zajął miejsce Darrena White'a. Ale to miało nastąpić w przyszłości. Tymczasem 6 marca 1995 roku nakładem Peaceville Records wychodzi na świat płytka o tajemniczym tytule - „Pentecost III”.
Materiał ten zawiera pięć kompozycji (plus jedna ukryta), z czego każda z osobna jest inna, więc opisze pokrótce każdą. Na sam początek mamy utwór „Kingdom” i jest to zapowiedź tego, co ma nadejść. Pierwsze dźwięki mówią wszystko... Kawałek ten mógłby się znaleźć na „Milczącej Zagadce”, wtopiłby się w nią bez rozpoznania. Kolejnym numerem jest „Mine Is Yours to Drown In (Ours Is the New Tribe)”. Chyba nie muszę pisać, że to jedyny taki wybryk w całej historii Anathemy. Nigdy wcześniej, ani nigdy później nie napisali niczego podobnego. Kiedy słucham go po latach przypomina mi on wczesne dokonania Godflesh. Ma on w sobie to coś, połamane, ciężkie i wolne riffy, niczym walec toczące się do przodu. Poza tym na samym końcu jest prawie taki sam patent melodyjny, jak w numerze „Nocturnal Emission” z „The Silent Enigma”. Dalej mamy „We, the Gods” z początku może się wydawać trochę smętnawy, gdyż, ani melodia, ani linia wokalu raczej nie zachęcają, ale kiedy przyśpiesza, zaczyna się robić naprawdę ciekawie. Zaraz po nim jest song tytułowy, a jest to instrumentalna sztuka; raczej najbardziej nijaki numer na tym albumie. No i została nam jeszcze jedna rzecz, a mianowicie „Memento Mori”. Ten jest definicją połączenia death metalu z doomem, nic dodać, nic ująć. No i został jeszcze jeden, ukryty numer. „666” to mały dodatek, który słyszalnie nawiązuje do twórczości takich bandów jak Venom i Celtic Forst.
Fascynuje mnie, w jaki sposób ten zespół z biegiem lat zmieniał swoje oblicze. Przykładem tego jest właśnie „Pentecost III”. Nigdy już nie powrócili do tego co było zawarte tutaj, ale też rozwinęli pomysły, które tutaj zostały wykorzystane. Zmieniali się odtąd juz zawsze...

sobota, 27 lutego 2010

Vintersorg - Ödemarkens Son


Pierwszy raz styczność z tym albumem miałem jakieś 10 lat temu. Wtedy to usłyszałem na składance z Mystic Art numer „Svältvinter”. Kompletnie mi się nie podobał, był totalnie nie w moim guście. Jakoś parę lat później usłyszałem płytę „Cosmic Genesis” i zostałem oczarowany Vintersorg. Dziś znów wróciłem do „Ödemarkens Son” i muszę przyznać, że niesłusznie oceniłem ją negatywnie tylko po jednym kawałku, który bagatela, teraz bardzo mi się podoba. Gusta się zmieniają. Ale do rzeczy...
„När Alver Sina Runor Sjungit” to utwór rozpoczynający ten krążek. Charakterystycznym momentem tego kawałka jest minutowa solówka, bardzo melodyjna i stonowana jak na viknig metal. Za pierwszym razem, gdy usłyszałem dźwięki tego kawałka byłem zszokowany, że jest w nim tak dużo progresji. Byłem pewien, że pierwsze dwie płyty Vintersorg (ta jest druga) będą bardziej folkowe niż progresywne, myliłem się. Kolejnym numerem jest ww. „Svältvinter”. To najjaśniejsza pogańska gwiazda tego wydawnictwa, dzięki wykorzystaniu wiolonczeli i kobiecego melodyjnego wokalu. Atrybuty te dodała w dwóch utworach jedna osoba - Cia Hedmark, współpracująca z Andreasem "Vintersorg" Hedlundem w projekcie Otyg. Ciekawym jest również „Under Norrskenets Fallande Ljusspel”. W nim to refren zaśpiewany jest tak, jak gdyby była to piosenka popowa, melodia niesamowicie wpada w ucho. Poza tym mamy tu dużo smyczków wygenerowanych z klawiszy. Najbardziej agresywnym songiem jest tytułowy „Ödemarkens Son”. W nim to najwięcej jest skrzeczących wokali i szybszych temp, nawet małych blastów i rajdów na dwie stopy.
W każdej kompozycji tego albumu znajdziemy dużo tego typu rzeczy. Atmosfera z lasów północy, pogańskie melodie wygrywane przy ognisku, a wszystko to zaśpiewane w języku szwedzkim. Aranżacje są precyzyjne i nieskazitelne, po prostu nie ma się do czego doczepić. Tak samo brzmienie. Czyste, wręcz kryształowe, ale jednak zadziorne, ciężkie i ostre. Vintersorg naprawdę napracował się przy tym albumie i to słychać. Każda maleńka rzecz jest dopracowana, takie albumy nieczęsto się znajduje. Krążek ten jest świetny i teraz będę pamiętał, by nie odrzucać czegoś przed przesłuchaniem jego całości.

środa, 24 lutego 2010

Abyssos - Together We Summon The Dark


Był czas gdy byłem zafascynowany takimi zespołami jak Cradle of Filth i Hecate Enthroned. Do tego pociągał mnie wampiryczny metal. Szukałem takich „pokrewnych” grup i tak znalazłem Abyssos, młodą szwedzką formację, której przewodniczył Rehn. Swoją pierwszą płytę wydali w 1997 roku i właśnie ta wpadła mi do ręki. Nosiła ona nazwę, która wryła mi się w pamięć - „Together We Summon the Dark”. Po latach wróciłem do dźwięków w niej zawartych i teraz dzielę się z wami moimi spostrzeżeniami.
To, co znalazłem na tym albumie to melodyjny black metal z naleciałościami ww. grup. Kompozycje są rozbudowane, symfoniczne z wykorzystaniem bardzo dużej ilości klimatycznych smaczków. Teksty traktują oczywiście o wampiryzmie, ale też o okultyzmie i krwawym erotyzmie, więc dla każdego fana krwawo-romantycznych klimatów ten album powinien być nie lada gratką.
W muzyce Abyssos oprócz natłoku melodii występują bardzo gęsto blasty, co może trochę nudzić na dłuższą metę, no ale to mały minus. Innym minusem tego wydawnictwa jest wokal Rehna – monotonny i pozbawiony emocji. Choć barwa jest charakterystyczna, to jednak czegoś w nim brak. Takich to nieznaczących minusów doszukałem się w tym wydawnictwie, teraz czas na plusy.
Głównymi utworami, dzięki którym album ten jest ciekawy są... Otwierający „We Hail Thy Entrance” - prawie dziesięciominutowa kompozycja, w której nie będzie czasu na zastanawianie się nad jej słabościami. Numer ten rozpoczynają słowa „The witch is dead” wymówione przez sesyjną wokalistkę o pseudonimie Sedusa i aż do trzeciej minuty wampirzy uścisk jest bardzo silny. Wtedy to wchodzi męski chór wznoszący zło ponad wszystko. Po nim wracamy do uścisku, który nie puszcza aż do końca.
Moim kolejnym faworytem jest „In Fear They Left the World Unseen”. Od samego początku kojarzy się mocno z Kredkami. W nim (jak i w sumie w każdym) postawiono na atmosferę i dlatego w tym jest więcej jazd na dwie stopy, choć blasty też można uświadczyć.
I wspomnę o jeszcze jednym godnym opisania utworze, a jest nim kawałek tytułowy „Together We Summon the Dark”. To instrumentalna kompozycja, głównie oparta na fortepianie. Słuchając jej ciężko się opędzić od wizji zachodu słońca, kiedy to dzieci nocy budząc się wychodzą na łowy.
Minęło ładnych parę lat, kiedy ostatnio słuchałem tego albumu, ale nadal podoba mi się tak, jak przedtem. Muzyka nie jest może odkrywcza ani szczególnie oryginalna, ale pomimo tego jest naprawdę dobra. W sam raz, by przy świetle księżyca snuć marzenia o nieśmiertelności, bestiach i krwi...

poniedziałek, 22 lutego 2010

Helstar - The King Of Hell


Grupa Helstar w 2008 roku, czyli po trzynastu latach ciszy, wydała na świat swoją szósta płytę. „The King of Hell” to kawał świetniej muzy, a co najciekawsze, to prawdopodobnie najcięższy materiał w ich karierze.
To pierwsze wydawnictwo tego zespołu, które mam okazję przesłuchać. Tak się składa, że często sięgam po płyty po przeczytaniu recenzji, z jakiś tam pism o ciężkiej muzyce. I tak po przeczytaniu o Helstar, pomyślałem - czemu nie? Styl, który kiedyś reprezentowała sobą ta formacja nie przekonywał mnie, gdyż power/speed nie jest niestety moją ulubioną fuzją gatunków, ale przeczytałem, że teraz Teksańczycy zaczęli thrashować, więc sięgnąłem, przesłuchałem, i tak teraz dzielę się z wami moimi odczuciami.
Tak jak napisałem na początku, to dobra muzyka, ale raczej tylko dla fana zespołu, lub/i dla kogoś, kto lubi speed /thrashowe wynaturzenia. Reszta raczej będzie kręcić nosami, gdyż nie znajdziemy na „Królu Piekieł” nic nowatorskiego. Brak tej płycie magnetyzmu, może przebojowości. A to co tu jest, to klasyczne wokale, wysokie i piszczące w niektórych partiach, choć James Rivera nieco niżej zaśpiewał inne, gdyż wymagał od tego materiał, który, co tu dużo mówić, jest mroczny jak na tą kapele. Poza tym ciekawe brzmienie, stylizowane na lata 80-te, co jest cholernie dużym plusem. Gitary brzmią ciężko i mięsiście, a perkusja prawie przez cały czas napierdziela na dwie stopy.
Najciekawszymi momentami tego ponad dziesięciominutowego krążka są utwory: „Tormentor” (no nie da się przy nim nie machać głową), „”In My Darkness” (ostra balladka) i ostatni „The Garden of Temptation” w nim można usłyszeć najlepszy otwierający riff na całej płycie.
Album ten na pewno będzie nie lada gratką dla starych wyjadaczy i nowych fanów metalu, kochających taką młóckę. Teraz jest to niestety muzyka niszowa. Kiedyś wielka, teraz znów się odradza. I to wydawnictwo jest tego dobrym dowodem. Nie wszystko bowiem w thrashu zostało już powiedziane.

poniedziałek, 15 lutego 2010

Black River - Black'n'Roll


W 2009 roku swoją kolejną płytą zaszczyciła nas warszawska grupa Black River. To już ich drugi krążek, a muszę przypomnieć, że przecież twór ten powstał dopiero dwa lata temu. Z nicości powołali ten zespół do życia takie znakomitości polskiej sceny jak: Orion i Daray razem z kompanami z ich starego bandu o nazwie Neolithic. I wszystko byłoby pięknie i ładnie, gdyby nie jedna rzecz ... a mianowicie, muzyka zawarta na „ Black'n'Roll” to nic innego jak stary, klasyczny wręcz heavy/hard rock, nie zaskakujący kompletnie niczym.
Szperałem trochę po necie i prasie w poszukiwaniu recenzji na temat tego krążka, a jedyne, co znalazłem to wychwalania pod niebiosa. Byłem w ciężkim szoku, kiedy czytałem o tym albumie i słuchałem go jednocześnie; coś mi tu się nie zgadzało. Czy naprawdę nikt z recenzentów nie słyszał tego, że to wszystko już gdzieś było, że przecież nic nowego w muzyce Black River nie ma? Pójdę dalej i stwierdzę, że jedynym aspektem tej płyty jest wtórność. Wtórności, która bądź co bądź może się podobać, bo zagrana i zaaranżowana jest w profesjonalny i ciekawy sposób, ale jednak wtórność.
Potwierdzeniem tego, że Orion i spółka ulegali wpływom w trakcie tworzenia tego albumu jest okładka. Wystarczy przypomnieć sobie okładkę pierwszego krążka Danzig i wszystko będzie jasne. Podobieństwa nie są przypadkowe. I nie wiem, co ciągnie polskich metalowych muzyków do kopiowania twórczości ww. pana. Najpierw zrobił to Nergal w 1999 roku w swym projekcie Wolverine, teraz Czarna Rzeka. Przecież styl ten prawie jest już na wymarciu, tak grało się 20 lat temu i nie ma najmniejszego sensu grać tak teraz. No, ale pewnie kolesie z Black River myślą inaczej.
Więc do kogo jest adresowana ta płyta? Pewnie do starych wyjadaczy, którzy lubują się w takim stylu, i są na tyle elastyczni, by posłuchać wypocin ze strony nowicjuszy. Albo dla młodych ludzi, którzy nie znają klasyków tego gatunku, z czego pewnie tych drugich jest o wiele więcej i ci częściej będą sięgać po ten album. Jeżeli więc jesteście kimś z tych dwóch grup, możecie po niego sięgnąć i na pewno wam się spodoba. Reszcie raczej będę to odradzał, bo po co męczyć uszy i tracić czas na coś, co już było? Ale wybór jest wasz...

Hellveto – Neoheresy


Jeżeli kiedykolwiek wyjdzie podręcznik historii polskiego metalu, to L.O.N. będzie miał w nim swoje zasłużone miejsce. Na koncie swojego projektu Hellveto ma już trzynaście płyt i ciągle atakuje nas następnymi. Niekiedy raz w roku, niekiedy nawet trzy razy. Co jakiś czas sięgam po jego dzieła, by usłyszeć, jak ewoluuje jego muzyka i tak trafiła do mnie kolejna jego płyta. Tym razem był to album „Neoheresy” z 2008 roku.
Odtwarzając go niedawno po raz pierwszy myślałem, że to ostatni krążek w jego dorobku, ale byłem w błędzie. Przez to, że skrupulatnie nie śledzę jego kariery, nie wiedziałem, że w 2009 roku Hellveto wypuściło dwie płyty. No ale wróćmy do neoherezji. Sześć kompozycji zamyka się w trzydziestu pięciu minutach, mogło być trochę dłużej, no ale niestety jest jak jest. Wszystko otwiera „Taran”, który od samego początku roztacza wokół siebie pogański klimat dawnych dni. Tętent kopyt galopującego konia, szczęk mieczy i wyjący do swych pagan melodii L.O.N. Tak to mniej więcej się zaczyna. A co jest później? Różnego rodzaju smyczki, orkiestrowe tła, czarne riffy i bałwochwalcze rytmy. Podobnie jest w „Herezji”. Tylko tutaj dostawką są męskie chóry, skrzętnie wkomponowane w tło. Słuchając tych dźwięków ciężko nie zobaczyć oczyma wyobraźni palących się stosów z ludzkim mięsem skwierczącym w płomieniach.
Trochę zmienia się klimat w następnym „Gdy Umiera Świt”, tylko dlatego, że zamiast średnich temp pagan grania, mamy black metalowe blasty. Po nim następuje najdłuższy utwór na płycie - „Milczące Sumienie”. To ponad osiem minut epickiej pieśni, gdzie cichutkie tchnienia fletu wraz z dźwiękami gitary akustycznej łączą się z posępnymi czarnymi riffami. I tak mniej więcej jest do samego końca tego albumu, co niekiedy bywa sprawcą nudy, ale tu jest inaczej. Po dogłębnym przesłuchaniu „Neoheresy” można poczuć pewien niedosyt, gdyż jednak za szybko się kończy. To niestety jest dużym minusem, ale poza tym nie ma się czego czepiać. To kolejna, dobra płyta wychodząca pod szyldem Hellveto i aż dziw bierze, że zespół ten jest nadal tak mało popularny na naszych polskich ziemiach.

poniedziałek, 8 lutego 2010

Proletaryat – ReC


Płyta „Rec” jest najbardziej ambitnym krążkiem w historii zespołu Proletaryat. Została ona wydana w 2006 roku, siedem lat od albumu „Made in USA”. Od samego początku, czyli od „Wiedziałem mam” słychać, że zespół zaczął eksperymentować na polu skreczów i elektroniki. Ponadto liryki (a odgrywają one bardzo dużą rolę na „Rec”) posiadają niebanalną tematykę. Następnym utworem jest „Pragniemy”. W nim, oprócz elektronicznych upiększeń, miej więcej w środkowej części pojawia się coś na kształt orkiestry. Nie mam pojęcia, czy jest prawdziwa, czy syntetyczna, ale motyw muzyczny robi wrażenie.
Najsilniejszą kompozycją tego wydawnictwa, jest „Modlitwa”. Początek wyrwany niczym z płyty Tool, lecz nie jest to bezmyślne kopiowanie, ma to swoją oryginalność. Panowie z Pabianic sięgnęli do ciekawych źródeł muzyki rockowej i pokazali, że potrafią stworzyć coś na jej modłę, zachowując jednocześnie swe oblicze. Genialny, jeżeli nie najlepszy utwór w dziejach zespołu! Silnym, tylko w innym tego słowa znaczeniu jest „W czyim imieniu”. Z dobitnie wyeksponowanym refrenem, gdzie nawet brzmienie werbla zmienia się, dla podkreślenia agresywności tego numeru.
Ciekawym momentem jest również „Być czy być”, do którego został stworzony jeden z lepszych teledysków na polskiej scenie. Ten poza tym, że posiada typowo polsko zaśpiewany refren, ma również ciekawą rytmikę. I jest to ostatni numer na tej płycie z gatunku tych najlepszych, reszta jest już tylko dobra, a nawet średnia. Na samym końcu mamy małą ciekawostkę pod nazwą „S.K.A.”. I chyba nie muszę mówić, dlaczego taki tytuł, a nie inny. Wyprzedza go 22 sekundy ciszy, co jest oczywistym podkreśleniem jego odrębności od całości. Jego atutem jest tekst, który ma bardzo oczywisty podtekst:)
Przesłuchując cały materiał ma się wrażenie, że to wszystko gdzieś już było. Faktem jest, że muzyka tu umieszczona jest w dużej mierze efektem prawdopodobnych fascynacji nowoczesnego podejścia do muzyki. No ale co z tego, że Proletaryat sięga po wypróbowane patenty? Ważne jest to, że potrafi z nich zrobić coś nowego, coś dobrego. Oczywiście niektóre numery są słabsze od innych, ale przecież to naturalne. Rzadko zdarza się płyta dobra od początku do końca. Jest jeszcze jedno i akurat ten aspekt nie podoba mi się najbardziej. Balansowanie na krawędzi oryginalności a komercji. Ale nie będę tego tematu rozwijał, posłuchajcie sami...

Nocturnal Mortum – Mirovozzrenie


„Mirovozzrenie” to czwarta płyta w dorobku ukraińskiej formacji Nocturnal Mortum. W przeszłości postawiłem krzyżyk na tym zespole, po tym, jak wysłuchałem „Goat Horns”, ale postanowiłem dać im jeszcze jedną szanse. Trafiłem na ich słowiański odpowiednik albumu „Weltanschauung” i szczerze zostałem zaskoczony.
Muzyka na tym krążku dzieli się na dwa nie pasujące, a jednak niesamowicie ze sobą połączone światy. Pierwszy jest ośmioma kompozycjami instrumentalnymi, gdzie trzy z nich są mrocznymi, wręcz ambientowymi songami, a pozostałe to folkowe, dzikie melodie. Najbardziej wyrazistymi z nich są... „Zvjoznaya Pyl” trochę odstający numer, gdyż jest niesamowicie kosmiczny, niczym podroż ku gwiazdom. „Pechal Rodnyh Zemel” to już folkowa aranżacja, gdzie drumle grają pierwsze skrzypce. No ale to są tak naprawdę przerywniki do epickich black kawałków, których jest tu sześć. Najkrótszy z nich ma ponad siedem minut, najdłuższy ponad 12 i właśnie ten epicki utwór najbardziej przypadł mi do gustu. Nazywa się „Vkus Pobedy”. W nim to możemy usłyszeć śpiew Vasily Haschina i fragmenty z nim są najpiękniejszymi na tej płycie. Utwór ten składa się z klimatycznego intra i takiegoż samego outra. Środkowa część spina to wszystko do kupy, a jest to typowe black folkowe granie, niczym za bardzo się nie wyróżniające na tle innych kawałków z tego albumu. Ale właśnie to ten klimatyczny początek i koniec sprawiają, że ciągnie mnie do tego numeru jak tylko włączam ten krążek.
Minusem muzyki tutaj zawartej jest brzmienie. Powinno być bardziej czytelne, a jest surowe, rozmyte, przez co klawisze, które ciekawie się mają w tle, nie przebijają się zbyt mocno. No i drugi minus, muszę o nim wspomnieć, gdyż jest to ważna sprawa. Nacjonalno-socjalistyczne poglądy panów z Nocturnal Mortum kompletnie mnie nie kręcą, mówiąc szczerze, nie potępiam ich za ideologie, ale też nie będę ich klepał po pleckach za teksty w stylu „white power”. I w sumie to cieszę się, że słuchałem płyty z rosyjskimi tekstami, dzięki temu ni w ząb nie rozumiem słów.
Jeżeli więc jest wam kompletnie obojętna strona liryczna, możecie sięgnąć po ten krążek, gdyż jest naprawdę ciekawy. Poza tym, to nasi wschodni sąsiedzi, a warto poznać muzykę graną przecież tak niedaleko nas.

piątek, 5 lutego 2010

Fear Factory – Mechanize


Minęło pięć długich lat od wydania „Transgression”, największej pomyłki w dziejach Fear Factory. Zmienił się skład... Odeszli Harrera i Wolbers, a powrócił Dino Cazares. Poza tym do zespołu dołączył Gene Hoglan. I tak w zmienionym (starym) składzie powstała nowa płyta - „Mechanize”.
Po pierwszym przesłuchaniu byłem zawiedziony. W sumie to tylko dlatego, że pragnąłem czegoś, czego pewnie już nigdy nie dostanę. Czekałem na wspaniałe dźwięki, które powalą mnie na kolana, a dostałem po prostu dobry, równy krążek. „Mechanize” jest ukłonem w kierunku przeszłości. Słychać tu dokonania z „Demanufacture” i „Obsolate”, chociaż oczywiście brakuje mu przebojowości i genialności jak tamtym.
Powrócił stary, dobry mechaniczny styl ich gry. Perfekcyjna maszyna znów uderza mocno i bezwzględnie. Słychać to w każdym kawałku. Począwszy od tytułowego, skończywszy na ostatnim lekko balladowym „Final Exit”. Ale po kolei...
Odgłosy fabryki i metaliczny, niezrozumiały głos - tak się zaczyna płyta i tytułowy numer. Kiedy wchodzi pierwszy riff od razu wiadomo, że „el presidente” wrócił. Mocne i selektywne zagrywki połączone z podwójną stopą uderzają niczym karabin maszynowy(wizytówka tego zespołu). Ale cholera, to wszystko jest wtórne. Fear Factory jedyną prawdziwą zmianę przeżyli między pierwszą a drugą płytą(nie licząc fatalnej Transshition):). Późniejsze były tylko kosmetycznymi poprawkami. I niby Burton i reszta starają się jak mogą, by dorównać swoim wcześniejszym dokonaniom (tym z Cazerasem), ale niestety, nie jest to wystarczające.
Wydaje się, że nagrania te powstały zbyt szybko, dobre pomysły są, ale jakby nie do końca dobrze poukładane. Oczywiście, niektóre momenty wybijają się na tle drugich. Takie numery jak „Fear Campaign”, Powershifter”, „Christploitation” czy też głównie z końcowej fazy „Oxidizer dają radę, a reszta może szybko znudzić. Szkoda, trochę...
Dobra, nie ma co się czepiać. Dostaliśmy dobry album. Może w przyszłości czeka nas coś lepszego? Na razie mamy „Mechainze” i kiwamy głowami do jego „strasznych” rytmów.

niedziela, 31 stycznia 2010

Pantera - I Am The Night


Pantera, jeden z najbardziej znanych amerykańskich zespołów ciężkiej muzyki, na samym początku wykonywał klasyczny heavy metal, choć niektórzy podczepiają ich ówczesną twórczość pod glam i może coś w tym jest. Paradoksalnie sławę tej grupie przyniosły późniejsze, groove metalowe twory, a wcześniejsze poszły w zapomnienie... Nie dla mnie.
W 1985 roku Pantera wypuszcza na rynek swoje trzecie dziecko pt. „I Am The Night”. To ostatni album z wokalistą Terrencem Lee, którego w przyszłości miał zastąpić Phil Anselmo. Zawartość tego krążka to dziesięć rasowych heavy metalowych kompozycji, których pewnie mogliby pozazdrościć niejedni starzy wyjadacze tamtych czasów. Kiedy pierwszy raz usłyszałem te dźwięki, byłem w ciężkim szoku, gdyż nie wyobrażałem sobie, że takie rzeczy wychodziły w tamtych latach w USA. Przecież wtedy królował tam thrash, a tu prawie z niczego powstał heaviak na wysokim poziomie, atakujący nas z siłą największych europejskich formacji.
Od samego początku uderzenie jest mocne i tylko na parę momentów rozluźnia swój heavy uścisk. Pierwsze trzy kompozycje: „Hot and Heavy”, „I am the Night” i „Onward We Rock”, wyrwały się, jak dla mnie, z płyt niemieckiego Accept. Miażdżą swoimi przepięknymi riffami, prując do przodu pełne szaleństwa.
Oczywiście nie zabrakło tu też miejsca na lekkie zwolnienia. Przykładem tego jest utwór „Daughters of the Queen”, oparty na zagranym w średnim tempie riffie, przy którym head banging też mógłby być wskazany, albo podobny, tylko nieco cięższy „Come On Eyes”, z piękną solówką made by Diamond Darrell. No i oczywiście zamykająca cały album ballada „Forever Tonight”.
Płyta opatrzona jest mięsistym i ostrym brzmieniem. Słucha się tego przyjemnie i tylko najwięksi przeciwnicy heavy będą kręcić nosami. To jest kawał dobrej muzy i trochę szkoda, że Pantera jednak zmieniła styl. Z drugiej jednak strony nigdy nie dostalibyśmy tak wielkich płyt, jakie nagrali później. Pantera jest już historią, ale ich muzyka żyje nadal.

wtorek, 26 stycznia 2010

Tesserakt - The Unknown


Obiektem tej recenzji będzie pierwsza płyta progresywno - metalowego zespołu ze Stalowej Woli o nazwie Tesserakt. „The Unknown” to danie, które powinno najbardziej spodobać się ludziom gustującym w poczynaniach Dream Theater czy Liqiud Tension Experiment. Jednak nie do końca, gdyż instrumentalna muza tego kwartetu jest ubarwiona brzmieniem skrzypiec, co dodaje jej uczucia i powiewu lekkiej oryginalności.
Szczerze, to mógłbym skończyć tą recenzje w tym miejscu, gdyż reszta będzie dla mnie bezsensownym prawieniem o czymś, co już się powiedziało. Przesiąknięcie patentami Dreamów jest tak widoczne, że cała reszta nowatorskich rzeczy jest przez nie przyćmiona.
Porównując dalej, to utwór „111” jest numerem, który przypomina mi cholernie dokonania Ankh, a konkretnie myślę o grze skrzypiec. Jednocześnie te same skrzypce lepiej brzmią w „Pięcie Zeusa”, gdzie jakby bardziej wpasowały się w całą aranżacje. W numerze otwierającym, o niecodziennym tytule „Ultrarozpierdalator”, jawnie mamy kopię riffu Metallici z „From Whom The Bells Tolls” itd.
Najdłuższym kawałkiem tu zamieszczonym jest kończący to wydawnictwo „Battle Royale”. Prawie jedenaście minut muzycznych pasaży, zmian tempa, klimatu, mieszanina wszystkiego tego, co dobre w progresji, jak i tego, co jest tylko średnie.
Zawsze szukam w progresji czegoś, czego jeszcze nie słyszałem. Tutaj niestety jest tego mało, a to, co znalazłem, nie zaskakuje mnie na tyle, bym mógł się nad tym zatrzymać dłużej. Jak na początek nieźle, ale widzę długą drogę, która tak naprawdę nie wiadomo gdzie zawiedzie Tesserakt... Wielkość, albo zapomnienie...

czwartek, 21 stycznia 2010

Förgjord - Ajasta Ikuisuuteen


„Ajasta Ikuisuuteen” – spytacie pewnie co to za bełkot, ja wam odpowiem - to pierwszy w historii long play fińskiej grupy o nazwie Förgjord. Album ten zawładną mną doszczętnie, po prostu nie potrafię przestać go słuchać. Pytam samego siebie – dlaczego? Przecież to totalny black metalowy jazgot, pełen brudnych brzmień, fatalnej produkcji oraz okazu niedociągnięć w technice gry. Może kiedy przebrnę przez ta recenzję, dowiem się tego?
Początek jest mroczny... Gdzieś w oddali słychać skrzek kruka, odgłos kroków, skrzypiący śnieg i ten mróz... Dźwięki „Alkusoitto” są niczym doomowa podroż do zakątków zimnych krain, pełnych smutku, nostalgii, ale też i pustki. A kiedy nastaje cisza, gdzie jeden numer kończy się, a drugi rozpoczyna, coś we mnie pęka, bo taka piękna atmosfera zamienia się w przesterowany, brudny, surowy black metal. Ale to trwa tylko przez kilkadziesiąt sekund... Kiedy w „Kristuksen Malja, Ruumis Ja Veri” tempo zaczyna zwalniać, ten mroczny klimat wraca i tu i tam w każdym z 7 kompozycji tej płyty. Właśnie przez ten feeling ta muzyka mnie tak kręci.
Powolnymi dźwiękami gitary zaczyna się kolejny „Veljeskunta”. Jego brzmienie jest tak surowe, że mógłbym przysiąść, że został nagrany w sali prób, a nie w jakimś studio. Ale to w niczym nie przeszkadza, by jest to pełen melancholii i agresji kawał dobrej muzy. Mamy tu połączenie dwóch kompletnie innych światów i połączenie to wychodzi niesamowicie.
Moim ulubionym tutaj songiem jest „Itseensä Kahlittu”. Gdy go słucham zastanawiam się, dlaczego nie ma więcej takich bandów. Uczucia, które włożyli panowie z Förgjord do skomponowania tegoż kawałka są przytłaczające, a w dzisiejszych czasach mało co tak przytłacza. Nie zrozumcie mnie źle, po prostu myślę, że właśnie tego każdy z nas szuka w muzyce. Nie szybkości, nie techniki, ale przekazu uczuć, jakiekolwiek one są. W tym numerze czuć prawdę i szczerość emocji, co słychać w kulminacyjnej solówce. Po prostu cudo!!!
Mogę się założyć, że każdy, ktokolwiek nie zna i nie lubi blacku będzie się brzydził dźwiękami wydobywanymi z instrumentów przez Prokrustesa i Valgrindera, bo to jest ohydne i ma takie być! Gdyby było inaczej, prawdopodobnie nie podobałoby mi się to tak bardzo, jak podoba się teraz.

wtorek, 19 stycznia 2010

Vintersorg - Visions From The Spiral Generator


Vintersorg – to zespół, który nie przypadł mi do gustu swoimi pierwszymi płytami, a to dla tego, że viking/folk metal z „Till Fjälls” i „Ödemarkens Son” wydawał mi się bezpłciowy... W sumie to nadal tak myślę. Ale po jakimś czasie wyczytałem w mediach, że Vintersorg zmienił styl, grając bardziej progresywnie. Andreas "Vintersorg" Hedlund dostał ode mnie jeszcze jedną szanse. I nie zawiodłem się! „Cosmic Genesis” był tym, czego szukałem.
Czas poszedł naprzód, czekałem na następną odsłonę tego szwedzkiego bandu. Doczekałem się. W 2002 roku wychodzi czwarty długograj pod szyldem Zimowego Smutku - „Visions From The Spiral Generator”. Ze zniecierpliwieniem wrzuciłem tę płytkę do odtwarzacza i po przesłuchaniu całości byłem w wielkim szoku. Gdzie się podział ten klimat kosmicznej odysei z poprzedniego albumu? Gdzie się podział ten niesamowity wokal? Ano wszyscy ci, którzy myśleli, że Vintersorg pójdzie krok dalej po ścieżce, którą obrał wcześniej, będą zasmuceni.
To, co znajdziemy na tym krążku to połączenie folku, progresji i vikingu, ale jakoś całościowo strasznie się to nie klei. Pójdę dalej w tym kierunku i napisze, że wokal i muzyka rozjeżdżają się i zamiast tworzyć harmonie, tworzą coś zupełnie innego. A propos wokalu to jest on najsłabszym wyczynem na wszystkich jego płytach. Nie pasuje, nie brzmi, jakby był z całkiem innej bajki.
Utwory takie jak „E.S.P. Mirage” z pokręconym wokalem w środkowej części, czy też „A Star-Guarded Coronation”, najbardziej przypominający to, co działo się na „Cosmic Genesis” to dwa, których mogę słuchać i nie narzekam za bardzo. Reszta przelatuje i za cholerę nie chce się do tego wracać.
Nic też nie dało, że grają tu takie osobistości jak Steve DiGiorgio, którego raczej nie trzeba przedstawiać i Asgeir Mickelson – były perkusista Borknagar, Spiral Architect i wielu innych. Po prostu materiał jest słaby i pomimo ich usilnych starań, taki pozostanie. A szkoda... Patrząc na zespoły, w jakich Vintersorg sobie pogrywa i solowe jego projekty, to się w sumie nie dziwię. To pewnie zmęczenie materiału, bo jak się ma za dużo na głowie, to łatwo coś spieprzyć.

niedziela, 17 stycznia 2010

Vesania – Firefrost Arcanum


Dobrze jest posłuchać czegoś polskiego, co ma wydźwięk światowy. Pomyśleć, że to nasze rodzime dźwięki, są znane gdzieś tam, daleko od naszych podwórzy. Takim podbijającym świat polskim zespołem jest Vesania. To niesamowite, że właśnie z tak czarnej muzy Polacy powinni być dumni. W 2003 roku wychodzi „Firefrost Arcanum” i otwiera im drogę na rynki zachodu i wschodu.
Pierwszy raz słuchając tego krążka doznałem szoku (pierwszy opisałem obszernie w pierwszym akapicie), drugi przez muzykę. Nikt nigdy w Polsce nie grał tak jak oni. To znaczy kiedyś Behemoth nagrał trochę okrojoną wersje drogi obranej przez Vesania, a był to album „Pandemonic Incantation”.
Symfoniczny black metal przedstawiony na Firefrost jest brutalnie chaotyczny. Takie słowa narzucają mi się jako pierwsze, by opisać tę muzę. Drugim spostrzeżeniem jest podobieństwo, lecz niewielkie do pierwszych płyt Emperor. To na razie tyle, by mniej więcej umieścić tę płytę na orbicie postrzegania.
Dziesięć kompozycji. W tym trzy niecało minutowe przerywniki i jedno prawie trzyminutowe intro/kawałek - „Path 4. Algorfocus Nefas”. Poza tymi czterema pozostaje ekstrema, chaos, brutalność, agresja, ale też symfonia i klimat.
Vesania stara się nasz zamęczyć długimi numerami, takimi jak „Path 6. Moonthrone. Dawn Broken.” i „Path 10. Dukedom Black Act I” - to ponad 9 minutowe, najdłuższe kawałki. Reszta jest niewiele krótsza. Ale to nie o długość chodzi... Jak zawsze liczy się jakość. I choć na Firefrost może nie wszystko jest tak poukładane jakbym tego chciał, to to, co słyszę bardzo mi odpowiada. Ich black spojrzenie na muzykę jest indywidualne, a przede wszystkim ciekawe – to się liczy naprawdę.
Paradoksalnie do tych dziewięciominutowych kolosów podoba mi się najkrótszy „Path 5. Marduke's Mazemerising”. Pewnie dlatego, że jest krótko, szybko i na temat. Poza tym wydaje mi się on najbardziej poukładanym do kupy kawałkiem, reszta zdaje się lekko rozlatywać.
Dodam jeszcze istotny minus tego wydawnictwa – wokal. Przebijający się przecież przez cały czas, ale jakoś nie współgrający z resztą. Gdzieś w pewnym momencie nagrywania czegoś albo zabrakło, albo świadomie tak zostawiono.
Mroźnyogień – pierwszy dumny krok. Udany w dodatku. Wystarczy popatrzeć, posłuchać Vesani teraz. Siła i bezkompromisowość. Oby ich droga była długa i obfita.

środa, 13 stycznia 2010

My Dying Bride - For Lies I Sire


Ups... We Did It Again... Sentencja ta nieźle opisuje najnowsze dokonanie nieumierającego bandu z Wysp Brytyjskich, czyli My Dying Bride. Ich nowy album nosi nazwę „For Lies I Sire” i niczym nie zaskakuje, tak samo jak dwa poprzedzające go wydawnictwa.
Słuchając dźwięków wydobywających się z „For Lies...” mam wrażenie, że Aaron i Andrew (tylko ci panowie pozostali ze starego składu) nostalgicznie chcieliby powrócić do czasów z „Turn Loose The Swans”, albo „The Angel and The Dark River”. Oczywiście nie do końca powrócić, gdyż w tym wszystkim czuć na kilometr feeling z ich poprzednich strasznie słabych dwóch płyt... Cóż, bardzo chcieli, ale niestety, na chęciach się skończyło.
Krążek ten zdominowany jest przez czyste wokalizy. Praktyczny brak agresywnych wokali Aarona sprawia, że to doomowe zadumanie przysparza mnie raczej o senny klimat, niż o tchnienie „przeznaczenia”. Napisałem prawie, gdyż w „ShadowHaunt” i w „ A Chapter in Loathing” śpiewak przypomina sobie, że przecież potrafi, że można jakimś growlikiem lub skrzekiem pociągnąć leciutko.
„ShadowHaunt” ma piękną linię skrzypiec i ciekawy bas, który prowadzi całość. Numer ten łechce lekko moje poczucie piękna, ale słuchając go, odczuwam pewny niedosyt. Za to drugi jest ogólnie słaby … to przysłowiowe chwytanie się ostrza brzytwy. Wstawki z blastami tutaj użyte są poza moja tolerancją na muzyczna głupotę. Rozumiem manewr, który prawdopodobnie miał ożywić te słabe, nużące aranżacje, ale blasty?! Czy ktoś jeszcze pamięta, kiedy MDB użyła takich patentów w swojej muzyce? Mi jakoś ciężko sobie przypomnieć. Może na pierwszej płycie? Ale na 100% to pewny nie jestem. Poza tym, blasty jak cholera nie pasują do doomu, to ma czarować, nie wkurwiać!!!
Jako takim numerem jest otwierający „My Body, A Funeral”, gdzie na dobra sprawę to raczej tytuł przykuwa tu najbardziej uwagę. Dobrym też jest „Santuario di Sangue”. Oczywiście w każdym z dziewięciu kawałków można znaleźć coś dobrego, ale to nie ratuje tego słabiutkiego dzieła.
Chyba już zawsze, gdy MDB będą wypuszczać swe nowe wypociny będę kręcił nosem i wspominał przeszłość. Kiedyś istniał dla nich ratunek, a nazywał się „34.788%... Complete”. Niestety nie poszli tą drogą, a szkoda, bo pewnie nadal lubiłbym ten zespół. Tak dostaliśmy trzecią kopię uganiania się za czymś, czego się nigdy nie złapie.
Na koniec dwa pytania: czy MDB jeszcze kiedyś pokaże nam, że żyje? Czy może za parę lat usłyszymy kolejna próbę gonienia za własnym ogonem? Na odpowiedź trochę poczekamy, tymczasem... Podsumowaniem „For Lies...” jest tytuł jednej z piosenek w niej zamieszczonych - „Echoes from a Hollow Soul” - tym to jest teraz twórczość MDB, echem dawnej świętości. Niczym więcej...

Estatic Fear - A Sombre Dance


Uwielbiam, kiedy muzyka wzbudza we mnie uczucia, których ciężko szukać gdzieś indziej. Poczucie wolności, powiewy szczęścia i melancholii jednocześnie, miłość i osamotnienie…
Tylko kilka płyt w moim życiu budziło we mnie takie oraz wiele innych uczuć. Jednym z tych cudownych albumów jest „A Sombre Dance”, nieistniejącej już niestety grupy z Austrii o nazwie Estatic Fear.
Wydawnictwo to składa się z intra (Intro (Unisono Lute Instrumental)) i dziewięciu tzw. Chapterów. Każdy z nich jest unikatowy, jednocześnie wszystkie naraz tworzą jedną spójną całość.
Mógłbym opisać każdy z osobna, ale wydaje mi się, że przy tym krążku to mijało by się z celem. Dlaczego, zapytacie? A to dlatego, że pomimo podzielenia na te dziewięć numerów, nie czuć go w trakcie słuchania, tak jakby był to jeden prawie piędziesięciominutowy kawałek.
Dalej opisze tylko to, co ta muzyka w sobie ma... Żywe instrumenty jak pianino, które przelatuje co jakiś czas w prawie każdej kompozycji, tworząc swą grą wiele pięknych momentów, które dla mnie pozostaną zapamiętane na długo. Pojawiają się tu też lutnia, wiolonczela i flet. Te trzy plus do tego cała otoczka doom metalu, czyli ciężkości i agresji, tworzą klimat tak unikatowy, zabarwiany lekko średniowieczem, że uwierzcie, ciężko szukać czegoś podobnego.
Dodam jeszcze jedną, w sumie to trzy rzeczy, a mianowicie wokal ... Trzy dlatego, że mamy tu trzy osoby, które raczą nas swoimi głosami. Czystą, bardzo delikatną barwę ma Claudia Schöftner, a wtórują jej Jürgen "Jay" Lalik i Thomas Hirtenkauf, growlem i skrzekiem.
Oczywiście tu, jak to na każdym krążku, mam swoje ulubione utwory. „Chapter II” i „Chapter IV” to kawałki zapierające mi dech w piersiach. Pierwszy agresywny z cudownym wejściem na fortepian. Drugi epicki, ponad dziesięciominutowy, jest genialny bez dwóch zdań.
I tak mógłbym ciągnąć to i ciągnąć, zastanawiając się, co jest godne opisania, a co nie, ale nie o to w tym wszystkim chodzi. „A Sombre Dance” to kawał wspaniałej muzy - ta fraza mogłaby być początkiem i końcem tej recenzji. Uwierzcie lub nie, a najlepiej przekonajcie się sami... Warto...

Enslaved – Vertebrae


Po dwóch latach doczekaliśmy się kolejnej odsłony jednego z najciekawszych zespołów z Norwegii, a mianowicie Enslaved. Najnowsza płyta tego progressive black/viking metalowego bandu nosi nazwę „Vertebrae”. Jest to krok naprzód, który został zapoczątkowany na poprzednich wydawnictwach, krok, muszę przyznać, jeszcze bardziej progresywny.
Jak to bywa z ich muzyką i tu oczywiście zostajemy zaskoczeni, oczywiście pozytywnie. Związki blacku i progresji osiągają tutaj doskonałą harmonię, a pierwsze dwa numery są tego doskonałym przykładem („Clouds” i „To the Coast”). Trzeci za to „Ground” jest jakby „zaginionym kawałkiem wielkiego Pink Floyd”. Inspiracje tym brytyjskim kwartetem osiągają tu swoje apogeum, szczególnie słychać to w liniach wokalnych i solówce, która jest tak zagrana, jakby zagrał ją David Gilmoure. Ale tak jest tylko w tym jednym numerze.
Najciekawszymi momentami, oprócz wspomnianego wcześniej „Ground” są: „New Dawn” i „Reflection”. Pierwszy to agresywne połączenie ich nowych wizji muzycznych, ze starym, dobrym, agresywnym, mrocznym i surowym black metalem. Słychać tutaj wszystko to i oczywiście wiele więcej. Jakoś dziwnie myślę, że to chyba ostatni taki podryg w tym kierunku. Oczywiście, piszę tak tylko dlatego, że „New Dawn” strasznie odstaje od reszty kompozycji, ale czas pokaże, czy miałem racje.
Drugim najciekawszym momentem na tym albumie jest „Reflection”. To najdłuższy utwór, który określę w trzech słowach: epic, viking, progres. Mniej więcej oczywiście z takimi rzeczami mi się on kojarzy. Ale tak jak „New Dawn” jest dla mnie pożegnaniem, tak „Reflection” jest jakby nową twarzą Enslaved. Tutaj ta cała harmonia między ich mroczną, a progresywną strona, jest najbardziej słyszalna. I gdyby nie wokal, powiedziałbym, że to granie nigdy nie miało nic wspólnego z black metalem. Podobnym do niego jest „Center”, ten z kolei ma świetny klimat.
Pozycja ta jest obowiązkowa dla każdego zjadacza metalu. Wiem, że muzyka Enslaved może być ciężka w odbiorze, ale uwierzcie, że wystarczy parę chwil, by usłyszeć, poznać jej geniusz. „Vertebrae” nie jest więc tylko albumem dla wymagających, choć pewnie oni najwięcej z niego wyciągną, ale też dla tych, którzy nie wiedzą, i nigdy nie słuchali progresji. Album ten może być dobrym początkiem ku nowym, muzycznym światom.

Dead Can Dance - Dead Can Dance


Wspaniałe były lata 80-te! Wtedy to powstawały niezapomniane kapele, jak na przykład Dead Can Dance. Ich debiut datuje się na 1984 rok, kiedy to wypuścili jedyny w swej historii post-punkowy album pod tytułem „Dead Can Dance”. Jedyny, dlatego, że późniejsze ich wydawnictwa z post-punkiem miały już niewiele wspólnego.
Recenzja ta będzie traktować o reedycji tego albumu, który zawiera jednocześnie Ep-kę „Garden of the Arcane Delights”, czyli cztery dodatkowe kawałki. Ogólnie rzecz ujmując, różnicy w stylu nie słychać żadnej, więc potraktuje to jako jedno czternastoutworowe dzieło.
Płyta ta jednak dzieli się słyszalnie na dwie części. Wymienione części nie są równe i w żadne sposób wyeksponowane przez wydawnictwo we wkładce. To podzielenie wynika ze stylu grania. Mamy tu kawałki typowo post-punkowe, takie jak: „The Trial”, „Fortune”, „A Passage in Time”, czy też ten z wokalem Lisy Garrard - „Threshold”, oraz te w stylu darkwave, world music, lecz songi te to dopiero nieśmiały, choć poważny, pierwszy krok na tej ścieżce.
Właśnie tego możecie się spodziewać po tym krążku. Dużo wpływów i lekkiego powiewu przyszłości. Jednakże ta „dwoistość” jest niestety minusem tego albumu. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, iż „średnia” to płyta, a na pewno najgorsza z twórczości DCD. Jednak myślę, że trzeba im wybaczyć, gdyż to, co niektórzy z nas przeżyli słuchając ich następnych dzieł, jest nie do opisania.
Dobrymi numerami, takimi, które się odznaczają są: „Fortune”, „Musica Eternal”, „A Passage in Time” i „In Power We Entrust the Love Advocated”.
Tak czy inaczej polecam te dźwięki. Klimat tego krążka to to, co w latach 80-tych wiodło do przodu większość młodych, szukających nowych brzmień, ludzi. I przecież nadal może to być odkryciem, wystarczy sięgnąć...

Daggerspawn - Suffering Upon The Throne Of Depravity


Gdy pierwszy raz usłyszałem dźwięki płynące z tego albumu, od razu wyrobiłem sobie o nim zdanie, a dłuższe jego studiowanie tylko mnie w tym umocniło. Pierwsza płyta tego serbskiego zespołu jest mniej więcej zlepkiem tego, co w death metalu najlepsze, ale niestety nie znaczy to, że jest to takie dobre. A dlaczego?
„And the Slumber Ends”, intro rozpoczynające ten krążek, jest niczym ciekawym, miksem kilku dźwięków, które gdyby trwały dłużej, strasznie by wnerwiały. Następnie mamy „Awakening” i już tutaj słychać, z czego czerpali panowie z Daggerspawn. A konkretnie mamy tu europejską szkolę grania z lekkim ukłonem w stronę Ameryki.
Te amerykańskie wpływy słychać najbardziej w „I am the Thousand Plagues” i „In the Bane and Enlightment of Man”. W tym drugim szczególnie przebija się styl Morbid Angel. Jak już grać to grać jak najlepsi, co nie?
Oczywiście to nijak wpływa na jakoś i formę tej płyty. Pomijając brzmienie, które jest niczego sobie, to nic innego mnie nie zaciekawiło, oczarowało...no może oprócz tytułu - „Suffering Upon The Throne Of Depravity” (dłuższego nie było?).
Całości się w sumie fajnie słucha, ale gdybym miał za parę dni powiedzieć, czy cokolwiek zapamiętałem z tych numerów, to ciężko by było... Nawet mały bonus w postaci trzech songów tutaj zamieszczonych w wersji live nie kręci mnie zbytnio. Dzięki temu całość trwa aż 35 minut. Czy to plus? Chyba nie.

Moonspell – Irreligious


Niewiele jest płyt, które chciałoby się zabrać ze sobą w zaświaty. Z biegiem lat liczba takowych dla mnie malała. Teraz mogę policzyć je na palcach jednej dłoni, a cała reszta po prostu ginie w potoku czasu. Jednym z tych niewielu jest drugi album portugalskiej grupy Moonspell o tytule „Irreligious”.
Szczerze, to do opisania tego dzieła brak mi słów. Nigdy wcześniej ani nigdy później żadna płyta o klimacie gotyckim, lub pseudogotyckim nie zrobiła na mnie takiego wrażenia. Tak samo nigdy Moonspell nie nagrał już niczego dorównującego temu albumowi, choć się starali, szczególnie ostatnio, ale niestety, współcześnie postawili raczej na szybkość i brutalność.
O tym genialnym krążku można by napisać książkę... Zaczyna się „perwersyjnie” dźwiękami dzwonu i odgłosami wzdychania . Kiedy wchodzą klawisze i chóry atmosfera gęstnieje niczym w starożytnej świątyni. To dopiero intro, a już omotało mnie na całego. Następny numer atakuje melodyjnym riffem. „Opium” jest muzyczną pochwałą tego tytułowego narkotyku. Wystarczy raz przesłuchać, aby od razu poczuć dymno-narkotyczną zawiesinę.
Pierwsze pięć utworów są ze sobą połączone i szczerze to zawsze brałem je jako jeden cudownie klimatyczny kawałek. Oprócz intra i ww. „Opium” są to „Awake”, „For A Taste Of Eternity” i „Ruin & Misery”. Każdy z osobna świetny, razem nie do opisania.
Wymienię jeszcze parę perełek tego krążka, w sumie będą to trzy ostatnie kawałki. Pierwszy śmiertelnie poetyczny, niczym piekielna kołysanka – „Mephisto”. Drugi „Herr Spiegelmann” zaczynający się odgłosami z cyrku, by dosłownie po chwili przemienić się w jedną z erotyczno-romantycznych pieśni, jakie tutaj można usłyszeć. „Look Me in the eyes and drown...” I wszystko jasne… I tak doszedłem do ostatniej sztuki - „Full Moon Madness”. Wycie wilków, klimatyczne riffy, płynące klawisze, opowiadające historie z najczarniejszych marzeń, jakie mogły zagościć w umyśle człowieka – historie nieśmiertelności. Przeklętej nieśmiertelności …
Uczucia, jakie można doznać słuchając dźwięków „Irreligious, są nie do opisania. Sami to sprawdźcie jeżeli tylko chcecie i tego nie znacie. A może w przyszłości sami nie będziecie się mogli obejść bez niej tak jak i ja…