środa, 28 kwietnia 2010

Hey – Ho!


Zawsze omijałem szerokim łukiem twórczość tej szczecińskiej kapeli. Oczywiście znałem ich dokonania, ale tylko w małym, dostępnym dzięki mediom stopniu i nic ponadto. Znałem też coś innego... fanów Hey, którzy wychwalali ten zespół pod niebiosa, koronując go na najlepszą polską grupa rockową. Cóż, że z zasady nikomu nie wierze, musiałem sam się przekonać, co w tym siedzi.
Tak też sięgnąłem (totalnie losowo) po ich drugi dzieło o tytule „Ho!”. Niestety nadal nie rozumiem fenomenu ich wielkości. Krążek ten, uważany za jeden z ich najlepszych wyczynów w całej dyskografii, nie za bardzo na mnie działa. Powodem tego są wpływy. Nie da się ukryć, że Hey tamtego okresu ciągnął kilogramami z amerykańskich formacji grających grunge. Najwięcej słychać tu Nirvany, ale nie tylko. Oczywiście najbardziej słyszalne jest to w utworach angielskojęzycznych, one też mają najmniejszą siłę przebicia. Nigdy nie zrozumiem, po co śpiewać taką muzykę po polsku, no ale to już nie moja broszka. Pomimo tego, dwa z nich są jednak nawet ciekawe. Wpadający w ucho dzięki refrenowi „Have A Nice Day” i zmanierowany „Is It Strange”
No, ale do rzeczy. Pierwszym konkretem tej płyty jest utwór „Ja sowa”. Zwraca na siebie uwagę, dzięki lirykom. Kasia Nosowska znana jest z niebagatelnych tekstów, pełnych głębi i metafor. Ten oprócz melancholijnego klimatu balladki, posiada również tekst na przyzwoitym poziomie. Oczywiście docenię też piosenkę „Misie”, choć nie do końca rozumiem jej kultu. Pewny jestem za to tego, że pewnie na żywo jest z niego mocna petarda. No i oczywiście nie kwestionowanym, najmocniejszym punktem całego albumu jest jego zakończenie, czyli „Ho”. To taki kontynuator kawałka z ich pierwszej płyty o nazwie „Moja i twoja nadzieja”. Może nie jest on skonstruowany z takim samym rozmachem jak ww, ale jednak daje radę i to bardzo dobrze. „Ho” przegrywa tylko przez jedną rzecz, liryki.
Polski grunge. Cóż... Nic dodać, nic ująć. Album ten, według mnie nie dorównał debiutowi, pójdę dalej i powiem, że nie wniósł nic tak arcyciekawego, by pamiętać go po wsze czasy. Jestem pewien, że niejedna osoba się ze mną nie zgodzi, ale co tam... Każdy ma swój punkt widzenia... tylko zważcie na jedno, u niektórych ten punkt jest szerszy, u innych węższy.

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Titus Tommy Gunn - La Peneratica Svavolya


Doczekaliśmy się! Tomasz „Titus” Pukacki zarzekał się już od dawna i w końcu dopiął swego, wydał pierwszą płytę swego solowego projektu Titus Tommy Gunn. Piętnastego grudnia 2009 roku wyszła na światło dzienne „La Peneratica Svavolya” i zamiast wstrząsnąć światkiem metalowym w naszym mały kraju, album ten przeszedł bez większego echa. Powód jest bardzo prosty, debiut tego Poznaniaka jest strasznie słabym tworem zresztą, sami poczytajcie o faktach.
Titus Tommy Gunn to klasyczne trio, gdzie niekiedy bas bierze na siebie działkę drugiej gitary. A co do gitary, to na tym krążku usłyszymy wyczyny Tomasza “Lemmy'ego” Olszewskiego, znanego z Creation of Death. Do składu Titus dokooptował jeszcze niejakiego Vikinga, który zasiadł za garami.
„La Peneratica Svavolya” to połączenie heavy rockandrollowych zagrywek z klimatem Motorhead. I nie ma się co dziwić, to było do przewidzenia. Każdy chyba zna podejście Titusa do muzyki Lemmy'ego Kilmistera. Tylko niestety coś nie wyszło... Muzyka z tego albumu nie porywa. Ale lećmy dalej.
Wśród dziesięciu kompozycji znajdziemy jeden cover utworu Lizy Minnelli - „The Singer”. Jak ktoś nie zna tej piosenki w oryginale, to nic nie straci, ten kto zna, nic nie zyska. Tak samo jak z większością aranżacji tego krążka, tak samo i ta jest nieciekawa. Jedynym, który nadaje się do czegokolwiek, jest kawałek otwierający, czyli „The Bitch Is (Still) Dead”. Zaczyna się on odgłosami drumli, po nich wchodzi naprawdę ciężki riff i gdyby takich na tym wydawnictwie było więcej, to mogłoby być ono uratowane. Niestety... Drumle możemy usłyszeć jeszcze w jednym numerze, czwartym z kolei „Scarass”
To pierwsza z trzech płyt, jakie prawdopodobnie usłyszymy pod szyldem Titus Tommy Gunn. Miejmy nadzieje, że Titus do następnych swych tworów podejdzie z większą pasją, gdyż nie wystarczy być tylko krzykaczem „kwasożłópów”, by wydać muzykę, która miała by porywać tłumy. Na razie dostaliśmy kupę marności, która przepadnie w historii polskiej muzyki. Trochę szkoda...

Editors - An End Has A Start


Anglia jest dziwnym krajem pod względem muzyki. Kiedy Brytyjczycy uprą się na jeden gatunek, to w trakcie trwania tej fazy powstają setki zespołów i prawie wszystkie grają tak samo. Po uważnym przesłuchaniu drugiego krążka grupy Editors - „An End Has A Start” niestety zostałem zmuszony zaliczyć ich do tej grupy bandów, które coś tam sobie tworzą, ale to „coś” nie odbiega od przeciętności.
Po niezłym, choć oczywiście mogło być lepiej, pierwszym ich albumie miałem nadzieje, że editorsi trochę się rozbudzą i porzucą ścieżkę komercji, obraną na „The Back Room”. Niestety.. Poszli dalej w tym samy kierunku i zawiedli całe moje oczekiwania, a muszę przyznać, że miałem nadzieje … Rozwiały się one przez dziesięć kompozycji ich drugiego krążka.
Wpływy, jakie było słychać na ich debiucie zostały zatarte. Nie czuć już tu ani grama Joy Division, a wpływy Interpol są tak mało wyczuwalne, że prawie niesłyszalne. Niektórzy pewnie powiedzą - „To dobrze, w końcu brzmią tak jak powinni, a nie jak inni”. Ok, to była by prawda, gdyby nie to, że muzyka z „An End Has A Start” jest cholernie wtórna, nudna, bez oznak najmniejszej oryginalności. Tak jak napisałem w recenzji jedynki, coraz bliżej im do komerchy Coldplay, niż do ambitnego, konkretnego grania. Ale to wybór każdego zespołu z osobna.
Dobra, zjechałem ich po całości, choć w sumie nigdy nie mam takiego zamiaru. Zawsze staram się dostrzec dobre strony w każdej muzyce. Tu też jest ich trochę, ale niestety mało, a ich jakość pozostawia wiele do życzenia. Przykładem czegoś ciekawego może być numer „The Weight of The World”, chyba najbardziej melancholijny, gdzie gitarka opowiada smutną historie ciężaru naszego życia. A najbardziej ciekawym z tych, których da się słuchać jest utwór „When Anger Shows”. Użyto w nim nawet podobnych patentów, jakie wcześniej zastosowała inna angielska formacja, a mianowicie Radiohead. Ale żebyśmy się zrozumieli, do tego, co robią Thom Yorke i spółka jest im cholernie daleko. Miło słucha się też „Escape The Nest”, jednego z szybszych kawałków, głównie przez wyczyny Chrisa Urbanowicza, to one przyciągają uwagę.
Cała reszta to muza, która wpada jednym uchem, a wypada drugim. Szkoda czasu na jej eksplorowanie. Przecież gdzieś tam czekają lepsze płyty, więc z absolutną odpowiedzialnością odradzam wam tą. Naprawdę szkoda czasu!

piątek, 23 kwietnia 2010

The Tolkien Ensemble - An Evening In Rivendell


Było to w 1997 roku, w dwa lata po sformowaniu The Tolkien Ensemble. Wtedy to po raz pierwszy świat usłyszał muzykę tych Duńczyków, a była to rzecz niecodzienna. Caspar Reiff (jeden z współzałożycieli) i spółka stworzyli niesamowite klasyczno-folkowe kompozycje do tekstów chyba najsłynniejszego pisarza XX wieku – J.R.R. Tolkiena.
Płyta „An Evening In Rivendell” zapoczątkowała dźwiękową historię, która rozrosła się późnij do trzech kolejnych albumów. Jakoś tak wyszło, że najpierw przedstawiłem wam ich drugie dzieło, ale teraz wracam do początku.
Debiut ten dzieli się, oczywiście nieformalnie, na mniej więcej trzy nie do końca równe części. Pierwsza z nich to piosenki hobbitów. Sielankowe, pełne wesołych i skocznych melodii, osadzonych głęboko w muzyce folkowej. W nich najczęściej usłyszymy brzmienie skrzypiec, akordeonu i oczywiście gitary. Przykładem tych utworów mogą być „There is an inn, a merry old inn...” lub „Sam's Rhyme of the Troll”. Lecz nie są to wszystkie tzw. „wesołe piosenki”, gdyż jest tu jeszcze jedna równie beztroska, a nie hobbitowa - „Tom Bombadil's Song, Hey dol! Merry dol!”. Chyba każdy fan „Władcy Pierścieni” zna postać Toma i wie, jak szczęśliwą był on istotą i taki jest mniej więcej ten numer.
Drugą częścią tego krążka są eflowe hymny, pełne piękna i smutku zarazem. W nich obok skrzypiec możemy usłyszeć harfę, kontrabas, wibrafon, marimbę, dzwoneczki i wiele, wiele innych instrumentów klasycznych. Do tego to w nich najczęściej usłyszymy najpiękniejsze głosy, tak jak w „Galadriel's Song of Eldamar, I sang of leaves...” lub „Elven Hymn to Elbereth Gilthoniel, Snow-white! Snow-white!”. W pierwszym Signe Asmussen, znana w Danii sopranistka śpiewa jako Galadriela o dalekich krainach Eldamaru, a w drugim Ole Jegindø Norup pięknym barytonem wciela się w postać Gildora, śpiewającego jeden z najpiękniejszych hymnów nieśmiertelnych elfów.
Do trzeciej części kompozycji tego krążka zaliczę wszystkie pozostałe utwory. A znalazły się w niej takie sztuki jak „Sam's Song in the Orc-tower” i „The Ent and the Ent-wife. Ten drugi to najbardziej minimalistyczna historia tego dzieła przypominająca trochę twórczość Claude'a Debussy.
Polecam te dźwięki każdemu, można się w nich lekko rozmarzyć, albo uczynić z nich wspaniałe tło do kolejnego przeczytania książek Tolkiena.

wtorek, 20 kwietnia 2010

Yeah Yeah Yeahs - Fever to Tell


Zespoły takiego typu mają swoje korzenie w kapelach, które powstawały w latach 60-tych. Był to wtedy tzw. garage rock, do którego należały takie grupy jak: The Standells, The Seeds itd. To jednak nie wszystko, gdyż źródłem był też inny styl, a mianowicie protopunk. Głównymi ikonami tego gatunku były The Stooges, nieco późniejszy już zespół The Fuzztones i inne. Większość tych kapel charakteryzowała jedna cecha, ich nazwy zaczynały się od przedrostka „The”. Pod koniec lat 90-tych ruch ten zaczął ponownie odżywać. Powstały takie już gwiazdy jak The White Strpies czy też The Strokes, ale nie tylko. W Nowym Yorku dokładnie w 2000 roku powstała kolejna formacja, która zapragnęła cofnąć się trochę do korzeni „garażowego grania”.
Yeah Yeah Yeahs liczy sobie trzech członków, są nimi wokalistka i pianistka Karen Orzołek (znana jako Karen O), gitarzysta i keyboardzista Nick Zinner oraz perkusista Brian Chase. Swój pierwszy długograj wydali trzy lata po powstaniu czyli w 2003 roku i nadali mu nazwę „Fever to Tell”. Jedenaście kompozycji, które znalazły się na tym wydawnictwie zamknęły się w niecałych czterdziestu minutach. Stylistycznie, oprócz tego, co napisałem wyżej, ich muzyka kręci się jeszcze wokół alternatywnego rocka i art punka
Brzmienie całości jest brudne, stylizowane na punkowe produkcje. To samo tyczy się wokalu. Tylko w niektórych momentach możemy usłyszeć prawdziwą, czystą barwę Karen O. Przykładem takiego utworu jest jedyna inna piosenka na całym krążku - „Maps”. Jednocześnie jest to najbardziej alternatywno-rockowa kompozycja w całym zamieszczonym tu materiale. Czytelna, świeża, z ciekawą melodią chwytająca słuchacza.
Cała reszta to już art punkowe łojenie, gdzie ciężko znaleźć coś naprawdę godnego uwagi. Ale jeżeli już miałbym coś wymienić, to może byłby to „Cold Light” i może jeszcze „Y Control”, ale to tylko przez to, że są bardziej wyraziste od pozostałych.
Ciekawostką muzyki Yeah Yeah Yeahs jest brak gitary basowej. Za to mamy tu klawisze, które wprowadzają słuchacza w lekko psychodeliczno-dyskotekowy klimat.
Ale co z tego? Płyta ta jest i pozostanie już na zawsze cholernie słabą. Nie rozumiem sławy, jaka się roztacza wokół tej formacji. Ale oni przecież są ze Stanów, tam sprzedać można wszystko. Nawet coś takiego jak „Fever to Tel”

Darkthrone - Soulside Journey


Początek lat dziewięćdziesiątych był dla death metalu najbardziej obfity. W tamtym okresie powstawały największe dzieła tego gatunku. Jednym z takich albumów, które odcisnęły się na psychice wiernych fanów śmierć metalu tamtych lat, była pierwsza płyta Darkthrone - „Soulside Journey”.
Pierwsza i jedyna... Niestety z powstaniem fali black metalu w Norwegii, Nocturno Culto i reszta zmieniła swój image na bardziej mroczny, transformacji uległa także ich muzyka. A wszystko przez jedną osobę... Ale to temat na inny czas.... Na razie skupię się na ich pierwszym długograju.
Era death metalu w Skandynawii zaczęła się w Szwecji i właśnie od tamtych, ale oczywiście nie tylko, gdyż protoplastami tej sceny są zespoły amerykańskie, czerpali swe inspiracje panowie z Darkthrone. Wtedy było ich jeszcze czterech... Już po brzmieniu można poznać, że ciągnęło ich ku ciemności i to najczarniejszej z czarnych. Z drugiej strony słuchać, kto jest realizatorem tych dźwięków. Grupa wybrała się do Szwecji by nagrać swoje pierwsze dziecko w Sunlight Studio. Tomas Skogsberg pozostawił ślad na kolejnym death albumie tamtych dni i jak to bywało na innych jego tworach, tak i tu zrobił to świetnie. Wracając jeszcze na chwile do brzmienia muszę dodać, że jest ono typowe, czyli mamy tu tzw. „brzęczącą piłę” - wizytówkę szwedzkiego death metalu. Materiał otwiera „Cromlech”, chyba najbardziej wyróżniający się utwór. Zaczyna się on riffem niesamowicie podobnym do jednego z numerów Death, poza tym mamy tu jazdy na dwie stopy, typowe dla old schoola tremola i solówki, które niestety w późniejszych czasach już raczej nie znajdowały miejsca w twórczości tej kapeli. Podobny jest kolejny „Sunrise Over Locus Mortis”, tylko w tym jest więcej zwolnień, prawie że doom riffów. W połączeniu z wokalem Teda, głębokim, wzbogaconym o pogłos brzmi to jakby dochodziło z cmentarnych czeluści, czyli kurewsko tak jak powinno! No i jest tu jeszcze jeden kawałek, który uderza mocno i nie pozostawia nikogo żywym, a mianowicie „Iconoclasm Sweeps Cappadocia”. To kolejna perełka tego wydawnictwa, mocna i porywająca, a cała reszta, choć nie zostanie opisana przez ze mnie, też jest bardzo dobra. Ta płyta nie ma słabych momentów.
Im bardziej zagłębiam się w te dźwięki, tym bardziej słyszę wpływy amerykańskiej ziemi. Trochę szkoda, że Darkthrone stał się innym Darkthrone. Po tym krążku jeszcze tylko dwa razy udało im się nagrać coś równie dobrego, a mowa o „Goatlord”, „prawdziwej” drugiej płycie i „A Blaze in the Northern Sky”. Wszystkie inne to marne substytuty, raz lepsze, raz gorsze.

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Lech Janerka – Bruhaha


Wyzwaniem jest opisać twórczość Lecha Janerki. Jego muzykę albo się kocha, albo nienawidzi, ale tylko z tego względu, że się jej najczęściej nie rozumie. To tyczy się najczęściej wcześniejszych jego wydawnictw. Sam nie uważam się na takiego, który rozumie wszystkie chwyty, teksty, piosenki stworzone przez tego Wrocławianina.
W dzisiejszej recenzji chciałbym się skupić na jego czwartym albumie wydanym w 1994 roku o nazwie „Bruhaha”. Znalazło się na nim czternaście kompozycji, które zamykają się w trochę ponad czterdziestu minutach. Muzycznie jest to jedna z najcięższych płyt, jakie udało mu się nagrać. Winę za to ponosi Wojciech Seweryn, który odpowiedzialny jest za większość riffów. Janerka przy tworzeniu materiału na ten krążek oddał trochę inicjatywy reszcie zespołu, dzięki czemu często i gęsto możemy usłyszeć na nim jazzrockowe improwizacje i wstawki. Utworem, który najlepiej oddaje fakt przekazania na chwilę pałeczki innym jest „Mój sztylecik w twoim sercu”. Muzykę do niego stworzył Artur Dominik - perkusista, który tak samo jak Wojciech Seweryn miał zapędy w stronę jazzowania. Wpływy te słychać również w kawałkach najbardziej znanych i lubianych przez fanów Janerki. Mowa tutaj o otwierającym „Kalafiorze”, który jest opisem rzeczywistości połowy lat 90-tych, jak i w „Ryba Lufa”, do którego stworzono teledysk.
Po eksperymentalnej płycie „Ur”, gdzie inspiracje Lecha poszły bardziej w stronę elektroniki, tak w „Bruhaha” mamy do czynienia z rockiem w najczystszej postaci made in Lech Janerka. Obok wpadających w ucho „W czapę”, „Tak Tylko Ty” czy też „Nagan” i „Lubią Nas”, mamy tu również trochę bardziej odjechane kompozycje. Do tych drugich można zaliczyć „Jualari (nie wolno zjadać innych ani chłeptać czyjejś krwi)”, „Nie mnij mnie” czy jeszcze „Zuza (i tak to wygląda)”. Właśnie przez te ostatnie, ale oczywiście nie tylko, Lecha Janerke można zaliczyć do kompozytorów alternatywnego rocka.
„Bruhaha”, choć przez fanów pozostanie niejednokrotnie niedoceniana, jest jednak kawałkiem niesamowicie wizjonerskiego podejścia do muzyki i mimo tego, że minęło już szesnaście lat, nadal pozostaje ona świeża.

sobota, 17 kwietnia 2010

Acid Drinkers - Verses Of Steel


Minęło chyba prawie dziesięć lat od czasu, kiedy ostatnio naprawdę zainteresowałem się płytą tej grupy. Niestety po odejściu ze składu Roberta "Litzy" Friedricha i wydaniu przez resztę albumu „Amazing Atomic Activity”, moje zainteresowanie tą formacją zmalało do poziomu totalnej ignorancji. Ale, jak to się mówi, czas leczy rany i po latach wróciłem, by sprawdzić jak tam Titus i spółka sobie poczynają.
Okazało się, że znów nastąpiły zmiany. Po Perle i Lipie teraz na stanowisku krzyczącego gitarzysty mamy Olassa z None (R.I.P.). Z nowym członkiem „Kwasożłopy” wypościli kolejny już, trzynasty (jeżeli liczyć „Fishdicka”) album. Szczerze mówiąc to podszedłem do niego z pewnego rodzaju rezerwą, gdyż jakoś nie wierzyłem, że kiedykolwiek uda im się pokonać ich wcześniejsze działa. Nie będę teraz wymieniał jakie, gdyż chyba każdy, kto choć trochę zna ich płyty wie, o czym mówię. Mimo tego, jak tylko usłyszałem pierwsze takty otwierającego numeru „Fuel of My Soul” zostałem zamurowany. Toż to riff, który już gdzieś słyszałem! Acid Drinkers rozpoczynają swój atak od lekko spreparowanego riffu Meshuggah z ep-ki „I”. Ale niestety tak elektryzujący jest tylko początek, później nie jest już tak zaskakująco.
Jedenaście kompozycji zawartych na „Verses of Steel” jest, krótko mówiąc, muzyczną pochwałą dla kultowych już kapel thrashowych lat 80-tych, ale nie tylko. Usłyszycie tu również nowe brzmienia, wzorujące się na takich kapelach jak np. Machine Head. Cóż tu dużo pisać, Acidzi wlali do gara starą dobrą młóckę, dodali do niej nowy groove metal i pochodne tegoż gatunku, a efekt końcowy to słuchane przez nas „Wersety ze Stali”.
Jestem pewien, że niejeden z was znajdzie w tym krążku sporo rzeczy, przy których będzie skakał, machał czupryną, ogólnie się nimi zachwyci. Ja niestety pokręcę nosem i stwierdzę, że przeciętna to płyta. Osobiście zaczyna się ona dla mnie z numerem „Meltdown of Sanctity”, gdzie w końcu poczułem jakieś cięższe uderzenie, jakieś konkretne riffy. Kolejny, zaraz po nim, trochę mnie zaskoczył, gdyż poczułem w nim klimaty z „High Proof Cosmic Milk”. W „We Died Before We Start to Live” czuć lekko klimat tamtych wspaniałych dla tego bandu lat. Do tych dwóch dorzucę jeszcze jeden, a mianowicie „Red Shining Fur”. Ten z kolei atakuje wpadającym od pierwszego przesłuchania groove refrenem i nawet jakbym chciał go nienawidzić, to po prostu się nie da.
Teraz po zaznajomieniu się z tym materiałem, może nie żałuje straconego czasu, bo jednak sentyment do tej kapeli nadal posiadam. Daleki jednak jestem, by pochlebnie się odnosić do ich dzieł. Szkoda... Może w przyszłości jeszcze nas zaskoczą. Czas pokaże...

środa, 14 kwietnia 2010

Trance Atlantic Air Waves - The Energy Of Sound


Trance Atlantic Air Waves to projekt powstały w 1997 roku z inicjatywy dwóch osób, a były to Michale Cretu i Jens Gad. Ten pierwszy znany jest ze swojego innego przedsięwzięcia o nazwie Enigma, drugi zaś to producent płytowy, głównie dance popowych krążków lat 80-tych. Na swoim koncie ma albumy takich gwiazd tego światka jak ww. Enigma, Sandra, Milli Vanilli, Fancy.
„The Energy of Sound” wyszła rok po założeniu projektu i pozostaje jedynym dziełem tych panów. Znajdziemy na niej dziesięć kompozycji, z czego tylko trzy są autorstwa Cretu/Gad, reszta to covery różnych wykonawców. Wszystko zaczyna przeróbka The Alan Parsons Project z płyty “Eve”, a mianowicie „Lucifer”. Niestety trochę krótszy od oryginału, raczej nie robi wrażenia. Następną przeróbką jest główny temat z filmu „Gliniarz z Beverly Hills”, a nosi on nazwę „Axel F”. Duet Cretu/Gad trochę odkurzył ten chyba znany przez każdego motyw muzyczny, ożywiając go trochę, dodając do niego żywy beat. Kolejnym motywem filmowym jest główny temat tym razem z serialu „Policjanci z Miami”. „Crockett's Theme” tak samo jak oryginał posiada także i tu piękny klimat, tylko tak samo jak to było z poprzednikiem, tak i ten został z lekka odrestaurowany.
Nie będę wam wymieniał wszystkich coverów tej płyty, ale dodam tylko, że znajdziecie tu numery takich ludzi jak: Jan Hammer, M. Hayef, Ecama, i Giorgio Moroder czy Vangelis. Tego ostatniego Cretu i Gad pozwolili sobie na wariacje utworu „Pulsar”. Jeżeli ktoś siedzi w tego typu muzyce to wie, o czym mówię. Dla tych, którzy nie wiedzą wyjaśniam, że „Pulsar” pochodzi z krążka o nazwie „Albedo 0.39” z 1976 i pozostaje do dziś jednym z najbardziej znanych numerów tego pana.
Jestem pewien, że projekt ten, jak i połączenie muzyki elektronicznej, dancowej i New Age nie każdemu przypadnie do gustu, dlatego też nie rozpisuję się na temat tego, jak to temu duetowi wyszły ich modyfikacje. Każdy zainteresowany niech sprawdzi to sam...

wtorek, 13 kwietnia 2010

Editors - The Back Room


Znów, dzięki rekomendacji, sięgnąłem po płytę brytyjskiego zespołu z nurtu indie rock. Editors to powstała w 2004 roku grupa z Birmingham a „The Back Room” to ich pierwszy oficjalny krążek. Zanim przesłuchałem ten materiał, słyszałem skądinąd o porównaniach ich twórczości do takich znakomitości jak Joy Division czy też Interpol. Zachęcony jeszcze bardziej zacząłem w końcu tego słuchać i trochę się zawiodłem...
Pierwszym utworem, który do mnie dotarł był numer „Fall”. W nim to najbardziej słychać wpływy Interpol, i choć nie jest to tak niesamowicie melancholijne, jak to potrafią czynić nowojorczycy, to coś w nim jest.
Po kilkudziesięciokrotnym przesłuchaniu całości utwierdziłem się w jednym - Editors mają swój własny styl, który może przypominać niektóre bandy. Uwalniając się więc od oczywistych inspiracji tej kapeli, stwierdziłem, że ich debiut, choć ciekawy, nie zasługuje na tak duże rozdmuchanie medialne, jak to miało miejsce w rzeczywistości.
Oprócz trzech kawałków, czyli ww. „Fall”, „Camera” i „Open Your Arms”, które jednocześnie są zwolnieniami tego albumu, cała reszta pod względem aranżacyjnym, jak i melodyjnym ma tylko jeden cel, a jest nim medialność. Nie twierdzę, że panom z Editors zależy na kasie, ale patrząc na konstrukcje poszczególnych utworów ciężko nie zauważyć, że chodziło tu o uderzenie w mało wybrednych słuchaczy. Gdybym musiał naprawdę porównywać wyczyny tego kwartetu to wrzuciłbym ich do jednej szufladki z Coldpaly, gdyż właśnie Editorsom bliżej do popu, niż do konkretnie ambitnego grania.
Może trochę za ostro ich traktuje, ale przecież teraz inaczej się nie da. Trzeba oddzielać wartościowe albumy od tych, które pomimo ciekawych pomysłów (tak jest w tym przypadku) są jednak słabe. „The Back Room” niczym nie zaskakuje, nie potrafi porwać, jego uczucia, choć niekiedy bardzo rozrysowane, były już eksplorowane przez innych, w lepszy sposób.

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

Tolkien Ensemble - A Night in Rivendell


Tolkien Ensemble to duńska grupa wykonująca muzykę do tekstów największego pisarza fantasy - J.R.R. Tolkiena. Zespół ten powstał w 1995 roku i od tamtego czasu wypuścił pod tą nazwą cztery płyty plus jeden „the best of...” Dzisiejsza recenzja będzie traktować o ich drugim dziele o nazwie „A Night in Rivendell”.
Muzykę tej formacji można zaklasyfikować jako połączenie muzyki klasycznej z folkiem, z bardzo dużym naciskiem na ten drugi gatunek. Album posiada dwanaście kompozycji, z czego cztery to lamenty. Pierwszym z nich jest „Lament of the Rohirrim”. Utwór ten oparty jest głównie na instrumentach smyczkowych, które tworzą piękne tło, a całość prowadzi gitara klasyczna i głęboki barytonowy wokal. Podobną strukturę posiada „Frodo's Lament for Gandalf”. Rozpoczyna się on od dźwięków płaczących skrzypiec, a dalej tak jak w poprzednim lekko płynie gitara klasyczna wraz z akordeonem. Zupełnie innym jest „Lament for Boromir”. W nim to solista wyśpiewuje historie sławnego rycerza Gondoru przy akompaniamencie fortepianu. To jedna z lepszych kompozycji na tym albumie, pełna pięknych klawiszowych pejzaży. Pięknym i jednocześnie niesamowicie smutnym jest ostatni lament. „Lament for Théoden” to chóralny utwór polifoniczny. Jednocześnie to najdłuższa sztuka wśród tuzina innych pieśni o Śródziemiu. Słuchając go możemy oczami wyobraźni zobaczyć kurhany królów Marchii i Rohimirrów, żegnających swego wielkiego władcę.
Jednak moim osobistym faworytem jest elficka pieśń „The Fall of Gil-galad”. Opiewa ona, jak sam tytuł wskazuje, upadek ostatniego wielkiego króla elfów Gil-galada. To smutna pieśń, w której w tle lekko mruczy kontrabas, wtóruje mu przy tym gitara i akordeon, a między momentami śpiewanymi wchodzi przepięknie smutny tin whistle, czyli irlandzka piszczałka. Ciekawostką jest jeszcze jeden utwór „Gollums Song/Riddle”. Povl Dissing wokalnie wcielił się tu w postać Golluma i zrobił to fenomenalnie, szepcąc i gulgocząc słynne zagadki w ciemności.
Dzieło to, jestem tego pewien, nie każdego zauroczy, ale ci, którzy zechcą poznać bliżej dźwięki Tolkien Ensemble, odpłyną w nich bez końca pewnie niejeden raz.

piątek, 9 kwietnia 2010

Warbringer - War Without End


Thrash metal powrócił zza grobu. To fakt. Od paru ładnych lat zewsząd atakują nas pozycje, które brzmieniowo i stylowo mogłyby być nagrane w latach 80-tych, kiedy to gatunek ten królował w świecie metalu. Przykładem tego thrash marszu jest amerykański zespół Warbringer. Kapela ta powstała w 2004 roku, a swój pierwszy długograj nagrała w cztery lata później. Debiut ten nazwano „War Without End”.
Zawartość tego krążka to jedenaście utworów zamykających się w niecałych czterdziestu minutach muzyki i od początku do końca słuchając tych dźwięków, słyszy się tylko jedno – wpływy. Niestety nie wiem, jak bardzo panowie z Newbury Park musieliby się postarać, by przerosnąć mistrzów, których usilnie kopiują, a słychać tego tu trochę... Mamy tu wczesną Metallice, Megadeth, Exodus, Slayer i Anthrax, itp., itd. … Nie jest to oczywistym grzechem, gdyż posiłkowanie się tymi gwiazdami thrashu ma swoje plusy, ale też minusy. Tutaj tym wielkim minusem jest nuda, która zakrada się po kilkukrotnym przesłuchaniu tego materiału. Jest to dobre, ale tylko na krótko.
Producentem tego albumu jest Bill Metoyer, legendarny już producent płyt takich zespołów jak Sacred Reich, Fatest Warning, Flotsam and Jetsam, Slayer i wielu, wielu innych. On to nadał temu wydawnictwu odpowiednie brzmienie i muszę przyznać, ze odwalił kawał dobrej roboty. Całość brzmi jakby miało ponad dwadzieścia lat.
Wszystkie kompozycje są niezwykle równe, co sprawia, że ciężko wskazać konkretnego faworyta. A jeżeli już miałbym to uczynić, to powiedziałbym, że „At The Crack Of Doom”, „Beneath The Waves” i „Instruments Of Torture” to numery, które mają może w sobie coś więcej od reszty.
Jest jeszcze coś, fundamentalna skaza nowej fali thrash metalu. Większość płyt nagranych przez te bandy ma spartoloną jedną rzecz, która łączy je wszystkie, a mianowicie jest to wokal. Jeszcze nie udało mi się znaleźć albumu z dobrym wokalistą - muza może być, ale wokal odpada. Tak samo jest tu. John Kevill wrzeszczy jak Tom Araya, który przeszedł terapię black metalem. Połączenie co najmniej ciężko strawne.
Mocny debiut, ale nie na tyle, by powalił na kolana...

Antichrisis - Cantara Anachoreta


Niekiedy nie wiem, po co sięgam po wydawnictwa tak mało znanych zespołów jak Antichrisis. Z góry można przypuszczać, że ich muzyka raczej nie będzie wysokich lotów, bo gdyby było inaczej, to byłoby o nich głośno. Ostatni swój albumu zespół ten wydał w 2001 roku, ale wszystkie informacje wskazują na to, że jeszcze kiedyś o nich usłyszymy. Na razie wrócę do ich początków...
„Cantara Anachoreta” - pierwsza ich płyta wyszła w dwa lata po powstaniu grupy, czyli w 1997 roku. Już od samego początku Sid (założyciel i główny kompozytor) częstuje nas krążkiem trwającym ponad siedemdziesiąt minut.
Pierwszą rzeczą, na jaką zwracam uwagę przed przesłuchaniem jest czas trwania wydawnictwa, a te siedemdziesiąt minut i znajomość twórczości tej formacji powiedziało mi dwie rzeczy. Po pierwsze - prawdopodobnie użyto tu dużo różnorodnych pomysłów, po drugie – ktoś tu jest bardzo ambitny.
Obydwa spostrzeżenia były trafne. Muzyka tutaj zawarta kręci się gdzieś wokoło gothicu, lekkiego metalu, folku w prawie każdej postaci. Przeczytałem gdzieś, że niektórzy słyszą tu też black metal. Dla mnie to totalne mrzonki. Z blackiem to ta muzyka może mieć coś wspólnego tylko dzięki wokalowi, kiedy to Sid zamienia swój gardłowy wokal na lekko skrzekliwy, a dopinguje go w tym Willowcat . Zagłębiając się w to bardziej, napiszę, że muzyka Antichrisis ma więcej wspólnego z rockiem lub z folk rockiem niż z metalem. Niektóre zagrywki w prawie każdym kawałku są ciężkie, ale w sumie to przecież sam fakt tego o niczym nie świadczy. Do tego wszystkiego można jeszcze dodać inspiracje world music, szczególnie we fragmencie utworu „The Endless Dance”.
Tak więc zagłębiając się w dźwięki tego krążka dostaniemy ciekawą mieszankę różnych gatunków i do tego coś jeszcze – klimat. Uczucia melancholii, smutku, piękna, bólu i wiele innych... i wszystko było by pięknie, lecz niestety tak nie jest. Pierwszym słyszalnym minusem jest brzmienie. Barwa każdego z instrumentów jest niedopracowana, jakby ktoś spieszył się z nagraniem i zrobił to byle jak. Nie wiem, czy jest to wina producenta, czy zespołu, który marny ma sprzęt, ale jasne jest to, że płyta przez to kuleje. Drugą rzeczą są kobiece wokale, używane stanowczo za często i zamiast mieszać je z męskimi, częściej są puszczone samopas. Tak jak w numerze „Goodbye To Jane”, który jest najsłabszym tutaj. Gdyby nie to, że trwa on prawie osiem minut, mógłbym napisać, że przypomina mi on dorobek naszego polskiego zespołu Wilki, tak zajeżdża on popem i ckliwymi melodiami.
Jak na debiut to słabo, choć mogło być o wiele gorzej. Dobre rozbudowanie kompozycji, ale niestety fatalne wykonanie. Na kolejnej płycie było lepiej, ale bardziej folkowo. Nic zostało mi więc nic innego, jak raczej odwieść wszystkich od marnowania czasu na ten album, tak jak ja to zrobiłem, choć pewnie znajdą się amatorzy i tego dania. Nikomu przecież niczego nie zabraniam.

czwartek, 1 kwietnia 2010

Moonspell – Wolfheart


To jedno z tych dzieł, dzięki którym nadal siedzę w tej muzyce. To dla mnie ważna pozycja w mojej edukacji metalem, ale faktem jest też, że zawsze nawet w najbardziej brutalnych jej odmianach szukałem klimatu, czegoś, co mnie poruszy.
Tutaj nie trzeba długo czekać. Już od pierwszych taktów „Wolfshade (A Werewolf Masquerade)” wiem, że mam do czynienia z czymś unikatowym. Atmosfera tego albumu krąży gdzieś w okolicy wampiryzmu i likantropii, do tego można wmieszać jeszcze erotyzm i uzyskamy iście finalną poezję.
Umiejętnie operowanie nastrojem, czyli to, kiedy przyłożyć trochę ciężej, kiedy wrzucić trochę skrzekliwych wokaliz, a subtelnymi wstawkami na syntezator, zwolnieniami i wokalem kobiecym, to właśnie geniusz „Wolfheart”.
Utwory tutaj zamieszczone łącza się razem w jedną wspaniałą całość, celebrując moce nocy. Atmosfera jest wymowna, wystarczy posłuchać instrumentalnego „Lua D'Inverno” by ujrzeć oczami wyobraźni ciemny las oświetlany blaskiem pełni księżyca. To, co przyciąga i sprawia, że wydawnictwo to jest unikatowe to wstawki folkowe. Przykładem jest „Trebraruna”. To pochwała pogańskiego bożka, wyśpiewana w starym średniowiecznym stylu portugalskich trubadurów. Jednak chyba najbardziej klimatyczną sztuką tego krążka jest utwór „Vampiria”. Nigdy później nie spotkałem się z tak pięknym muzycznym przedstawieniem wampiryzmu, nie wliczając do tego płyty Cradle of Filth - „Crualty and the Beast”
W innym utworze klimat przesycony jest erotyzmem, jak sam tytuł wskazuje „An Erotic Alchemy”. W nim to słyszymy rytmiczną wstawkę bardzo podobną do tej, która jest w „Vampiri”. Ten świadomy manewr spaja w jedno te kawałki, przecież tak odrębne od siebie. W nim to znajdziemy jeszcze w warstwie lirycznej króciutki tekst Markiza De Sade, a to chyba mówi już wszystko o tym numerze.
Na koniec mamy wielce energetyczny „Alma Mater”. Można powiedzieć, że to jest początek tzw. „Lustianian Metalu”. Ruch ten rozszerzył się teraz i jest już wiele zespołów grających ten typ muzyki metalowej.
W dzisiejszych czasach ciężko teraz znaleźć płyty, które mogłyby choć w połowie dorównać tejże. Minęło piętnaście lat i raczej już nie usłyszymy nic, co mogłoby z tym albumem konkurować. Istnieje oczywiście jedno ustępstwo od tego niepisanego prawa. Drugi album Moonspell, ten to przebił „Wolfheart” i wszystko inne. Ale to już inna historia...

Lost Soul - Immerse in Infinity


Już zaczyna mnie nudzić taka muzyka. Techniczna odmiana death metalu w wykonaniu wrocławskiego Lost Soul to nic innego, jak prawie że nieustająca maszyna produkująca blasty. Nawet ucieszyłem się, kiedy z tego obozu nie docierały żadne wieści przez te cztery lata. Nie zrozumcie mnie źle, ale po przesłuchaniu „Chaostream” miałem serdecznie dość tego zespołu, gdyż nie wniósł on niczego nowego do tego gatunku. No ale nadszedł rok 2009 i Lost Soul w całkiem nowym składzie, wypuścił swój kolejny krążek o nazwie „Immerse In Infinity”.
Kiedy usłyszałem pierwsze dwa utwory czyli „Revival” i „Personal Universe” myślałem, że nic się nie zmieniło. Nadal króluje szybkość. No, może konstrukcje tych kawałków są bardziej połamane, ale to nic w porównaniu z kapelami, które tak łamią zasady różnorakiej konstrukcji, że to, co usłyszałem tutaj kompletnie nie zrobiło na mnie wrażenia. Poza tym zmienił się trochę wokal Jacka Greckiego i teraz przypomina on wyczyny Petera z Vader.
Dopiero pierwszą konkretną zmianą był utwór trzeci. „...if the Dead Can Speak” to przemyślana kompozycja, przypominająca trochę dokonania Behemoth. Niektóre z riffów tutaj skomponowanych mają zabarwienie core'owe, a jeden jest uderzająco podobny do riffu kawałka Fear Factory. Klimat całego możemy zawdzięczać wpływowi nowoczesnego amerykańskiego grania, ale w porównaniu do tego, co Lost Soul tworzył kiedyś, to wcale nie wypada źle. Poza tym w tymże numerze pojawiła się ciekawa solówka. Nigdy wcześniej nic tak konkretnego nie wychodziło spod palców Greckiego. Mówiąc szczerze, to wszystkie sola przypominają dokonania gitarzystów z lat kiedy death metal raczkował w USA. A to bardzo dobry znak. Niestety, utwór ten jest praktycznie jednorazowym wybrykiem, a szkoda.
Po nim wracamy do młócki... Hmm, jak słucham „216” to już sam nie wiem, czy przyzwyczajam się do tego, czy jest to ciekawe? Raczej coś w nim jest, ale zabijcie mnie, sam nie wiem co …tak samo jest w większości kawałków. Tylko momentami, niekiedy przez parę sekund można usłyszeć ciekawą zagrywkę. Poza tym blasty!!! W chwili, kiedy zdominowały one death metal, gatunek ten zaczął umierać. Teraz zamiast wewnętrznej agresji, mamy wykalkulowaną brutalność.
Wyjątkami oprócz „...if the Dead Can Speak” są „Breath of Nibiru” z najciekawszym początkiem na tym krążku i najbardziej stabilną konstrukcją i „Divine Project”. Ten raczej oprócz niezłych dźwięków ma ciekawą warstwę liryczną. I jest jeszcze ostatni - „Simulation”. Najdłuższy, najbardziej rozbudowany.
Te cztery z ośmiu kawałków, które są warte mojej uwagi nie sprawią, że stanę się wielkim fanem tego bandu, ale to już dobry początek do tego, by zacząć tworzyć coś wartościowego, a nie tylko kontrolowany chaos i szum. Jedno jest pewne, to najdojrzalsze dzieło w historii Lost Soul.

Goldfrapp - Felt Mountain


Nie mogłem się doczekać, by poznać twórczość Goldfrapp, kiedy dowiedziałem się, że porównywano ich do mego ulubionego trip-hopowego zespołu Portishead. Na tapetę poszła pierwsza ich płyta - „Felt Mountain”. Pierwsze moje zetknięcie się z tym albumem potwierdziło te porównania, ale im więcej słuchałem tych dźwięków, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że to tylko powierzchowna ocena ich muzyki.
Will Gregory i Alison Goldfrapp poszli trochę dalej niż formacja z Bristolu. Swój trip-hop „postarzali”. Nadali mu wyraz zmanierowanej kobiety w sile wieku, która jest fantastyczną śpiewaczką i bardzo dobrze zdaje sobie z tego sprawę. To równie dobrze mógłby być opis Alison, gdyż jej maniera wokalna właśnie taka jest. Jednak słowa te najlepiej opisują ich muzykę, która mogłaby być soundtrackiem do niejednego filmu z gatunku „film noir”, lub ze starszych filmów z agentem Bondem. Klimat całego krążka oscyluje gdzieś między stonowaną nowoczesnością, którą można nazwać trip-hopem (dla mnie tu prawie tego nie ma), a atmosferą zadymionej knajpki z przełomu lat 40-tych i 50-tych. Do tego dołączcie kabaret i będziecie mieli mniej więcej obraz tej płyty.
Do tego ostatniego najbardziej zalicza się „Oompa Radar”, inspirowany filmem Romana Polańskiego - „Matnia”, a w szczególności muzyką Krzysztofa Komedy. To utwór instrumentalny, lecz tego typu numery z tej płyt nigdy nie są całkiem bez wokalu, gdyż Alison stara się jak może, by cały czas coś podśpiewywać. Oczywiście, w tym przypadku nie są to słowa.
Wrócę teraz znów do naszego zmarłego kompozytora, gdyż jego muzyka odcisnęła się mocno na tym dziele. Słychać to praktycznie w każdej z dziewięciu piosenek. Kończąca kompozycja „Horse Tears” równie dobrze mogła wyjść spod jego rąk. Przypomina ona trochę główny temat z Dziecka Rosemary.
No dobra, koniec z inspiracjami i wpływami. Te prawie czterdzieści pięć minut muzy zaczyna „Lovely Head”. Po syntetycznym kilkusekundowym intro wchodzi pełne melodii gwizdanie i już jesteśmy w gęstej atmosferze oparów papierosowych. Wręcz pływamy w jej elegancji. Ten jest moim ulubionym, razem z chyba najbardziej „żywym” numerem o tytule „Utopia”. To najbardziej „nowoczesna” kompozycja tego albumu, w niej to najwięcej jest elektroniki, syntezatorów, a nawet beatów.
Jeżeli więc szukacie drugiego Portishead, tak jak to było w moim przypadku, to możecie się zawieść. Goldfrapp to kompletnie inna bajka, choć z podobnym morałem. Ci, którzy pozwolą oczarować się gracji tego debiutu, niejednokrotnie odpłyną w dal, gdzie każdy dźwięk jest wyważany ...

niedziela, 28 marca 2010

The Beatles - Rubber Soul


„Rubber Soul” to szósty krążek w dyskografii tego największego zespołu rockowego. Jednocześnie jest to przedostatni krążek przed erą studyjną zespołu. Został on wypuszczony na światło dzienne dokładnie 3 grudnia 1965 roku. Nagrania trwały cztery tygodnie, spieszono się, gdyż chciano wydać go przed gwiazdką.
Album ten jest pierwszym krokiem ku bardziej psychodelicznym brzmieniom. Na nim to po raz pierwszy George Harrison użył indyjskiego instrumentu o nazwie sitar. Poprosił go o to John Lennon, gdyż uważał, że w jego utworze „Norwegian Wood (This Bird Has Flown)” będzie on pasował. Ale to była dopiero druga kompozycja na tym wydawnictwie. Pierwszym numerem jest chyba każdemu znany „Drive My Car”. To jedna z piosenek napisana przez McCartneya.
Jednym z kroków ku przyszłym muzycznym eksploracjom był utwór „Nowhere Man”. To jedna z pierwszy kompozycji, które nie opowiadają już o miłości, jak to bywało wcześniej. Jej autorem jest John Lennon i jak sam przyznał po latach, jest to utwór o nim, o stanie jego psychiki w tamtym okresie.
No ale jeżeli pisze się cokolwiek o The Beatles to nie można zapomnieć o balladach. Na „Rubber Soul” mamy takie dwie. Pierwszą z nich jest kompozycja Paula „Michelle”, ale bardziej wyrazista jest ta druga o tytule po prostu „Girl”. Ciekawostką w niej jest długi, przeciągły wdech, który miałby symbolizować zaciągnięcie się dymem marihuany. Chyba nie muszę pisać, że w tamtych czasach czwórka z Liverpoolu paliła tony tego ziela.
Jedną z perełek tej płyty, na pewno dla Johna był „In My Life”. To sztuka opowiadająca o jego życiu, szczególnie koncentrującą się na jego dzieciństwie i śmierci jego przyjaciela Stuarta Sutcliffe. Sam Lennon po nagraniu tegoż przyznał, że wszystko co nagrał przed tym było do kitu.
Dwa z czternastu numerów zamieszonych na tym krążku jest autorstwa Georga Harrisona. George coraz bardziej dojrzewał jako kompozytor, przykładem tego jest świetna kompozycja „If I Needed Someone”.
Patrząc z perspektywy czasu na to dzieło, wydaje się ono słabsze w porównaniu do wcześniejszego albumu „Help!” czy też późniejszego „Revolver”. Charakterystycznym jego elementem jest gitara klasyczna, gdyż John częściej sięgał właśnie po nią w czasie nagrań. Poza tym jest to jeden z najsłabszych albumów McCartney'a. Jego „I'm Looking Through You”, czy też „Michelle” nie elektryzują tak bardzo jak by mogły. Ale to się miało zmienić.

Rivendell - Farewell - The Last Dawn


Jednak sięgnąłem po trzecią i zarazem ostatnią płytę austriackiego projektu Mr. Falagara o nazwie Rivendell. Dawno już nie byłem tak uparty, jeżeli chodzi o muzykę. Dałem mu dużo kredytu, tylko dlatego, ze śpiewa o krainie zwanej „Śródziemiem”.
Jego ostatnie jak do tej pory dzieło nosi nazwę „Farewell - The Last Dawn” i zostało wydane w 2005 roku. Nie wiem, czy jest to pożegnanie się z muzyką i zawieszenie działalności, ale wszystko na to wskazuje. Po pierwsze tytuł, jakby nie patrzeć wymowny, po drugie minęło już pięć lat, a z obozu Rivendell dobiega tylko jedno – cisza.
Na krążku, który zawiera siedem numerów możemy się spodziewać folk metalu. Epicki black metal, który wcześniej królował na albumach Falagara już nie ma racji bytu. Zostały tylko wokalizy, ale i one nie są już tak zadziorne i natarczywe jak wcześniej. Wyjątkiem od tego jest jeden utwór. „Back To Lands We Once Did Know”. Ma on jak najbardziej atmosferę epic blacku, ale tylko dlatego, że numer ten pochodzi z czasów kiedy Rivendell było czarne i złe :). Gerold Laimer w zamierzchłych czasach (patrz 1998 rok) nagrał demo „Poems of Mountains and Forests” i właśnie z niego pochodzi ten kawałek. Czyli mamy tylko sześć nowych kompozycji.
Muzyka, która tutaj doświadczycie dla mnie osobiście jest prawie przebojowa. Chwytliwe melodie, wesołe przyśpiewki. Szczególnie w „The Fall Of Gil-Galad”, którym wnerwił mnie Falagar niemiłosiernie. Kawałek o śmierci ostatniego króla elfów jest sielankowo ogniskową pioseneczką. Przykro mi, ale inaczej wyobrażałem sobie muzyczne przedstawienie śmierci, nawet jeżeli chodzi tu tylko o postać fikcyjną.
Zabarwiony o sitraowo indyjskie klimaty jest kawałek „The Old Walking Song”. A jest to pewnie, niektórzy z was poznają po tekście, piosenka Hobbitów. Tutaj znów jest sielankowo, ale akurat w tym momencie jest to wskazane, tak samo jak w „A Drinking Song”, ale niestety tutaj jest to już maksymalnie wtórne.
Kiedy znalazłem Rivendell ucieszyłem się, gdyż miałem nadzieje, ze będzie to coś równie ciekawego i klimatycznego jak Summoning. Ale niestety to kompletnie inne twory i w porównaniu Rivendell wychodzi dużo słabiej. Reasumując, muzyka tego projektu trafi pewnie tylko do fanów gatunku i nikogo więcej ...

sobota, 27 marca 2010

Eloy - Power and the Passion


Czasem dobrze jest cofnąć się w czasie i sięgnąć po dzieła, które powstawały ponad trzydzieści lat temu. Posłuchać dźwięków korzeni muzyki rockowej. Teraz bardzo rzadko wracamy do tego typu rzeczy. Sam czynię to nieczęsto... Ale wróciłem, tym razem dzięki człowiekowi, który wychował się na tego typu muzyce.
Niemiecka grupa Eloy powstała w 1969 roku pod przewodnictwem Franka Bornemanna. Swój czwarty album pt. „Power and the Passion” zarejestrowała w 1975 roku i muszę przyznać, że jest to jedno z lepszych dzieł psychodelicznego rocka jakie słyszałem. Jeżeli miałbym już szufladkować ich muzykę, to pokusiłbym się napisać, że i owszem jest to psychodelic rock, ale namaczany w progresie ze szczyptą space rocka. Głównymi inspiracjami tej niemieckiej formacji są zespoły brytyjskie, w szczególność Pink Floyd i Genesis, co lekko dziwi, gdyż większość niemieckich kapel z tamtego okresu poruszała się raczej w sferze rocka elektronicznego lub krautrocka.
„Power...” to pierwszy w historii tego zespołu koncept album. Opowiada on o mężczyźnie, który podróżuje w czasie. Człowiek ów eksperymentuje z narkotykami, które przenoszą go do przeszłości. Po ich spróbowaniu Jamie (tak ma na imię bohater tej płyty) ląduje w Paryżu w roku 1358. Tam poznaje kobietę – Jeanne. Początek tej opowieści najbardziej obrazuje utwór „Love Over Six Centuries”. Jak sam tytuł wskazuje, para zakochuje się w sobie i dalej przeżywają razem rożne przygody. W końcu Jamie wraca do teraźniejszości. Krążek kończy niesamowicie klimatyczny numer „The Bells Of Notre Dame”, w którym bohater wspomina swoją przygodę.
Odchodząc trochę od warstwy lirycznej, muzycznie utwór „ Love Over Six Centuries” jest najciekawszym songiem tego dzieła. Oprócz oczywistego klimatu space rocka, głównym motywem jest w nim psychodeliczna wstawka. W tym samym czasie słyszymy jedyną kwestie mówioną na całej płycie. W niej to Jamie i Jeanne po raz pierwszy się spotykają i poznając się palą marihuanę :) Sztuka ta trwa ponad dziesięć minut i jest najdłuższa ze wszystkich 10 kawałków tu zamieszczonych. Jeżeli chodzi o długość numerów, to są tu jeszcze dwie dłuższe kompozycje, a reszta średnio ma jakieś dwie minuty z kawałkiem. Dziwny to manewr, ale słucha się tego co najmniej składnie.
Jedynym minusem tego albumu są wokale pana Bornemanna. Czułem faktyczny ból, kiedy pierwszy raz usłyszałem jego wyczyny. Po dłuższym zapoznaniu się z materiałem człowiek przyzwyczaja się do tego, ale cholera, czemu nikt mu nie powiedział, że nie umie śpiewać?
Koncepty powinno się przesłuchiwać w całości, od początku do końca, choć większość można kontemplować osobno. „Power and the Passion” raczej powinno się łykać w całości, wtedy tylko dostrzeże się cały świat kolorowych pejzaży, jaki w sobie kryje. Teraz takiej muzyki się już nie tworzy – a szkoda.

czwartek, 25 marca 2010

Rivendell - Elven Tears


Po przesłuchaniu pierwszego albumu Rivendell - „The Ancient Glory”, zaciekawiony dalszą karierą Falagara sięgnąłem po kolejny jego krążek. Drugą płytę o nazwie „Elven Tears” udało mu się nagrać w trzy lata po pierwszej, tj. 2003 roku. Tak samo jak pierwszy krążek, także i ten zawiera osiem kompozycji, opartych na epickim black metalu, zabarwionych folkowymi motywami. Tym razem klimatem przypominają atmosferę bliskiego wschodu, czy też Egiptu. Ale oczywiście nie zabrakło różnego rodzaju fletów, męskich podniosłych chórów, klasycznych gitar i wszystkich tych innych motywów, które są popularne w tego rodzaju muzyce.
Najlepszym tego przykładem jest utwór „Misty Mountains”. Najdłuższa kompozycja na tym albumie, opowiadająca, jak wskazuje sam tytuł o Górach Mglistych. Zadumany, pełen przestrzeni i zimnych dźwięków klimat, to to, czego możecie się po nim spodziewać. Ciekawym jest też „Mithrandir”. Ten za to klimatem sięga aż do Indii. Tutaj Falagar użył sitaru, instrumentu z tego azjatyckiego landu, aby ubarwić nieco swą muzykę, sprawić, by bardziej wpadała w ucho dzięki chwytliwej melodii.
Poza tym, nic ciekawszego tu nie ma. Mogę nawet stwierdzić, że Rivendell stało się bardziej przebojowe, choć przecież nadal wokale są typowo black metalowe. Teraz już wiem, dlaczego tak mało znany jest to projekt. Nic nowego nie wnosi swą twórczością pan Falagar do światka metalu. I co z tego, że używa on tekstów największego bajarza dwudziestego wieku. Słowa nie wystarczą, by zaczarować słuchacza. Jeżeli muzyka jest bądź co bądź wtórna, gdyż Rivendell niczym się nie wyróżnia na tle innych kapel black/folkowych, to niestety efekt końcowy będzie dość marny.
Podsumowując muszę stwierdzić, że „Elfie Łzy” są średniej jakości. Oczywiście fani gatunku będą mogli znaleźć tu coś dla siebie, ale dla innych zjadaczy metalowego chleba pozycja ta będzie raczej niestrawna. Został jeszcze jeden album... Zastanawiam się, czy warto sięgnąć po trzecie dziecko Rivendell?

środa, 24 marca 2010

Megadeth - Endgame


Nigdy za bardzo nie przepadałem za tym zespołem. Wyjątkami były tylko „Countdown to Extinction” i „Cryptic Writings”. Cała reszta, łącznie z wychwalanym pod niebiosa „Rust in Peace” uważałem za kompletne gówno. Bez urazy... Przypadkiem, gdyż sam bym raczej nie dążył do tego, trafiła do mnie ich ostatnia płyta „Endgame”. Z lekką ciekawością podszedłem do tego wydawnictwa. Nie nastawiałem się na nic. I w sumie to dobrze...
Wystarczyło, że do mych uszu doszły dźwięki pierwszego utworu - „Dialectic Chaos” Trochę mnie to zdziwiło, gdyż rzadko zdarza się, by pierwszy numer był w całości instrumentalny. Pełen popisów, gitarowych umiejętności, solówki, aż się z niego wylewają, a przecież to tylko dwie i pół minuty muzy. Dla mnie to kompletnie nijaka kompozycja i to już na samym początku. No ale lecę dalej. „This Day We Fight!” zaczyna się mocno, szybko, prawdziwie speed/thrash metalowo. Ale jakoś brak w nim ciężkości, brzmienie jest lekko rozmyte. Oczywiście tu też są solówki, solówki i solówki. Chris Broderick i Dave Mustaine wysypują je jakby z rękawa.
Kolejno mamy „44 Minutes” i od tego wszystko było już jasne. Ten kawałek to czysta dysharmonia między muzyką, a wokalem. Aż mnie boli jak tego słucham. Muza jest może i nawet niezła - ostre, ciężkie riffy, ale wokal Dave'a to mordęga. Pewnie chłop chciał połączyć agresywność speedu z przebojowością, ale niestety... Wyszedł z tego bezbarwny chłam. Nic też nie dało, jak w „1,320'” wmieszano trochę riffów rockandrollowych. Trochę się to huśta, ale w ostatecznym rozrachunku nadal jest poniżej średniej.
Muszę pochwalić sekcję rytmiczną. Na krążku przez cały czas słychać pulsowanie basu, a to lubię. Perkusja też jest niezła, choć brak mi rajdów na dwie stopy. No ale wracając do utworów... Kompletnie nie potrafię zrozumieć, o co chodzi na tej płycie. Dajmy na to taki „Bodies”. Numer posiada ciekawe riffy, ciekawy rytm, ale jak wchodzi wokal ze swoją pseudo melodyjnością i pseudo przebojowością, burzy wszystko. Jedynym światełkiem w tunelu jest numer tytułowy. „Endgame” ma coś w sobie, odznacza się na tle innych. Ale czym? Sam nie wiem. Jeżeli chcecie przechodzić, przez mordęgę tego albumu, to zapewne się przekonacie.
Szperałem trochę po necie i w mediach, w poszukiwaniu recenzji tego krążka i … o zgrozo … nie spotkałem się z jego negatywną oceną. Nie wiem, albo jestem głuchy i nie słyszę tego, co reszta, albo jest wręcz odwrotnie. Mniejsza... Podsumowując... Wydawnictwo to ma ciekawe momenty, ale tylko momenty. Krótkie wstawki, tu i ówdzie ciekawy riff, sola... Ale nic poza tym. Słuchając go czuję, że Dave miał pomysł, ale tylko na tym się skończyło, bo wykonanie jest mizerne i szkoda tracić te 45 minut z życia. To może się podobać się w Ameryce …

czwartek, 18 marca 2010

Uaral – Laments


Uaral i ich ep-ka „Laments” to moje ostatnie odkrycie. Nie jest to nowe wydawnictwa, gdyż pięć utworów, które zawiera powstało ponad dwanaście lat temu. Zespół ten pochodzi z Chile, a założyli go dwaj panowie: Aciago (odpowiedzialny za całe instrumentarium) i Caudal, który growluje, śpiewa, krzyczy i wyczynia wszystkie te piękne rzeczy z wokalem, które można usłyszeć w doom muzyce. Jednak zaklasyfikowanie ich do doomu to lekko pochopna decyzja. Głównym rdzeniem ich muzyki są gitary klasyczne, brzmiące bardzo latynosko, wręcz folkowo. Przez ten właśnie manewr nie mamy tu do czynienia z czystym doomem, ale jeżeli chodzi o klimat, to jak najbardziej.
Z czystym sumieniem mogę napisać, że już dawno nie słyszałem takich dźwięków. Ładunek emocjonalnym, jaki zawierają, jest przeogromny, a wszystko skupia się na uczuciach smutku, samotności... wręcz piękna samotności. Cudownym przykładem tego jest najdłuższy numer tej ep-ki, jednocześnie tytułowy „Laments”. To prawie jedenaście minut skondensowanego żalu, zamkniętego w pięknych dźwiękach. W nim to Caudal dwoi się i troi, by przekazać nam każdą z emocji sięgając przy tym, aż po takie ludzkie wynalazki jak płacz i łkanie. Jego krzyki są naprawdę przepełnione lamentem. Z drugiej strony muzyka jest jeszcze lepsza. Stonowana, oparta na klasycznej gitarze, fortepianie i niesamowicie malowniczych, pięknych, wręcz krzyczących solówkach.
Reszta kompozycji też jest świetna. Wymienię jeszcze jedną sztukę, a jest nią „Surrendered To The Decadence (Part II)”, ale nie będę jej opisywał, gdyż jest równie piękna, jak numer który już zdążyłem przedstawić. Aranżacje Uaral są po prostu niesamowite i dość równe. Każdy kawałek z czterech (pierwszym jest lekko ponad minutowe intro) jest wspaniały.
Te stonowane dźwięki zaczarują każdego. Trzeba tylko dać się ponieść ... a szczerze, to ciężko się oprzeć. Polecam ją na długie, samotne, jesienne wieczory, ale nie tylko...

Agalloch - The Mantle


Agalloch to jeden z tych tworów, które ciężko jednoznacznie zaklasyfikować. Dlaczego? Cóż, ich muzyka to fuzja rożnego rodzaju gatunków, które umiejętnie połączone tworzą coś unikatowego, coś naprawdę pięknego. Ale do rzeczy... W 2002 roku zespół ten wypuszcza swój drugi longplay o nazwie „The Mantle”. Znajdziemy na nim dziewięć klimatyczno folkowych kompozycji.
Rozpoczyna je instrumentalny „A Celebration For the Death of Man...”, a jest to nic innego, jak akustyczny wstęp do albumu, który może, choć nie musi zabrać każdego słuchacza w ciemny las naszej egzystencji. Kolejno mamy „In the Shadow of Our Pale Companion”, prawie piętnastominutową sztukę i mojego osobistego faworyta tego krążka. Królują w nim gitary akustyczne, czyste wokalizy i blackowy skrzek, ale to nie wszystko. Oprócz tego są tu pełne emocji, czysto rockowe gitarowe solówki. Należą się pochwały dla Johna Haughma. Ten utwór jest genialny!
Później nie jest już tak wspaniale, ale też nie jest źle. Na szczególne uznanie zasługują kawałki: „The Hawthorne Passage”, „The Lodge” oraz „...And the Great Cold Death of the Earth”. Pierwszy to ogólnie rzecz ujmując numer instrumentalny z progresywnym feelingiem, niestety na samym końcu pojawia się niepotrzebna wstawka sampla z jakiegoś hiszpańskiego filmu, która niszczy cały klimat skrupulatnie tworzony przez ponad jedenaście minut. Drugi też jest kawałkiem, gdzie nie użyto wokaliz. Zaczyna się on odgłosami kroków po grubej pokrywie śniegu. Do tego oczywiście akustyk, kontrabas i systematyczne uderzenia drewna o drewno. Szkoda, że nie powstało to w czasach „Twin Peaks”, niezły byłby z tego soundtrack. Najbardziej z tej trójki przypadł mi jednak do gustu trzeci. Tu znów możemy usłyszeć kontrabas i piękną solówkę, tym razem zagraną na akustyku, co sprawia, że brzmi bardzo folkowo.
Najmniej na tym albumie podobają mi się wstawki o zabarwieniu black metalowym. Choć urozmaicają muzykę Agalloch, to jednak coś mi w nich nie pasuje, ale to są moje osobiste odczucia. Tak czy inaczej uważam ten album za bardzo dobre, oryginalne dzieło, warte przesłuchania i dogłębnego poznania, nie tylko przez fanów metalu.

środa, 17 marca 2010

Decapitated - Organic Hallucinosis


Tak jak to bywało na początku, kiedy to death metal rozkwitł na naszym padole, tak i teraz Earache Records stara się mieć w swojej stajni kapele, które są albo wielkie, albo wielkimi krokami zmierzają ku szczytowi. Jedną z takich grup jest polski Decapitated. Po wydaniu „Organic Hallucinosis” dali każdemu do zrozumienia, że są wielcy.
Ale zacznijmy od początku... W 2005 roku zespół opuszcza Sauron. Zastępuje go frontman Atrophia Red Sun - Adrian "Covan" Kowanek. Z nowym krzykaczem w 2006 roku Decapitatd wypuszcza swój ostatni jak na ten czas, czwarty album o tytule „Organic Hallucinosis”. Zawartość tego krążka to siedem utworów, zamkniętych w trzydziestu dwóch minutach. Muzycznie to ultranowoczesny death metal.
Styl ten przeszedł długą drogę. Teraz grupy takie jaki Decapitated grający tę swoją techniczną odmianę, są dalekie od deathu końca lat 80-tych. I gdyby porównywać muzykę przeszłości do tego co mamy teraz, to można by powiedzieć, że to co znajduje się na czwartym krążku panów z Krosna, death metalem już nie jest. No ale do rzeczy...
Nie da się nie usłyszeć, że formacja Meshuggah miała wielki wpływ na Vogg’a kiedy ten tworzył riffy do tego albumu. Słychać to w każdym numerze, tylko tutaj w odróżnieniu od muzyki Szwedów jest brutalnie, szybko i agresywnie. Muszę przyznać, że wybór Covana na wokalistę był bardzo dobry, jego krzyki wspaniale współgrają z muzyką. Gdyby to był growl Saurona, muzyka ta nie miałaby takiej energii. A słychać ją w każdym z kawałków.
Całość jest niesamowicie równa, przez to też ciężko wytypować jakiegoś faworyta. Za każdym razem podoba mi się coś innego, inny fragment, inny utwór. Zamiast więc opisywać je skupię się na ciekawostkach tego wydawnictwa. Tekst otwierającej sztuki o tytule „A Poem About an Old Prison Man” napisał Charles Manson. To tak zwany wyjątek, gdyż reszta liryków wyszła już spod palców Polaków.
Oprócz tego w numerze drugim możemy usłyszeć króciutkie solo Witka, rzadko spotykany manewr w death metalu. To niestety był jego pożegnalny album, choć nie zdawał sobie z tego sprawy.
Po wypadku, o którym chyba słyszał każdy, Decapitated się rozpadło. Teraz znów funkcjonuje. Na czele stoi Vogg, tylko on pozostał na placu boju. Ciekaw jestem co stworzy z nową kompanią. W którą stronę pójdzie Decapitated? To się okaże. Na razie mamy „Organic…” i cholernie dobrą muzykę!

wtorek, 16 marca 2010

Porcupine Tree - In Absentia


Porcupine Tree z wydaniem „In Absentia” przybliżył się tylko do jednego... Przebojowości... Nie ma już w tej muzyce tajemniczości, a pięknych pejzaży jest jak na lekarstwo. To, co znajdziemy na siódmym albumie Anglików, to wpadające w uszy nuty. Przykładem tego jest otwierający „Blackest Eyes”. Nie ma się w co zagłębić, ten kawałek po prostu płynie, jest dobry, miejscami ciężki z przysłowiowym kopem, ale to wszystko. Zero głębi. Tak samo kolejny „Trains”, który wydaje się być stworzonym dla rozgłośni radiowych „hitów na czasie”. Wystarczy popatrzeć na tekst tej sztuki. Można go opisać jednym zdaniem – „Oj, jak to pięknie jest śpiewać o miłości”.
Zacząłem narzekaniem na ten album, ale to nie zmieni tego, że to jednak dobra muza. Może nie jest to najlepsza rzecz, jaką nagrał Steven Wilson, ale i tak sprawił się nieźle, a to w skali światowej znaczy naprawdę dobrze:) I jeszcze jedno, ciężko mi tą muzykę nazwać progres rockiem. Oczywiście, gdybym musiał zaszufladkować tą płytę, pewnie trafiła by ona właśnie tam, ale w rzeczywistości to z progresem ma ona niewiele wspólnego.
Ale do rzeczy... Pierwszą rzeczą, na którą zwróciłem uwagę na tym krążku to częste użycie gitary akustycznej, nawet w tych mocniejszych numerach. Nie żebym nie lubił tego instrumentu, ale co za dużo to niezdrowo. Powód tak częstego występowania może być tylko jeden - próba zachowania równowagi między agresją a delikatnością. Ale czy to dobry pomysł? Cóż, odpowiedź pozostawię wam. Kolejną sprawą jest nierówność materiału. Dwanaście utworów tu zamieszczonych nie tworzy spójnej całości, to raczej indywidua, przez co rzadko sięgam po ten album. Gdy myślę o muzyce Porków, to łączę muzykę z klimatem, a „In Absentia” to świat wielu różnych klimatycznych światów.
Z drugiej strony, to co jest tu ciekawe, to momenty. Niekiedy kilkusekundowe, niekiedy parominutowe. Ale tylko momenty. Wydaje mi się, że każdy utwór na tym krążku jest umiejętnie skopany. Moim osobistym faworytem jest „Heartattack In A Layby”. On to od początku do końca zachowuje pewnego rodzaju napięcie, magnetyzm, który może przyciągnąć. W nim to użyto nakładania na siebie kilku ścieżek wokalnych. Zawsze podobały mi się tego typu aranżacje. Tutaj Wilson stworzył niesamowity klimat. Chylę czoło. Podobny motyw jest też na „Gravity Eyelids”, tylko tam jest on jakiś rozmemłany, nieczytelny...
Czepiam się i czepiam, a wszystko przez to, że po paru latach wróciłem do tej muzy i przestała mi się ona podobać. W sumie to nigdy nie byłem wielkim fanem tych sześćdziesięciu ośmiu minut. Teraz pewnie nieprędko do tego wrócę...

czwartek, 11 marca 2010

A Perfect Circle - Thirteenth Step


Zawsze dziwiło mnie, gdy porównywano A Perfect Circle i Toola. To dwa różne zespoły, choć posiadają tego samego wokalistę. To, jak odmienne są te dwie kapele stało się całkowicie jasne z chwilą, kiedy APC wypuścili swoją druga płytkę. Muszę wam się przyznać, że nie dawałem jej zbyt dużo szans, kiedy wychodziła parę lat temu. Jestem fanem ich pierwszej płyty, ale „Thirteenth Step” jakoś mnie odrzuciła. Teraz wiem, że gdybym wtedy poświęcił jej więcej czasu, byłoby inaczej. To piękna płyta! Odmienna od „Mer De Noms”, ale to wcale nie jest jej minus.
Wystarczy przesłuchać otwierający numer - „The Package”. Transowy i hipnotyczny, ale zarazem pełen energii i agresji, jak taniec ze śmiercią. Takiego A Perfect Circle nie znacie. Zespół dojrzał, już na drugiej płycie nagrał kawałki, które powinny przejść do historii alternatywnego rocka. Kolejnym, jeszcze lepszym tego przykładem, gdyż uważam go za arcydzieło tego zespołu, jest „The Noose”. Nigdy wcześniej, ani nigdy później nie nagrali takiego utworu. Wystarczy posłuchać tych dźwięków. To czysta harmonia... i to wystarczy...
Cały album porusza się gdzieś na granicy z rzeczywistością, jakby był marzeniem sennym. Nawet w tych szybszych momentach, których nie jest za mało. Ale tak czy inaczej te wolniejsze kawałki biorą tu górę. Tak jak w subtelnie zaczynającym się „Vanishing”. Umyślne ściszenie numeru na samym początku sprawia, że słucha się go jak odgłosu strumienia. On po prostu płynie...Ukłon w stronę pana Keenana. Wydaje mi się, że dopiero w tym zespole pokazuje, na co go stać.
Wspomniałem o szybszych momentach. Przykładem tych chwil jest „The Outsider”, młodszy brat „Judith” z Morza Imion. Ale jak wszystko na tej płycie jest on trochę bardziej ślamazarny. Drugim, mocniejszym uderzeniem tej płyty jest „Pet”. Ten chyba najbardziej przypomina wyczyny APC z pierwszej płyty. Łączy się on z kolejnym numerem „Lullaby”. Na nim i na „The Noose” użyczyła swego głosu szeroko znana Jarboe.
Wszędzie znajdzie się małe błędy w sztuce. Dla mnie na Trzynastu Krokach błędem jest „The Nurse Who Loved Me”, cover Failure. Nie wiem dlaczego, ale kojarzy mi się on z przesadnie piękną wizją, sielanką ociekającą cukrem. W pewien sposób pasuje do całości, ale raczej przez klimat niż muzykę. Krążek ten zamyka numer „Gravity”. Wspominam go tylko dlatego, że to na nim możemy usłyszeć piękną i utalentowaną Paz Lenchantin basistkę, która nagrała z nimi na tej płycie tylko ten kawałek.
Duet Howerdel/Keenan po raz kolejny stworzył coś pięknego. Trochę szkoda, że to był ostatni krążek („eMOTIVe” był coverowym albumem)z ich twórczością. Ale może nie powiedzieli jeszcze wszystkiego i kiedyś znów o nich usłyszymy. Miejmy taką nadzieję…

wtorek, 9 marca 2010

Rivendell - The Ancient Glory


W poszukiwaniu ciekawej muzyki zawędrowałem do Austrii. Stamtąd właśnie pochodzi zespół Rivendell. Nazwa znajoma, czyż nie? Pochodzi ona z książek J.R.R. Tolkiena, a jest to siedziba mistrza Elronda, na zachodnich zboczach Gór Mglistych.
Rivendell przewodzi jeden człowiek o pseudonimie Falagar, a muzykę, którą tworzy można nazwać Epic/black metalem, choć nie do końca, gdyż na „The Ancient Glory” gdzieniegdzie pojawiają się bardzo subtelne folkowe wstawki. Najczęściej mają one postać gitary akustycznej, męskich chórów, oraz fletu. I ten właśnie nieszczęsny flet jest według mnie największym minusem tego wydawnictwa. Słuchając go widzę obraz obierzyświatowych indiańskich kapel, które często można spotkać w granicach naszego kraju. Taki flet i epicki black metal nie zawsze bywają dobrymi kompanami. Tutaj jakoś to nie współgra.
Nie wiem, jak długo miałbym tego słuchać, by dostrzec coś naprawdę dobrego. Wszystko tu się strasznie ciągnie, nie ma w tym zbyt wiele energii. No chyba, że na tyle, by przesunąć balkonik o kolejne parę centymetrów …cholernie powoli. Drugim minusem jest klimat, przez ten nachalny flet nawet gdybym chciał, to nie potrafię wczuć się w atmosferę powieści tolkienowskich. Wiem, różni ludzie, różne potrzeby i pewnie Falagar ma inne wizje co do tych powieści ode mnie.
Jednak nawet tutaj znalazłem ciekawe momenty, a jednym z nich jest utwór „Durin's Halls”. Cholernie przypomina mi on dokonania szwedzkiej grupy Therion. Ten sam feeling, tylko oczywiście w black metalowej wersji. Ciekawym również może być kawałek „Theoden”, ale tu też doczepie się i powiem, że jest zbyt melodyjne. I jeszcze jeden moment, w numerze „Aragorn Son of Arathorn”. To najdłuższa i jednocześnie ostatnia sztuka na tym albumie. W nim podoba mi się tylko fragment, który zaczyna się po trzydziestu sekundach trzeciej minuty. Wtedy czuję w tym jakiś monumentalizm, jakąś siłę. Motyw ten pojawia się w nim jeszcze raz i kończy ten album.
Gerold Laimer, czyli Falagar będzie się musiał jeszcze sporo napracować, żeby dorównać swoim rodakom z Summoning, gdyż to właśnie oni są najwspanialszymi twórcami muzyki do twórczości Tolkiena. Jednak z drugiej strony to pierwsza płyta Summoning też była fatalna ... Z czystej ciekawości sięgnę po kolejne krążki Rivendell, może coś w nich jeszcze znajdę?

sobota, 6 marca 2010

Pain Of Salvation - One Hour By The Concrete Lake


„One Hour By The Concrete Lake” to moje pierwsze zetknięcie się z tym zespołem. W sumie jakieś pięć lat temu, kiedy krążek ten wpadł w moje ręce, jakoś go zbyłem, odsunąłem na później. Tylko to „później” trwało parę lat. Teraz sięgam po niego znów i nie żałuje, że nie przesłuchałem go dobrze w przeszłości.
Po pierwszym przesłuchaniu byłem zawiedziony. Skoro jest to progresywny metal, to gdzie ta progresja w dogłębnym jej znaczeniu? Nie zrozumcie mnie źle, oni rzeczywiście ją grają, ale przecież progresja to coś nowego, coś, co się dopiero odkryło, to podążanie do przodu. Tak powinno być, ale z tą płytą wcale tak nie jest. Przez cały czas trwania albumu słyszę zapożyczenia. Pain of Salvation to dobry zespół, ale za cholerę nic nie wnieśli tą płytą do progresu.
Najbliżej jest im do Dream Theater, no ale przecież ten zespół też zapożycza od wielkich tego stylu, tylko w odróżnieniu od recenzowanej grupy, Amerykanie robią to z klasą i niesamowitą energią. Poza tym słychać tu też Faset Warning i Savatage i jeszcze kilka innych, ale nie będę wam wyliczał wszystkie. Na drugiej płycie Szwedów nie ma polotu, energia może i by się znalazła, tak samo jak i profesjonalizm. Nie zabiorę im umiejętności grania, bo ta jest na najwyższym poziomie, no ale jednak to nie wszystko.
Wracając do płyty... Jest to koncept album, opowiadający o problemie istnienia broni masowej zagłady w naszym świecie. Główny bohater siedzący w tym biznesie przechodzi moralną czkawkę. Temat jest niezły i oprawa liryczna też niczego sobie. Tylko muzyka... Pierwszą rzeczą na którą zwróciłem uwagę to wokal. Daniel Gildenlow posiada ciekawą barwę, ale jego wokalne aranżacje są co najmniej dziwne. Śpiewa on tak, jakby sam nie wiedział, jak ma to robić. Następną rzeczą jest stylistyka i brzmienie. Obydwa aspekty są zaczerpnięte z końca lat 80-tych i początku 90-tych. Nie rozumiem po co, ale dobra. To był ich wybór.
Tak jak na wszystkich tego typu wydawnictwach, tak i tu można znaleźć ciekawe momenty, ale niestety ani grama oryginalności. Ciekaw jednak jestem, jak im szło na kolejnych albumach, bo pewne jest to, że zespół ma ambicje. Podsumowując, płyta średnia, ale nie tragiczna.

Enigma - Seven Lives Many Faces


Słuchając dźwięków „Seven Lives Many Faces” myślę sobie - jestem konserwatystą, jeżeli chodzi o ten zespół. Podoba mi się to, co stworzyli kiedyś i każda, choćby nie wiem jak niesamowita próba dotarcia do mnie nowego materiału nie ma racji bytu. Pomimo tego muzyka z ostatniego, siódmego albumu Enigma na pewno jest ciekawa i oryginalna (w pewnych chwilach). Może do mnie nie trafiać, ale to nie znaczy, że mam mieszać ją z błotem.
Najbardziej wymownym dla mnie momentem z dwunastu utworów stworzonych przez Michaela Cretu jest „The Same Parents”, ale przez moje spaczenie metalem w niektórych momentach tegoż słyszę dokonania Ulver. Enigma zabiera nas w podróż siedmiu istnień. A cóż się za tym kryje? Muzyczna paleta barw, która zaczaruje słuchacza aż do końca, jeżeli się tylko skusi. Pewne jest też to, że ludzie szukający spokoju w muzyce będą odpływać przy dźwiękach tej płyty. No bo po to właśnie jest ona stworzona, by móc podróżować po zakamarkach naszego wewnętrznego wszechświata.
Tym razem znów, tak jak to bywało na wcześniejszych albumach, mamy początek, który nazwałbym absolutnym. „Encounters” jest jakby kontaktem ze wszechrzeczą. Słychać w nim szum oceanu, czuć wielkość i głębię kosmosu. Słuchając go odczuwam pokorę, tak jak wtedy, kiedy patrzę na wielką górę i wiem, że człowiek nigdy takiego czegoś nie stworzy... Oczywiście jak to bywało w przeszłości, tak i tu możemy znaleźć wątki erotyczne. Tym razem wplecione są one w „Je T'aime Till My Dying Day”. Nie są jednak tak bardzo wyeksponowane jak w „The Principles of Lust” z wiadomej płyty. Tutaj rządzi raczej subtelność, romantyczny erotyzm, powolny i ciepły.
Pomimo tego, że krążek ten jest tak monumentalny i piękny, to jednak do mnie nie trafia, jak już wspomniałem na początku. A wszystko to przez jeden aspekt - Enigma stała się nowoczesna, już nie tak średniowieczna, jak to bywało w przeszłości. Dlatego, pomimo niesamowitego połączenia starego z nowym na „Seven Lives”, to nie muza dla mnie. Nie odnajduje się tu, nawet gdybym chciał. Nawet „Déjà Vu”, gdzie słychać sample z takich kawałków jak - „Morphing Thru Time” i „Prism of Life” z ciekawej trzeciej płyty „Le Roi Est Mort, Vive Le Roi!, Michael Cretu jakoś mnie nie przekonuje. Kurde, zastanawiam się, czy nie straciłem poczucia piękna?
Pewnie czyta się to wszystko lekko chaotycznie, ale tak właśnie na mnie działa ta płyta. Może za mało czasu jej poświęciłem, nie wczułem się wystarczająco dobrze, by odkryć jej piękno. A może po prostu nie jest ona dla mnie? Tak czy inaczej, kto szuka pięknych dźwięków z pogranicza new age/electronic, to coś dla niego.

środa, 3 marca 2010

Chrome Division - Booze, Broads and Beelzebub


Już to gdzieś słyszałem... Takie słowa narzucają się same, kiedy przesłuchuję drugi krążek norweskiej formacji Chrome Division. Skąd to spostrzeżenie? Cóż, nie jest to trudne. Shagrath i spółka na „Booze, Broads and Beelzebub” wykonują mieszankę heavy metalu i rock'n'rolla, która przypomina dokonania takich kapel jak Motorhead czy też ZZ Top, ale oczywiście nie tylko, gdyż przecież to nie jedyne zespoły wykonywające brudnego rocka.
Muzyka z tej płyty kompletnie mi nie odpowiada. Dlaczego? Dlatego, że nie jestem harleyowcem, ani starym blues manem, który wlewa w siebie hektolitry piwska, a muzyka z tej płyty powinna i pewnie trafia tylko, albo przede wszystkim, do takich właśnie osób, gdyż dźwięki te nadają się tylko na jedną okoliczność: imprezy. Mogę się założyć, że w pewnych kręgach sztuka Chrome Division jest witana bananem na ustach. No ale znów pojawia się pytanie, jaki jest sens tworzenia muzyki do kieliszka? Według mnie nie ma go wcale, nie w tych czasach. Kult tego typu muzy już przeminął, a słuchać jej możemy tylko na zlotach, albo w knajpach, gdzie minimum obwodu każdego bywalca wynosi 120cm :)
No ale do rzeczy... Początek jest nawet ciekawy, a jest nim „The Second Coming”- instrumentalny, jednominutowy kopniak heavy/rocka. Po nim mamy numer tytułowy i on też jest dobry. Energetyczny, prujący do przodu, z ciekawymi riffami, no cóż tu dużo pisać, główka się kiwa, a przecież tylko o to chodzi. „Wine of Sin” już niestety jest mdławy, energia gdzieś uleciała, a bez niej ta muza nie ma racji bytu. W „Raven Black Cadillac” czuć echo lat 70-tych, ale znów jakoś wolno, bez polotu, a „Life Of A Fighter” to już rasowy heavy metalowy numer, z typową dla tego stylu solówką. I niby wszystko jest ok, ale jednak trąci to wtórnością. No kurde po prostu nudzi.Mamy tu jeszcze numer, który mógłby się wyrwać z wydawnictw ZZ Top, a jest nim „The Boys From The East”, tylko czegoś w nim brak, poza tam rzadko udaje mi się dotrwać aż do niego. Do tego mamy tu także cover ww. bandu - „Sharp Dressed Man”. Buja się jak należy, ale tak samo jak nie rozumiem, po co tworzyć taką muzę, tak samo nie wiem, po co grać takie covery?
Reasumując, panowie z Chrome w swoich macierzyńskich zespołach osiągnęli już jakąś tam sławę, szczególnie pan z Dimmu Borgir. Ale co ich pchnęło do grania takich klimatów, tego nie wiem. Za to wiem jedno, w Polsce ostatnimi czasy powstała taka sama bezpłciowa kapela o nazwie Black River. Ciekawe, czy to, że Daray gra w Dimmu miało na to jakiś wpływ? Hmm? Pewnie nie...

niedziela, 28 lutego 2010

Anathema - Pentecost III


To był przełom w sztuce tego zespołu. Ep-ka ta wyszła w tym samym roku, co genialna „The Silent Enigma”, przed problemami z wokalistą, kiedy to Vincent zajął miejsce Darrena White'a. Ale to miało nastąpić w przyszłości. Tymczasem 6 marca 1995 roku nakładem Peaceville Records wychodzi na świat płytka o tajemniczym tytule - „Pentecost III”.
Materiał ten zawiera pięć kompozycji (plus jedna ukryta), z czego każda z osobna jest inna, więc opisze pokrótce każdą. Na sam początek mamy utwór „Kingdom” i jest to zapowiedź tego, co ma nadejść. Pierwsze dźwięki mówią wszystko... Kawałek ten mógłby się znaleźć na „Milczącej Zagadce”, wtopiłby się w nią bez rozpoznania. Kolejnym numerem jest „Mine Is Yours to Drown In (Ours Is the New Tribe)”. Chyba nie muszę pisać, że to jedyny taki wybryk w całej historii Anathemy. Nigdy wcześniej, ani nigdy później nie napisali niczego podobnego. Kiedy słucham go po latach przypomina mi on wczesne dokonania Godflesh. Ma on w sobie to coś, połamane, ciężkie i wolne riffy, niczym walec toczące się do przodu. Poza tym na samym końcu jest prawie taki sam patent melodyjny, jak w numerze „Nocturnal Emission” z „The Silent Enigma”. Dalej mamy „We, the Gods” z początku może się wydawać trochę smętnawy, gdyż, ani melodia, ani linia wokalu raczej nie zachęcają, ale kiedy przyśpiesza, zaczyna się robić naprawdę ciekawie. Zaraz po nim jest song tytułowy, a jest to instrumentalna sztuka; raczej najbardziej nijaki numer na tym albumie. No i została nam jeszcze jedna rzecz, a mianowicie „Memento Mori”. Ten jest definicją połączenia death metalu z doomem, nic dodać, nic ująć. No i został jeszcze jeden, ukryty numer. „666” to mały dodatek, który słyszalnie nawiązuje do twórczości takich bandów jak Venom i Celtic Forst.
Fascynuje mnie, w jaki sposób ten zespół z biegiem lat zmieniał swoje oblicze. Przykładem tego jest właśnie „Pentecost III”. Nigdy już nie powrócili do tego co było zawarte tutaj, ale też rozwinęli pomysły, które tutaj zostały wykorzystane. Zmieniali się odtąd juz zawsze...

sobota, 27 lutego 2010

Vintersorg - Ödemarkens Son


Pierwszy raz styczność z tym albumem miałem jakieś 10 lat temu. Wtedy to usłyszałem na składance z Mystic Art numer „Svältvinter”. Kompletnie mi się nie podobał, był totalnie nie w moim guście. Jakoś parę lat później usłyszałem płytę „Cosmic Genesis” i zostałem oczarowany Vintersorg. Dziś znów wróciłem do „Ödemarkens Son” i muszę przyznać, że niesłusznie oceniłem ją negatywnie tylko po jednym kawałku, który bagatela, teraz bardzo mi się podoba. Gusta się zmieniają. Ale do rzeczy...
„När Alver Sina Runor Sjungit” to utwór rozpoczynający ten krążek. Charakterystycznym momentem tego kawałka jest minutowa solówka, bardzo melodyjna i stonowana jak na viknig metal. Za pierwszym razem, gdy usłyszałem dźwięki tego kawałka byłem zszokowany, że jest w nim tak dużo progresji. Byłem pewien, że pierwsze dwie płyty Vintersorg (ta jest druga) będą bardziej folkowe niż progresywne, myliłem się. Kolejnym numerem jest ww. „Svältvinter”. To najjaśniejsza pogańska gwiazda tego wydawnictwa, dzięki wykorzystaniu wiolonczeli i kobiecego melodyjnego wokalu. Atrybuty te dodała w dwóch utworach jedna osoba - Cia Hedmark, współpracująca z Andreasem "Vintersorg" Hedlundem w projekcie Otyg. Ciekawym jest również „Under Norrskenets Fallande Ljusspel”. W nim to refren zaśpiewany jest tak, jak gdyby była to piosenka popowa, melodia niesamowicie wpada w ucho. Poza tym mamy tu dużo smyczków wygenerowanych z klawiszy. Najbardziej agresywnym songiem jest tytułowy „Ödemarkens Son”. W nim to najwięcej jest skrzeczących wokali i szybszych temp, nawet małych blastów i rajdów na dwie stopy.
W każdej kompozycji tego albumu znajdziemy dużo tego typu rzeczy. Atmosfera z lasów północy, pogańskie melodie wygrywane przy ognisku, a wszystko to zaśpiewane w języku szwedzkim. Aranżacje są precyzyjne i nieskazitelne, po prostu nie ma się do czego doczepić. Tak samo brzmienie. Czyste, wręcz kryształowe, ale jednak zadziorne, ciężkie i ostre. Vintersorg naprawdę napracował się przy tym albumie i to słychać. Każda maleńka rzecz jest dopracowana, takie albumy nieczęsto się znajduje. Krążek ten jest świetny i teraz będę pamiętał, by nie odrzucać czegoś przed przesłuchaniem jego całości.

środa, 24 lutego 2010

Abyssos - Together We Summon The Dark


Był czas gdy byłem zafascynowany takimi zespołami jak Cradle of Filth i Hecate Enthroned. Do tego pociągał mnie wampiryczny metal. Szukałem takich „pokrewnych” grup i tak znalazłem Abyssos, młodą szwedzką formację, której przewodniczył Rehn. Swoją pierwszą płytę wydali w 1997 roku i właśnie ta wpadła mi do ręki. Nosiła ona nazwę, która wryła mi się w pamięć - „Together We Summon the Dark”. Po latach wróciłem do dźwięków w niej zawartych i teraz dzielę się z wami moimi spostrzeżeniami.
To, co znalazłem na tym albumie to melodyjny black metal z naleciałościami ww. grup. Kompozycje są rozbudowane, symfoniczne z wykorzystaniem bardzo dużej ilości klimatycznych smaczków. Teksty traktują oczywiście o wampiryzmie, ale też o okultyzmie i krwawym erotyzmie, więc dla każdego fana krwawo-romantycznych klimatów ten album powinien być nie lada gratką.
W muzyce Abyssos oprócz natłoku melodii występują bardzo gęsto blasty, co może trochę nudzić na dłuższą metę, no ale to mały minus. Innym minusem tego wydawnictwa jest wokal Rehna – monotonny i pozbawiony emocji. Choć barwa jest charakterystyczna, to jednak czegoś w nim brak. Takich to nieznaczących minusów doszukałem się w tym wydawnictwie, teraz czas na plusy.
Głównymi utworami, dzięki którym album ten jest ciekawy są... Otwierający „We Hail Thy Entrance” - prawie dziesięciominutowa kompozycja, w której nie będzie czasu na zastanawianie się nad jej słabościami. Numer ten rozpoczynają słowa „The witch is dead” wymówione przez sesyjną wokalistkę o pseudonimie Sedusa i aż do trzeciej minuty wampirzy uścisk jest bardzo silny. Wtedy to wchodzi męski chór wznoszący zło ponad wszystko. Po nim wracamy do uścisku, który nie puszcza aż do końca.
Moim kolejnym faworytem jest „In Fear They Left the World Unseen”. Od samego początku kojarzy się mocno z Kredkami. W nim (jak i w sumie w każdym) postawiono na atmosferę i dlatego w tym jest więcej jazd na dwie stopy, choć blasty też można uświadczyć.
I wspomnę o jeszcze jednym godnym opisania utworze, a jest nim kawałek tytułowy „Together We Summon the Dark”. To instrumentalna kompozycja, głównie oparta na fortepianie. Słuchając jej ciężko się opędzić od wizji zachodu słońca, kiedy to dzieci nocy budząc się wychodzą na łowy.
Minęło ładnych parę lat, kiedy ostatnio słuchałem tego albumu, ale nadal podoba mi się tak, jak przedtem. Muzyka nie jest może odkrywcza ani szczególnie oryginalna, ale pomimo tego jest naprawdę dobra. W sam raz, by przy świetle księżyca snuć marzenia o nieśmiertelności, bestiach i krwi...