poniedziałek, 31 maja 2010

Hey – Sic!


„Sic!” to szósty album polskiego zespołu Hey, który wyszedł w 2001 roku. Dla mnie to kolejny, który postanowiłem poznać i chyba ostatni, jaki przesłucham, gdyż po przestudiowaniu paru ich albumów nie znalazłem niczego na tyle wartościowego, bym sięgnął po kolejne. Faktem jednak jest, że „Sic!” jest najlepszą ich odsłoną, oczywiście tylko w moim mniemaniu…
Tym razem Szczecinianie zaoferowali nam trzynaście kompozycji, nieco odmiennych od tego, co czynili w przeszłości. Powodem tego była zmiana głównego kompozytora. Piotra Banacha zastąpił Paweł Krawczyk. On to wniósł do brzmienia Hey nieco orzeźwienia, sprawił, że stało się ono bardziej nowoczesne i nieco urozmaicone. Oczywiście jest to jak najbardziej plus tego wydawnictwa, ale istnieje też minus. Większość utworów i patentów, które Paweł Krawczyk skomponował ciągle mi coś przypominają. Sam Krawczyk zarzekał się, że jego jedyną inspiracją był wtedy zespół Coldplay, ale według mnie to nie wszystko. Materiał z „Sic!” naładowany jest rożnego rodzaju wpływami i przez to jest on nieco wtórny. Pytanie, po co słuchać czegoś polskiego, jeżeli już coś podobnego było nagrane w innych krajach, przez lepsze zespoły?
No ale do rzeczy... Początek albumu, czyli „Antiba” jest mocny i konkretny, poza tym Kasia w nim wydziera się aż miło. Nigdy wcześniej Hey nie był tak ciężki jak tutaj. Za to następny tytułowy numer „[Sic!] to już fatalna kompozycja, szczególnie przez tekst z refrenu: „Nie, nie, nie. Nie to nie. Mówię nie gdy myślę nie...”. Nie jest to chyba jeden z tych sławnych tekstów Nosowskiej? Oczywiście każdemu zdarza się napisać coś mniejszych lotów, nawet sławnej Kasi Nosowskiej. Za to w balladce „Prelud deszczowy” wszystko jest już tak, jak być powinno. Subtelna i czysta aranżacja plus bardzo obrazkowy tekst czyni ten numer jednym z ciekawszych na tym krążku.
Ciekawostką tego wydawnictwa jest cover zespołu Blondie - „Hanging on the telephone”. Nagrany poprawnie, tak jak pewnie zrobiłby to każdy. Ale tylko dlatego, że to dobry i skoczny numer, a przez to ciężki do spartolenia. Najciekawszą sztuką wśród tych trzynastu jest „Cudzoziemka w raju kobiet”. Świetne liryki, niesamowita ekspresja Kasi, szczególnie dzięki lekkiemu okrzykowi lub subtelnemu wyciu (jak tam kto woli), do tego piękna aranżacja sprawia, że wbija się on w pamięć.
Wiem, że fani tego typu grania oskórowaliby mnie za to, co zaraz napisze, ale wydaje mi się, że prawda sama się obroni. Niby to dobry album, ale to tylko lekka iluzja tego, że to wszystko muzycznie już gdzieś było. Przez to „Sic!” nie wnosi sobą nic nowego. Zanim więc oskarżycie mnie o herezję, zastanówcie się, czy jest on wart wznoszenia go na ołtarze... Wydaje mi się, że nie...

czwartek, 27 maja 2010

Pär Lindh and Björn Johansson – Bilbo


Oto kolejna muzyczna opowieść opiewająca twórczość J.R.R Tolkiena, tym razem o zabarwieniu progresywnym. Pär Lindh i Björn Johansson stworzyli album „Bilbo”, oparty na sławnej powieści angielskiego bajarza „Hobbit”. Muzycznie osadzili go tak, jak już wspomniałem wyżej, w muzyce progresywnej, ale oczywiście nie tylko. Twórczość Pär Lindha to symfoniczny prog rock i to właśnie tu znajdziemy. Do warstwy muzycznej dodano jeszcze motywy neoklasyczne i trochę folkowych i taki jest mniej więcej obraz stylu tego krążka. A co tak naprawdę w nim jest ? Dobre pytanie, na które spróbuje odpowiedzieć.
Płytkę rozpoczyna utwór „The Shire”. Pojawia się niewinnie śpiewem ptaków, po czym dołącza do nich obój z pięknym, melodyjnym wdziękiem. Dalej mamy delikatne smyczki, fortepian i inne... To numer instrumentalny, jak większość tutaj. Ciekawostką płyty są rożnego rodzaju motywy dźwiękowe, takie jak odgłos śpiewu ptaków w „The Shire”, odgłos pukania Gandalfa w drzwi Bilba w „Gandalf the Magician”, czy odgłosy burzy i upadek pierścienia w „The Dark Cave”.
Kawałki wokalne śpiewa Magdalena Hagberg i muszę przyznać, że czyni to przepięknie. W „Song of the Dwarfs” wtóruje jej flet i werbel, dzięki czemu cała ta kompozycja ma charakter marszowy, ale też i lekko liryczny. W „Rivendell” zaś Magdalena wyśpiewuje piosnkę elfów z kolorową lekkością, co brzmi niczym śpiew dziecka, oczywiście w tej pozytywnej materii. W nim to po raz pierwszy słyszymy gitarę elektryczną. Björn Johansson swoją grą niekiedy przypomina wyczyny Mike Oldfielda. Obydwaj używają podobnych patentów, co najbardziej słychać w „Running Towards the Light”. To mój ulubiony fragment tego albumu. Do tych naprawdę ciekawych dodam jeszcze dwa kawałki. Pierwszy „Mirkwood Suite”, jak sam tytuł wskazuje to suita ponad jedenastominutowa, oraz drugi „Smaug”, najbardziej dramatyczny kawał muzyki tego wydawnictwa, ale to nic dziwnego, w końcu jest to kompozycja o smoku.
Mógłbym opisywać i opisywać każdy z piętnastu kawałków tej płyty, ale nie miałoby to większego sensu. W tej muzyce napakowane jest tak wiele, że słowa to za mało. Trzeba to po prostu usłyszeć, a polecam to każdemu. To wybitne dzieło!

niedziela, 23 maja 2010

Sacrifice - Crest of Black


Powinniśmy się cieszyć, bo thrash metal od ładnych paru lat odradza się, a my żyjemy w tych czasach. Tylko dlaczego za każdym razem, kiedy sięgam po kolejne albumy tych nowych thrashowych kapel, odczuwam niedosyt ? Jeszcze nie natknąłem się na taką płytkę, dzięki której mógłbym zwariować choć na chwilę, szalejąc po mieszkaniu w rytm jej dźwięków. Nie ma... za to jest cała masa chłamu!
Właśnie dlatego zapragnąłem sięgnąć po coś starego, po coś, czego jeszcze nie znam. Scena japońska zawsze była dla mnie enigmą, coś tam znałem, ale to „coś” był malutkim tylko procentem tego, co tam się działo. Tak to trafiłem na grupę prosto z Tokyo o nazwie Sacrifice i ich pierwszy album „Crest of Black”.
Od pierwszego przesłuchania wiedziałem, że właśnie tego mi brakowało. Zbasowane brzmienie, ciężkie, rzężące gitary. Niby wszystko to można znaleźć teraz, ale jednak Sacrifice, choć wtedy kompletnie nieznany w Europie, teraz swoim debiutem bije wszystkie nowoczesne kapele wykonywające ten styl.
„Crest of Black” wyszedł w 1987 roku. Płytka ta zawiera dziewięć kompozycji inspirowanych takimi kapelami jak Venom i Bathory, ale nie tylko, gdyż słychać w nich też wpływy kapel ruchu NWOBHM. Całość trwa lekko ponad 40 minut, czyli standardowo, ani za długo, ani za krótko.
Krążek rozpoczyna subtelna kołysanka, która po paru sekundach zamienia się w szum. W tła dobiegają odgłosy Akira Sugiuchi – wokalisty grupy. Znów po paru sekundach zmiana, tym razem wchodzi ciężki walcowaty riff i roznosi swą siłą wszystko, co napotyka na drodze. Kiedy wchodzi sekcja rytmiczna, tempo nieco przyspiesza i utrzymuje się na jednym poziomie już do końca. Numer ten nosi nazwę „Friday Nightmare”.
Jak to bywa z tego typu wydawnictwami wokal jest nieco niezrozumiały, ale teksty są po angielsku. Thrash po japońsku to nie za dobry wybór i Sacrifice o tym wiedzieli. Reszta kompozycji (oprócz „Illusory scene”, gdyż to instrumentalna miniatura) jest mniej lub bardziej taka sama jak ta pierwsza, co wcale nie jest minusem. W przypadku takich płyt jest to jak najbardziej plus, gdyż jest to równe granie, kopiące w krocze, prące do przodu. I tak ma być!
To pozycja, dla old schoolowców, kochających tamte lata i ten styl.

sobota, 22 maja 2010

Hesperus Dimension - The Cyclothymic Panopticon


Industrial black metal to niezbyt popularny styl w naszym kraju. Istniejące kapele, które parają się tym stylem w Polsce można by policzyć na palcach jednej ręki. Jednakże Hesperus Dimension wyróżnia się z tego małego grona profesjonalizmem i pewnym rozmachem, którego brakuje reszcie. Przykładem jest występ Fausta jako wokalisty na ich pierwszej Ep-ce. Ale to już przeszłość... dzisiejsza recenzja przedstawia ich drugi oficjalny materiał, również Ep-ke - „The Cyclothymic Panopticon”.
Została ona wypuszczona w 2008 roku przez Serpené Héli Music, a poprzedzał ją trailer. Taki chwyt nieczęsto się zdarza, szczerze, to był pierwszy zwiastun nadchodzącej płytki jaki widziałem. To też coś mówi o tej grupie. W skład jej wchodzą: Nahald, Marthrum i Maryś. Wszyscy muzycy wcześniej, jak i teraz udzielali się lub tworzyli inne projekty, co czyni Hesperus Dimension dojrzałym tworem. No ale do rzeczy...
„The Cyclothymic Panopticon” to sześć utworów, z czego jeden z nich to remix pierwszego numeru „The Axis of Diagram” - „The Diagram of an Axis (Remix by Adon)”. Mix ten kompletnie do mnie nie przemawia. Słychać w nim oczywiście partie z oryginału, ale wszystko opatrzone jest jednym wielkim szumem. Nie wiem, może naprawdę istnieją ludzie, których kręcą takie eksperymenty, ja jednak uważam, że to nic wartościowego. Ale wróćmy do numeru pierwszego...
W „The Axis of Diagram” najbardziej słychać wpływy takich kapel jak Thorns czy Aborym. Ale to nic dziwnego, w końcu to kultowe grupy tego gatunku. Jedynym wyróżniającym się czynnikiem jest użycie saksofonu na początku, jak i pod koniec numeru. Dzięki temu brzmi on z lekka awangardowo.
Tytułowa sztuka to trochę ponad minutę industrialnych dźwięków, jakby zaproszenie do przesłuchania reszty, przysłowiowe intro. Kolejny, czyli „Through Drowsy Daydreams (Where Is that Man that I Heard of)” jest już w stylu pierwszego i nic do tego nie dodam. Zostały jeszcze dwa, obydwa ponad dwu minutowe, przedstawiające Hesperus Dimension jako zespół, który może jeszcze zamieszać w światku tego gatunku.
Ep-ka ta opatrzona jest czytelnym brzmieniem, nawet automat perkusyjny nie razi, jak to często bywa w tego typu tworach. Wszystko jest na wysokim poziomie, choć nie zaskakuje. Jedno jest pewne, będę obserwował tą formacje i ich przyszłe wyczyny. Może jeszcze zaskoczą?

Pär Lindh Project - Mundus Incompertus


Niedawno to podniecałem się pierwszą płytą tej formacji, teraz przyszedł czas na drugą. „Mundus Incompertus” została wydana w 1997 roku i tak samo jak na poprzedniczce, Pär Lindh - główny kompozytor pokazał, że potrafi, jak nikt chyba w dzisiejszych czasach, naśladować wielkich tego stylu. Oczywiście twórczość Pär Lindh Project nie kończy się tylko na naśladownictwie, zespół ten to o wiele więcej.
Tym razem dostaliśmy trzy utwory, zamykające się w ponad czterdziestu minutach. Album otwiera piękna kompozycja „Baroque Impression No. 1”. Nazwanie tego kawałka barokowym, jak to uczynił twórca, jest strasznie ubogim określeniem. Oczywiście zgadzam się, że barokiem to tu śmierdzi na odległość, ale jak napisałem wyżej, to nie wszystko. To ponad dziewięć minut przepięknie dobranych dźwięków, które przedstawiają ww. okres muzyczny w świetle prog rocka XX wieku. Najlepszym przykładem tego jest perkusja, robiąca tutaj fenomenalna robotę.
Kolejną odsłoną „Mundus Incompertus” jest „The Crimson Shield”. To nieco odmienny od pierwszego numer. Tutaj muzyka jest raczej subtelną woalką, zaskakującą nas swoim wzorem, ale jednak dalej lekko opadającą na nasze uszy. Główną rolę odgrywa tu klawesyn i lekki kobiecy wokal, a obydwa te elementy spaja melotron, tworząc tło dla całości. Ta sztuka ma już raczej odcień renesansu, jej atmosfera jest dworska, ale raczej osobista niźli salonowa.
Trzecim i zarazem ostatnim jest utwór tytułowy - „Mundus Incompertus”. To ponad dwudziesto sześcio minutowa epicka przygoda z muzyką progresywną made by Pär Lindh Project. Pierwszoplanowym instrumentem, trzymającym i łączącym wszystko w jedną niesamowitą całość są klawisze, ograny, Hammondy, palce Pär Lindh'a. To on pcha całą resztę do przodu, on gra pierwsze skrzypce. Ale nie tylko, więc nadmienię jeszcze rewelacyjną grę gitary jako niezwykłość tej kompozycji. Resztę przesłuchajcie sami – warto!
Raz jeszcze zostałem oczarowany przez Pär Lindh Project, ale po poznaniu ich pierwszego dzieła, jakżeby mogło być inaczej. Trochę szkoda, że są tak mało znani w szerszym świecie. Niestety, tylko ludzie siedzący w tym światku pewnie ich kojarzą, a to straszne niedopatrzenie.

środa, 19 maja 2010

Hermh – Cold+Blood+Messiah


Jakoś nigdy nie zachwycałem się wydawnictwami Hermh. Zawsze uważałem ich za zespół tzw. drugiej ligi, starający się oczywiście o większe uznanie, ale jednak pozostający poza tymi większymi, którzy rządzili sceną. Gdzieś tam pod koniec 2008 r. usłyszałem, że ich ostatni, czwarty krążek, to największe dzieło w ich dyskografii, objawieniem na scenie symphonic black metalu w Polsce. Z zasady nie wierzę żadnym recenzjom, ale obiecałem sobie, że przesłucham ten album. Minęło sporo czasu od tamtej pory, ale w końcu do niego dotarłem.
Niestety, jak to w przeważającej części bywa, znów się zawiodłem. „Cold+Blood+Messiah”, bo tak to nazwano tą płytę, to dobry album, ale strasznie wtórny, z lekka nudny, w ogóle nie przyciągający. Po przesłuchaniu jego nic nie zostaje, wszystko po prostu przelatuje. Zgodzę się jednak, że to ich największe działo. Mystic Production - wydawca tegoż, odwalił kawał dobrej roboty, by opchnąć ten produkt. Okładka i cała wkłada są świetne, oprawa graficzna na wysokim poziomie, no ale nie kupuje się płyty dla fajnych obrazków, ale dla muzyki.
No właśnie, muzyka... Na „Cold+Blood+Messiah” mamy zlepek symphonic blacku, a inspiracje są aż nadto oczywiste. Nowa płyta Hemrh mogłaby być nazwana „Tam gdzie Emperor spotkał Dimmu Borgir” plus do tego typowe dla dzisiejszych zespołów ekstremy wstawki z bliskiego wschodu i średniowieczne chóry. Wszystko byłoby ładne i piękne, gdyby nie to, że nie ma do czego ucha przyłożyć. Aranżacje są monotonne, praktycznie takie same. Brak w tej muzie urozmaicenia.
Jedynie momenty są ciekawe. Początek „Eyes of the Blind Lamb”, refren „Sin is the Law”, miniatura instrumentalna „Gnosis”, a cała reszta niestety na kolana nie rzuca. Poza tym album ten jest krótki, niecałe czterdzieści minut muzyki, a to trochę mało. Może pomysłów nie było za wiele... Oczywiście całość jest opatrzona czytelnym brzmieniem Hertz'a, bo jakżeby inaczej. To zaczyna się robić już tak wtórne jak wtórne były brzmienia płyt wychodzących z Selani.
Dostaliśmy kolejny pięknie wydany średni krążek. Może następnym razem będzie lepiej, ale trzeba by poszukać inspiracji gdzieś indziej, a może stworzyć coś oryginalnego. Wtedy pewnie będzie o „niebo” lepiej.

Profanum - Musaeum Esotericum


Minęło już dziewięć lat. Dziewięć lat od wydania ostatniego albumu nieistniejącej już Zielonogórskiej grupy Profanum. „Musaeum Esotericum” - taką to nadali mu nazwę.. Z jednej strony szkoda, że duet Bastisa i Geryon'a zniknął z naszego padołu, gdyż odsłaniali przed nami niecodzienną wizję czarnego grania. Jednakże w porównaniu z resztą ich dyskografii, muszę stwierdzić, że ich ostatnie dzieło wychodzi trochę blado.
„Musaeum Esotericum”to dwa utwory, niecałe czterdzieści minut muzyki. To „Ecce Deliquium Lunae - Atri Misanthropiae Floris” i „Ecce Axis Mundi - Ars Magna Et Ultima”, obydwa osadzone mocno w muzyce neoklasycznej. Profanum wyrzekł się gitar, cięższego brzmienia, na rzecz klimatu symfonii, dark ambinetu. Ale nie tylko... W pierwszym numerze, ponad dwudziestominutowym, można znaleźć motywy ludowe, oczywiście skrzętnie ukryte w monumentalnych dźwiękach. Nie wiem, czy to przypadek, czy manewr całkiem świadomy, jedno jest pewne, Profanum nie był pierwszym, który by sięgał do muzyki ludowej. Wystarczy popatrzeć na działa Chopina. Oczywiście nie porównuje muzyki naszego wielkiego kompozytora do twórczości Profanum, jestem od tego daleki, ale pokazuję, że nie byliby pierwsi.
Jednakże to tylko mały minus, jeżeli w ogóle można nazwać to minusem. Większym jest użycie automatu perkusyjnego w obydwu kawałkach. Pytam się po co? „Musaeum...” przesiąknięte jest smyczkami, rożnego rodzaju symfonią i klawiszami, więc po co psuć tak ciekawie zarysowaną atmosferę czymś tak sztucznym jak automat? Dźwięki tego syntetycznego instrumentu są kompletnie niepotrzebne. To tak, jakby panowie chcieli na siłę wpleść jakiś black metalowy akcent w swoją muzykę.
Poza tym jest tu jeszcze jedna rzecz trochę odstająca, gryząca się z resztą, a mianowicie niektóre linie wokalne Bastisa. Kompletnie nieczytelne, przesterowane, sztuczne. Rozumiem, pewnie czarny klimat miał być ponad wszystko, ale brak w tym złotego środka. Lubię rozumieć przekaz artysty, a tutaj jest on niestety nieczytelny.
Dlatego też krążek ten zaliczę tylko do średnich, z ciekawymi elementami owszem, ale nie odsłaniający przed nami żadnego geniuszu.

środa, 12 maja 2010

Hey – Karma


Jakoś dziwne jest to, że dużo ludzi albo nie słucha, albo nie poważa polskiej muzyki. Sam nie jestem wielkim fanem polskiego grania, choć mam swoje ulubione typy. Zespół Hey był zawsze gdzieś obok, ani mnie nie ziębił, ani nie grzał, po prostu był. Teraz znam już kilka płyt i nie żałuje, że je poznałem, ale gdybym ich nie poznał, to bym dużo nie stracił…
Album, który mnie zaciekawił (ale oczywiście tylko troszeczkę) nosi nazwę „Karma”. To ich piąta płyta z 1997 roku. Po okładce z pacyfką i oczywiście po tytule spodziewałem się jakiegoś rocka psychodelicznego, albo chociaż jakiegoś hipisowskiego akcentu. Niestety, w tym albumie nic takiego nie ma (prawie). A co jest? Mamy tu mocny otwierający utwór „Zakochani”, z ciekawym tekstem, gdzie to Katarzyna Nosowska śpiewa o tych błądzących w obłokach ludziach trochę inaczej, niż się to zwykło czynić. Ciekawie, ale nie porywająco.
Przebojem tego krążka jest numer trzeci o nazwie „Katasza”. Śmieszny tekst, z lekka piosenkowe wykonanie, czyni ten numer bardzo chwytliwym i wpadającym w ucho. Ciekawą historię przedstawia balladka „O Podglądaniu”. Dzięki niemu słychać, że Kasia coraz bardziej odchodzi od rockowego śpiewania, że już nie do końca jej leży ten styl. Podobnie jest z inną wolną piosenką „O Suszeniu”.
Na albumie pojawia się też trochę nowych rytmów, a mianowicie w utworach „Że”, „Dosyć Poważnie” i „To Trzeba Lubić”. Jednak niczego nowego nie wnoszą do muzyki, po prostu to małe eksperymenty. Tak jak bywało na poprzednich krążkach Hey, tak też i tu kawałki anglojęzyczne są średniej jakości. Choć z lekka patrzę przychylnym okiem na „Saskias Life”, dzięki ciekawej aranżacji, to jednak nie czuć w nim większego polotu.
I został jeszcze kawałek tytułowy. (To właśnie jest to prawie). „Karma” z lekka posiada psychodeliczne dźwięki, transowy rytm i gdyby tylko go bardziej rozbudować, poszerzyć, upiększyć, może nawet wstawić ścieżkę wokalną to mogłoby coś z niego być. Tak jest on tylko końcem albumu, który szczerze mówiąc jest taki sobie.
Niby ambicje są, ale rzekłbym, że to raczej balansowanie między przebojowością, a chęcią tworzenia czegoś ambitnego. Cóż, pewnie od fanów bym oberwał, ale niestety tak czuję tą piątą płytkę Hey'a. Nic szczególnego...

Pär Lindh Project - Gothic Impressions


Słuchanie i pisanie o takich albumach jak „Gothic Impressions” grupy Pär Lindh Project to nie lada wyzwanie, z czego z tych dwóch najtrudniejsze jest pisanie. Muzyka tego typu, a projekt ten tworzy symfoniczny prog rock, jest krótko mówiąc nie do opisania, albo inaczej, można o niej pisać, ale ciężko zawrzeć cały jej sens na jednej stronie. O takich albumach można pisać eseje, a nawet i prace naukowe.
Ale do rzeczy... Krążek ten wyszedł w 1994 roku, ale słuchając go można mieć wrażenie, że wcale tak nie jest. Brzmienie jego bowiem przywodzi na myśl albumy, które powstawały w latach 70-tych. Ma w sobie ten sam klimat, a szczególnie słychać to w numerze „ Green Meadow Lands”, ale o nim później.
Płytę zaczyna nieco ponad dwuminutowe intro „Dresden Lamentation”. Mocno osadzone w muzyce kanonicznej, gdzie oczywiście pierwsze skrzypce grają organy. Niezauważenie przechodzi on w następny utwór o nazwie „The Iconoclast”. To wokalno-instrumentalna rockowo-barokowa kompozycja zdominowana przez organy kościelne i Hammonda. Piękny jest w nim manewr końcowy, kiedy to słyszymy finałowe apogeum, ale po chwili z ciszy wyłaniają się chóry, a zaraz po nich lekko kakofoniczne organowe prawdziwe zakończenie. Teraz wrócę do „Green Meadow Lands”. To sztuka napisana na modłę King Crimson z czasów „In the Court of the Crimson King”. Czuć w nim feeling tamtej płyty. Ale i tutaj Par Lindh demonstruje swoje niesamowite zdolności, krótkim organowym intro. A później cofamy się w czasie do początków, kiedy to muza progresywna tego typu dopiero powstawała. Lindh pokazał nam, że jeszcze można grać tak, jak kiedyś.
Zostały jeszcze trzy utwory, z czego kolejny „The Cathedral” to epicki kolos trwający prawie dwadzieścia minut. Inspiracje muzyką barokową, a w szczególności Bachem są oczywiste. Przez pierwszą cześć prowadzi nas wokalista, w atmosferę pełną ciemnych wieków, do chwili, gdy po czwartej minucie klimat nagle się zmienia. Wchodzą Hammondy, gitara, perkusja, a całość aranżacji nabiera z lekka skomplikowany wydźwięk. Oczywiście klimaty barokowe jeszcze wracają, bo przecież w „Katedrze” nie mogłoby być inaczej. Złożoność tej kompozycji, różnego rodzaju pasaże, solówki, jest tu tego tyle, ze zakończę jego opisywanie. To trzeba usłyszeć!
„Gunnlev's Round” to kompozycja oparta na średniowiecznych, wręcz trubadurskich pieśniach. Oparty jest on na klawesynie i pięknym kobiecym głosie. Ostatnią sztuką tego albumu jest przeróbka znanego poematu symfonicznego „Noc na Łysej Górze”, autorstwa Modesta Pietrowicza Musorgskiego. To znany w światku rocka progresywnego utwór, często przerabiany przez różne kapele. Pär Lindh uczynił to fenomenalnie, czyniąc z tego poematu kompletnie inny twór, jeszcze bardziej dramatyczny niż oryginał i nie będę się wynaturzał nad tym, jakie to jest. Jak napisałem wyżej – to trzeba przesłuchać i doświadczyć samemu.
„Gothic Impressions” to album dla wymagających. Dla tych, którzy poszukują muzyki, nie dla rozrywki, ale dla sztuki.

poniedziałek, 10 maja 2010

Relacja - Rotting Christ, Lost Soul, Crionics, Naumachia, Strandhogg – Bydgoszcz, Klub Estrada, 22.04.2010

Witam, dziś coś nowego na blogu, a mianowicie relacja z koncertu. zapraszam do czytania!


Dzięki wydaniu najnowszej płyty - „Aealo” Rotting Christ zawitał do naszego kraju na małą trasę. Planowano aż jedenaście koncertów, co jest nie lada gratką dla fanów tej formacji, z czego niestety cztery zostały odwołane. A tak na marginesie, to nie często zdarza się coś tak wielkiego, bo ile zagranicznych zespołów uczyniło coś podobnego w przeszłości? Odpowiedź na to pytanie zostawię na kiedy indziej, teraz zajmę się sprawozdaniem z jednego z występów tej greckiej grupy.
Dzięki uprzejmości sił wyższych miałem możliwości zobaczyć Rottingów w Bydgoszczy w klubie „Estrada”. To było moje pierwsze zetknięcie się z tym zespołem jak i z tym miejscem. Knajpka ta wypadła pozytywnie i jeżeli ktokolwiek z was będzie miał możliwości odwiedzenia jej w przyszłości na jakimkolwiek koncercie, polecam. Ostatnimi czasy występy metalowych zespołów w klubach polski to jedna wielka żenada, coraz rzadziej zdarza się, by nagłośnienie było w porządku, coraz częściej zaś, że wychodząc z jakiegoś tam koncerciku słyszymy przez pewien czas przeciągły pisk w uszach, przez to podzielamy los akustyka, który jest głuchy. No ale do rzeczy...
Wieczór otwierał występ poznańskiej grupy black metalowej Strandhogg. Znałem dobrze wcześniej wyczyny tych blackowców i mówiąc szczerze, czekałem na ich przedstawienie. Nie zawiodłem się. Było czarno, agresywnie, wręcz morderczo. Półgodzinny set w ich wykonaniu był klasycznym obrazem czarnej sztuki, bezprecedensowym kopem w krocze. I choć reakcja publiki nie była zbyt entuzjastyczna, gdyż ludzi szalejących pod sceną można by policzyć na palcach dwóch dłoni, to jednak nie zmienia faktu, że dali czadu. Poza tym grupa ta nadal jest mało znana w naszym małym kraiku, więc to naturalne.
Zaskoczeniem dla mnie był widok wokalisty, gdyż z tego co pamiętałem człowiek, który czynił wcześniej honory w Strandhogg był łysy, a tu widziałem pana w długich włosach. Po koncercie okazało się, że to nowy nabytek. Michal przyszedł z Carpe Octem, innej poznańskiej formacji i muszę przyznać, że wpasował się w Strandhogg całkowicie. Kawałki, jakie mogliśmy usłyszeć to głównie kompozycje z ich pierwszej płyty - „Ritualistic Plague (Evangelical Death Apotheosis)”, ale nie tylko. Jednym z nich był utwór z ich jeszcze nie nagranego wydawnictwa, które ma ukazać się pod koniec roku, będzie to EP-ka o tytule „In Eternal Fire” Poza tym, na sam koniec, dostaliśmy cover Slayera – Black Magic.
Po szybkiej wymianie sprzętu i małej próbie dźwięku, na scenę wkroczyli panowie z Naumachia. Występ ich był najgorszym ze wszystkich tego wieczoru, co było widoczne w reakcji widowni. Wszyscy stali od sceny w odległości trzech metrów, tylko patrząc i słuchając ściany dźwięku z której co jakiś czas wydostawały się jakieś czytelne nuty. Można powiedzieć jedno, że proporcjonalność bawiących się ludzi jest wprost proporcjonalna do jakości zespołu. Niestety spektakl w ich wykonaniu był książkowym przykładem spartolonej akustyki. Wszystko było za głośno. Dziwi najbardziej to, że poprzedzający Naumachie, Strandhogg brzmiał znakomicie. Nie mam nic więcej do dodania, no chyba, że jedną rzecz... Naumachia musi znaleźć kogoś, kto profesjonalnie będzie nagłaśniał ich występy, bo jeżeli ten show nie był błędem w sztuce, to raczej nigdy nie zostaną dobrze przyjęci przez ludzi.
Następnym suportem miał być krakowski Crionics. Chwilowa przerwa techniczna pokazała nam panów, których mieliśmy za chwile zobaczyć w akcji. Szczególną uwagę przykuła osoba Rafała "Brovara" Brauera, basisty tegoż bandu. Wszystko dzięki twarzy całej pokrytej białym pyłem. W połączeniu z jego blond włosami facet wyglądał jak śmierć.
Przerwa był krótka i to się im chwali. Pierwsze spostrzeżenia z ich występu to to, że panowie zachowują się jak prawdziwe gwiazdy, co nie jest złe, gdyż technika i profesjonalizm wylewała się z każdego ich ruchu. Widać, że Crionics ma wyznaczony cel i dąży do niego wszelkimi możliwymi sposobami.
Materiał przedstawiony przez nich to numery z ich ostatniej płyty, plus dwa utwory z ich najnowszej, jeszcze nie wydanej EP-ki „N.O.I.R.”. Pierwszym był „Scapegoat (Welcome to Necropolis)” a drugim był kończący cały set cover Immortal - „Blashyrk (Mighty Ravendark)”.
Przez cały ich występ, najbardziej widocznym człowiekiem zespołu był perkusista, który dwoił się i troił, by pokazać, że stać go na zajebistą grę. Był to gość specjalny, niejaki James Stewart, który dołączył do Crionics na tę trasę. Powodem była druga praca Pawła Jaroszewicza, a mianowicie inny zespół. Paweł razem z Vader w tym samym czasie był w USA na trasie dwudziestopięciolecia Overkill. Dobre wrażenie zrobił również frontman. Przemyslaw "Quazarre" Olbryt dodał do muzyki Crionics normalne wokalizy i choć słabo było słychać jego ekscesy, to jednak to, co dolatywało do moich uszu było bardzo ciekawe. Publika pożegnała ich wielkimi brawami, choć nie specjalnie smutnymi, gdyż następnym zespołem, który miał nas zaszczycić swoją obecnością miał być wrocławski Lost Soul.
Po ich ostatniej płytce, która zamieszała trochę na naszej biało-czerwonej polskiej szachownicy, każdy był ciekaw, jak nowy materiał sprzeda się na koncertach. Tak samo jak w przypadku Crionics nie trzeba było długo czekać na Jacka i spółkę. Grecki z nowym składem zaczęli od pierwszego utworu z „Immerse in Infinity”, czyli od „Revival”. Nie by to oczywiście jedyny kawałek z tego krążka. Usłyszeliśmy jeszcze „216”, „Breath of Nibiru” i „...if the Dead Can Speak”. Na tym ostatnim tłumy szalały, kawałek rządzi na koncertach. Miejmy nadzieje, że w przyszłości Lost Soul pójdzie jeszcze bardziej w tym kierunku. Poza tymi usłyszeliśmy jeszcze dwa kawałki, jeden pochodził z pierwszego dema, a drugi z płyty „Chaostream”.
Death metalowa masakra, tak można podsumować ich występ. Choć sam nigdy nie byłem wielkim fanem tego bandu, to jednak z czystym sercem mogę powiedzieć, że Lost Soul królują na scenie. Ale jak to bywa w życiu, to co dobre, szybko się kończy i Wrocławianie zeszli z desek sceny. Nadchodził czas na gwiazdę wieczoru...
Rotting Christ od pierwszy taktów wywołał chaos latających ciał pod sceną Estrady. Ogólnie rzecz biorąc, utwory, jakie zaprezentowali, to w przerażającej większości kawałki z ich ostatniej płyty „Aealo”. Między innymi usłyszeliśmy „Eon Aenaos”, „Demonon”, „VrosisNoctis Era”. Ale pojawiły się też kompozycje z trzech poprzednich albumów. Najlepiej przyjętym był „In Domine Sathana”. Na nim publika oszalała doszczętnie, skandując razem z Sakisem refren. Las rąk, krzyki dziesiątek gardeł, zapach potu i ogólny chaos. Tak to wyglądało w oczach obserwatora.
Zabawa była przednia, piwo lało się strumieniami do gardeł obserwatorów, jak i również na ich ubrania. Sakis poruszał publicznością, zachęcając wszystkich do wspólnych harców pod sceną, ale nie było to potrzebne, starczyła muzyka. To ona wydobywała z polskich fanów Rotting energię, która mogłaby napędzić niejedną wielką maszynę.
Rotting Christ jako jedyni bisowali. Inne kapele z podziwu godną dyscypliną schodzili ze sceny, robiąc miejsce na gwiazdę wieczoru. Show był niesamowity i jestem pewien, że jeżeli Grecy zawitają jeszcze kiedyś do naszego kraju, pojadę ich zobaczyć. Wam radze zrobić to samo, gdyż to kapela warta zobaczenia.

niedziela, 9 maja 2010

Al Di Meola - Elegant Gipsy


Kiedy pierwszy raz usłyszałem początek tej płyty, czyli utwór „Flight Over Rio” pomyślałem, że ktoś tu z kogoś zrzyna… Początek jest troszkę podobny do głównego tematu z pierwszej płyty Mike'a Oldfielda - „Tubular Bells”. Ale wydaje mi się, że to czysty przypadek. Przecież to Al Di Meola, jeden z największych wirtuozów zarówno gitary elektrycznej jak i akustycznej, a płyta ta to jedna z najmocniejszych pozycji w historii gitarowego jazzu.
„Elegant Gipsy” to drugi krążek w solowej dyskografii tego artysty. Wyszedł rok po debiucie, który został przyjęty z wielkim entuzjazmem, za to jego następca jaki i muzyk, został obsypany nagrodami za „Najlepsze LP dla jazzowej gitary” i “Najlepszego gitarzysty roku 1977”. I nic dziwnego...
Zawartość tego albumu to trochę ponad trzydzieści siedem minut muzyki, zamykającej się w sześciu instrumentalnych podróżach po krainach jazz fusion i rocka. Ale to nie wszystko... Al eksperymentując trochę z brzmieniem tej płyty, dodał to niej rytmy latynoskie oraz gitarowe flamenco. W tym pomógł mu jeden z najsłynniejszych gitarzystów tej sztuki - Paco de Lucía. W utworze „Mediterranean Sundance” słyszymy akustyczny popisy tego duetu. Piękne, liryczne harmonie dźwięków, ozdobione szybkimi popisami Di Meoli oraz grą palców Paco. Wszystko to stwarza złudzenie pięknego latynoskiego pejzażu. Obaj artyści są w tym numerze niczym malarze dźwięku.
Z zasady rzadko słucham muzyki instrumentalnej, zawsze brakuje mi w niej wokalu, ale z „Elegant Gipsy” jest inaczej. W tej muzyce nie ma miejsca na wokal, przestrzeń jest zapełniona do granic możliwości. W kawałku „Midnight Tango” można się zakochać od pierwszego przesłuchania (jak i oczywiście w całej reszcie). To po prostu niesamowity pokaz technicznych umiejętności, lecz nie tylko, to wydawnictwo przyciąga. Poza tym wszystkim, to krążek ten powinien być elementarzem dla gitarzystów. Niejeden pewnie połamałby sobie na niej palce
Podsumowując uważam, że to album dla każdego. Jeżeli szukasz dobrej muzyki, lubisz progres rock, jazz fusion, latynoskie rytmy, a nawet mocne uderzenie (a takim jest „Race With Devil on Spanish Highway”), to nie szukaj dalej. Już znalazłeś. Ta muzyka płynie...

czwartek, 6 maja 2010

Masachist - Death March Fury


Osobiście to z zasady już od paru lat omijam szerokim łukiem kapele, które twierdzą, że grają death metal w najczystszej postaci. Im któraś bardziej krzyczy, tym bardziej jest to pożal się boże projekt, nieudolnie próbujący stworzyć coś śmiercionośnego. Może jestem spaczony i kocham oldschool, może... Ale to nie wyjaśnia jednej rzeczy, dlaczego przerażająca większość nowych death maszyn jest tak cholernie podobna do siebie? Wtórność zabija ten styl, ale widać nikomu to nie przeszkadza...
Dobra, chyba lekko przesadziłem z tym wstępem, choć wydaje mi się, że nie. Po prostu wnerwia mnie jak słyszę coraz to nowe twory, które niczego nowego nie wnoszą, tylko raz lepiej, raz gorzej kopiują stare patenty. A jak to ma się do naszego nowego polskiego tworu Masachist? Spróbuję wam niżej o tym trochę powiedzieć.
Projekt ten powstał z inicjatywy dwóch muzyków, znanych pod pseudonimami: Trufel i Daray, a było to w roku 2005. Pierwszy to były gitarzysta Yattering, a drugiego chyba nie muszę przedstawiać. Poza tym w składzie znalazły się takie osobistości polskiej sceny jak Sauron (ex Decapitated), Heinrich (Vesania) i Aro (Shadows Land)
Debiutancka płyta tego dream teamu wyszła rok temu, a nadano jej nazwę - „Death March Fury”. Ogólnie mówiąc to trochę ponad dwadzieścia sześć minut muzyki zamkniętej w dziewięciu kawałkach, czyli logicznie rzecz ujmując, album ten to cholernie szybka jazda. Oczywiście jest wyjątek, jak to zawsze bywa. Na tym krążku nazywa się on „Appearance of the Worm” i jest najdłuższą kompozycją, sięgającą strukturą do starych dobrych czasów śmierć metalu. Czyli mamy tu walcowate riffy, trochę średnich temp, wspaniałe szarże na dwie stopy i wszystkie inne tego typu cudowne rzeczy, które kręcą fanów gatunku. Niby dobrze się go słucha i kopie, ale jednak nie ma w nim za dużo energii. Jakoś nadal siedzę...
W czasie nagrań pojawił się gość specjalny. Ross Dolan z Immolation dodał swój wokal do utworu „Open the Wounds”. Oczywiście słychać go, ale tylko miejscami, zupełnie, jakby poskąpili mu czasu. Ross, jak wszyscy wiemy, posiada najbardziej wyrazistych growl w death metalu i tak się złożyło, że zgodził się wystąpić na albumie Masachist, kompletnie nie znanej kapeli z Polski, a oni pozwolili mu tylko na parę słów. Jak tak można panowie? Poza tym numer ten jakoś się nie wybija na tle reszty...
A co do reszty... To nie jest źle, ale do dobrze jest mu daleko. Pomysły są, ciekawe zagrywki wylewają się tonami, ale jakoś nie powalają na kolana. Oczywiście usłyszycie tu prawie nieustające blasty, ale nie są one zbyt nachalne i nawet wyważone. Brzmienie dopracowane, przestrzenne, brutalne. I jak to bywa w nowoczesnym death metalu jest cholernie technicznie. Jednak nadal brak w tym ładunku energii, zmiatającego mnie z siedzenia.
„Death March Fury” oczywiście posłuchać można, ale jeżeli ktoś będzie chciał sobie odpuścić, to nic nie straci. Album jak najbardziej przeciętny, bez zbędnych rewolucji.

Editors - In This Light And On This Evening


Po przesłuchaniu pierwszych dwóch pozycji tego zespołu z czystym sumieniem położyłem na nich krzyżyk... Los jednak wybrał inaczej. Sięgnąłem po ich trzecie dziecko o tajemniczym tytule „In This Light And On This Evening” i doznałem olśnienia. Po raz pierwszy słuchając tego zespołu poczułem to, co czuje się słuchając czegoś naprawdę dobrego. Dreszczyk na skórze...
Od samego początku, czyli od tytułowego utworu słychać, że grupa ewoluowała. Położono na szali wierność starych fanów i stworzono coś zupełnie innego. Po pierwsze brzmienie... Kiedyś nie odstawało ono od soundu typowych brytyjskich bandów grających ten styl. Teraz stało się ono bardziej surowe, cięższe, może nawet mroczne, ale tylko miejscami. Po drugie klawisze... Nadały muzyce Editors przestrzeni, ich piosenki stały się przez to jeszcze bardziej klimatyczne. Te dwa aspekty sprawiły, że formacja ta zmieniła trochę styl gry. Nie jest to już gatunek „oby tylko sprzedać jak najwięcej płyt a’la Coldplay”, tylko przemyślany synthpop post-punk z naciskiem na klimaty lat 80-tych.
Transformację tą Editorsi zawdzięczają Markowi Ellisowi aka Flood. On to produkował ten album i to on jest odpowiedzialny za wszystkie te upiększenia. Ale sam pomysł wyszedł od członków zespołu, a mianowicie od Toma Smitha. No ale wróćmy do muzyki...
Pierwszym singlem tego wydawnictwa był najbardziej wyróżniający się numer - „Papillon”. To utwór klimatycznie osadzony w latach 80-tych, a wszystko przez atmosferę klawiszy i beat. Numer ten mógłby być grany z wielkim powodzeniem na dyskotekach tamtych lat. Gwarantuję, że wtopiłby się wspaniale. „Papillon” to trzecia pozycja tego krążka, ale pierwsze dwie są równie ciekawe. W pierwszym „In This Light And On This Evening” klawisze hipnotyzują i jednocześnie wprowadzają w stan oczekiwania. Tutaj po raz pierwszy ukazuje się nowa potęga Editors, tutaj usłyszycie ich nową moc.
Drugi, czyli „Bricks and Mortar” zmienia nieco nastrój. To kompozycja osadzona w post-punkowej strukturze, tylko nieco odrestaurowanej, a nawet może odkrytej na nowo. Łezka się kręci przy jego dźwiękach, gdyż to przykład tego, że jednak jeszcze ktoś potrafi przywołać duchy starych czasów. To najlepsza pozycja tej płyty.
Oczywiście reszta, czyli cała dziewiątka jest równie dobra. To niezaprzeczalnie najlepsze dzieło Editors i krok ku nowym przestrzeniom, które, mam nadzieję, będą nadal przez nich eksplorowane. W końcu zespół ten zaczął „być”, udało im się stworzyć coś naprawdę wartościowego.

niedziela, 2 maja 2010

Enslaved - Mardraum - Beyond The Within


„Mardraum - Beyond The Within” rozpoczął nowy rozdział w historii Enslaved. Praktycznie, jest to ich piąta płyta, lecz dla mnie jest ona pierwszą. Od tego momentu zespół ten jest wart poznania. Wcześniej po prostu „był”.
Gdybym był (a przecież jestem) dociekliwym kolesiem, mógłbym rzec, że album ten jest połączeniem starego grania, z nową wizją. Pierwsze sześć numerów to granie bardziej eksperymentalne, reszta wiadomo – już trochę mniej. Oczywiście to wszystko traktujcie z przymrużeniem oka, gdyż rzecz jasna są wyjątki.
Krążek ten zawładną mną od pierwszego przesłuchania. „Større enn Tid - Tyngre enn Natt”, otwierający numer, posiada początek tak czadowy, że ilekroć go słucham, mam ochotę zamiatać podłogę swymi włosami. Po prostu cudo! To najdłuższa kompozycja, jednocześnie też najbardziej rozbudowana, ale posiadająca niestety minus, wiążący się z produkcją, która jest fatalna. Ktoś tu odwalił kichę i to tyczy się całości wydawnictwa.
Prawdziwie zwiastującym zmianę w ich graniu jest walcowaty utwór o tytule „Entrance-Escape”. Słychać w nim wpływy, jakim w późniejszych czasach panowie z Enslaved będę się poddawać. Inspiracje rockiem progresywnym, czyste wokalizy, gitary akustyczne, czytelniejsze brzmienie, to wszystko miało nadejść. A „Entrance...” jest tego znakiem.
Przejrzystość riffów, to kolejna droga ku nowym krainom dźwięków Enslaved. Rozmyte gitary, selektywna sekcja, więcej jazd na dwie stopy, rzadsze używanie blastów. To można spotkać po części już w kolejnym numerze. „Ormgard” to prawie klasyk viking/blacku z mocarnym wejściem. Dźwięki gitary przedostają się do naszego ucha jakby zza ściany, gdzie w starym radiu płynie muzyka Enslaved. Jednak po chwili wszystko szybko się klaruje i wraz z tą czystością wchodzi Grutle Kjellson, growlującym wyziewem. To tylko niektóre przykłady, resztę koniecznie przesłuchajcie sami. Oczywiście, jeżeli jeszcze tego nie znacie.
Mardraum po norwesku oznacza koszmar. Nie wiem, dlaczego wybrano ten wyraz na nazwę tego albumu, ale jedno jest pewne, krążek ten, jeżeli tylko mu na to pozwolicie, będzie ścierał sen z waszych powiek. A wiadomo, co dzieje się z człowiekiem, który nie może spać. Jego życie to koszmar... Jednak daleki jestem od nazwania „Mardraum” koszmarem, to raczej kontemplacja jednego z najczarniejszych gatunków muzyki.

środa, 28 kwietnia 2010

Hey – Ho!


Zawsze omijałem szerokim łukiem twórczość tej szczecińskiej kapeli. Oczywiście znałem ich dokonania, ale tylko w małym, dostępnym dzięki mediom stopniu i nic ponadto. Znałem też coś innego... fanów Hey, którzy wychwalali ten zespół pod niebiosa, koronując go na najlepszą polską grupa rockową. Cóż, że z zasady nikomu nie wierze, musiałem sam się przekonać, co w tym siedzi.
Tak też sięgnąłem (totalnie losowo) po ich drugi dzieło o tytule „Ho!”. Niestety nadal nie rozumiem fenomenu ich wielkości. Krążek ten, uważany za jeden z ich najlepszych wyczynów w całej dyskografii, nie za bardzo na mnie działa. Powodem tego są wpływy. Nie da się ukryć, że Hey tamtego okresu ciągnął kilogramami z amerykańskich formacji grających grunge. Najwięcej słychać tu Nirvany, ale nie tylko. Oczywiście najbardziej słyszalne jest to w utworach angielskojęzycznych, one też mają najmniejszą siłę przebicia. Nigdy nie zrozumiem, po co śpiewać taką muzykę po polsku, no ale to już nie moja broszka. Pomimo tego, dwa z nich są jednak nawet ciekawe. Wpadający w ucho dzięki refrenowi „Have A Nice Day” i zmanierowany „Is It Strange”
No, ale do rzeczy. Pierwszym konkretem tej płyty jest utwór „Ja sowa”. Zwraca na siebie uwagę, dzięki lirykom. Kasia Nosowska znana jest z niebagatelnych tekstów, pełnych głębi i metafor. Ten oprócz melancholijnego klimatu balladki, posiada również tekst na przyzwoitym poziomie. Oczywiście docenię też piosenkę „Misie”, choć nie do końca rozumiem jej kultu. Pewny jestem za to tego, że pewnie na żywo jest z niego mocna petarda. No i oczywiście nie kwestionowanym, najmocniejszym punktem całego albumu jest jego zakończenie, czyli „Ho”. To taki kontynuator kawałka z ich pierwszej płyty o nazwie „Moja i twoja nadzieja”. Może nie jest on skonstruowany z takim samym rozmachem jak ww, ale jednak daje radę i to bardzo dobrze. „Ho” przegrywa tylko przez jedną rzecz, liryki.
Polski grunge. Cóż... Nic dodać, nic ująć. Album ten, według mnie nie dorównał debiutowi, pójdę dalej i powiem, że nie wniósł nic tak arcyciekawego, by pamiętać go po wsze czasy. Jestem pewien, że niejedna osoba się ze mną nie zgodzi, ale co tam... Każdy ma swój punkt widzenia... tylko zważcie na jedno, u niektórych ten punkt jest szerszy, u innych węższy.

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Titus Tommy Gunn - La Peneratica Svavolya


Doczekaliśmy się! Tomasz „Titus” Pukacki zarzekał się już od dawna i w końcu dopiął swego, wydał pierwszą płytę swego solowego projektu Titus Tommy Gunn. Piętnastego grudnia 2009 roku wyszła na światło dzienne „La Peneratica Svavolya” i zamiast wstrząsnąć światkiem metalowym w naszym mały kraju, album ten przeszedł bez większego echa. Powód jest bardzo prosty, debiut tego Poznaniaka jest strasznie słabym tworem zresztą, sami poczytajcie o faktach.
Titus Tommy Gunn to klasyczne trio, gdzie niekiedy bas bierze na siebie działkę drugiej gitary. A co do gitary, to na tym krążku usłyszymy wyczyny Tomasza “Lemmy'ego” Olszewskiego, znanego z Creation of Death. Do składu Titus dokooptował jeszcze niejakiego Vikinga, który zasiadł za garami.
„La Peneratica Svavolya” to połączenie heavy rockandrollowych zagrywek z klimatem Motorhead. I nie ma się co dziwić, to było do przewidzenia. Każdy chyba zna podejście Titusa do muzyki Lemmy'ego Kilmistera. Tylko niestety coś nie wyszło... Muzyka z tego albumu nie porywa. Ale lećmy dalej.
Wśród dziesięciu kompozycji znajdziemy jeden cover utworu Lizy Minnelli - „The Singer”. Jak ktoś nie zna tej piosenki w oryginale, to nic nie straci, ten kto zna, nic nie zyska. Tak samo jak z większością aranżacji tego krążka, tak samo i ta jest nieciekawa. Jedynym, który nadaje się do czegokolwiek, jest kawałek otwierający, czyli „The Bitch Is (Still) Dead”. Zaczyna się on odgłosami drumli, po nich wchodzi naprawdę ciężki riff i gdyby takich na tym wydawnictwie było więcej, to mogłoby być ono uratowane. Niestety... Drumle możemy usłyszeć jeszcze w jednym numerze, czwartym z kolei „Scarass”
To pierwsza z trzech płyt, jakie prawdopodobnie usłyszymy pod szyldem Titus Tommy Gunn. Miejmy nadzieje, że Titus do następnych swych tworów podejdzie z większą pasją, gdyż nie wystarczy być tylko krzykaczem „kwasożłópów”, by wydać muzykę, która miała by porywać tłumy. Na razie dostaliśmy kupę marności, która przepadnie w historii polskiej muzyki. Trochę szkoda...

Editors - An End Has A Start


Anglia jest dziwnym krajem pod względem muzyki. Kiedy Brytyjczycy uprą się na jeden gatunek, to w trakcie trwania tej fazy powstają setki zespołów i prawie wszystkie grają tak samo. Po uważnym przesłuchaniu drugiego krążka grupy Editors - „An End Has A Start” niestety zostałem zmuszony zaliczyć ich do tej grupy bandów, które coś tam sobie tworzą, ale to „coś” nie odbiega od przeciętności.
Po niezłym, choć oczywiście mogło być lepiej, pierwszym ich albumie miałem nadzieje, że editorsi trochę się rozbudzą i porzucą ścieżkę komercji, obraną na „The Back Room”. Niestety.. Poszli dalej w tym samy kierunku i zawiedli całe moje oczekiwania, a muszę przyznać, że miałem nadzieje … Rozwiały się one przez dziesięć kompozycji ich drugiego krążka.
Wpływy, jakie było słychać na ich debiucie zostały zatarte. Nie czuć już tu ani grama Joy Division, a wpływy Interpol są tak mało wyczuwalne, że prawie niesłyszalne. Niektórzy pewnie powiedzą - „To dobrze, w końcu brzmią tak jak powinni, a nie jak inni”. Ok, to była by prawda, gdyby nie to, że muzyka z „An End Has A Start” jest cholernie wtórna, nudna, bez oznak najmniejszej oryginalności. Tak jak napisałem w recenzji jedynki, coraz bliżej im do komerchy Coldplay, niż do ambitnego, konkretnego grania. Ale to wybór każdego zespołu z osobna.
Dobra, zjechałem ich po całości, choć w sumie nigdy nie mam takiego zamiaru. Zawsze staram się dostrzec dobre strony w każdej muzyce. Tu też jest ich trochę, ale niestety mało, a ich jakość pozostawia wiele do życzenia. Przykładem czegoś ciekawego może być numer „The Weight of The World”, chyba najbardziej melancholijny, gdzie gitarka opowiada smutną historie ciężaru naszego życia. A najbardziej ciekawym z tych, których da się słuchać jest utwór „When Anger Shows”. Użyto w nim nawet podobnych patentów, jakie wcześniej zastosowała inna angielska formacja, a mianowicie Radiohead. Ale żebyśmy się zrozumieli, do tego, co robią Thom Yorke i spółka jest im cholernie daleko. Miło słucha się też „Escape The Nest”, jednego z szybszych kawałków, głównie przez wyczyny Chrisa Urbanowicza, to one przyciągają uwagę.
Cała reszta to muza, która wpada jednym uchem, a wypada drugim. Szkoda czasu na jej eksplorowanie. Przecież gdzieś tam czekają lepsze płyty, więc z absolutną odpowiedzialnością odradzam wam tą. Naprawdę szkoda czasu!

piątek, 23 kwietnia 2010

The Tolkien Ensemble - An Evening In Rivendell


Było to w 1997 roku, w dwa lata po sformowaniu The Tolkien Ensemble. Wtedy to po raz pierwszy świat usłyszał muzykę tych Duńczyków, a była to rzecz niecodzienna. Caspar Reiff (jeden z współzałożycieli) i spółka stworzyli niesamowite klasyczno-folkowe kompozycje do tekstów chyba najsłynniejszego pisarza XX wieku – J.R.R. Tolkiena.
Płyta „An Evening In Rivendell” zapoczątkowała dźwiękową historię, która rozrosła się późnij do trzech kolejnych albumów. Jakoś tak wyszło, że najpierw przedstawiłem wam ich drugie dzieło, ale teraz wracam do początku.
Debiut ten dzieli się, oczywiście nieformalnie, na mniej więcej trzy nie do końca równe części. Pierwsza z nich to piosenki hobbitów. Sielankowe, pełne wesołych i skocznych melodii, osadzonych głęboko w muzyce folkowej. W nich najczęściej usłyszymy brzmienie skrzypiec, akordeonu i oczywiście gitary. Przykładem tych utworów mogą być „There is an inn, a merry old inn...” lub „Sam's Rhyme of the Troll”. Lecz nie są to wszystkie tzw. „wesołe piosenki”, gdyż jest tu jeszcze jedna równie beztroska, a nie hobbitowa - „Tom Bombadil's Song, Hey dol! Merry dol!”. Chyba każdy fan „Władcy Pierścieni” zna postać Toma i wie, jak szczęśliwą był on istotą i taki jest mniej więcej ten numer.
Drugą częścią tego krążka są eflowe hymny, pełne piękna i smutku zarazem. W nich obok skrzypiec możemy usłyszeć harfę, kontrabas, wibrafon, marimbę, dzwoneczki i wiele, wiele innych instrumentów klasycznych. Do tego to w nich najczęściej usłyszymy najpiękniejsze głosy, tak jak w „Galadriel's Song of Eldamar, I sang of leaves...” lub „Elven Hymn to Elbereth Gilthoniel, Snow-white! Snow-white!”. W pierwszym Signe Asmussen, znana w Danii sopranistka śpiewa jako Galadriela o dalekich krainach Eldamaru, a w drugim Ole Jegindø Norup pięknym barytonem wciela się w postać Gildora, śpiewającego jeden z najpiękniejszych hymnów nieśmiertelnych elfów.
Do trzeciej części kompozycji tego krążka zaliczę wszystkie pozostałe utwory. A znalazły się w niej takie sztuki jak „Sam's Song in the Orc-tower” i „The Ent and the Ent-wife. Ten drugi to najbardziej minimalistyczna historia tego dzieła przypominająca trochę twórczość Claude'a Debussy.
Polecam te dźwięki każdemu, można się w nich lekko rozmarzyć, albo uczynić z nich wspaniałe tło do kolejnego przeczytania książek Tolkiena.

wtorek, 20 kwietnia 2010

Yeah Yeah Yeahs - Fever to Tell


Zespoły takiego typu mają swoje korzenie w kapelach, które powstawały w latach 60-tych. Był to wtedy tzw. garage rock, do którego należały takie grupy jak: The Standells, The Seeds itd. To jednak nie wszystko, gdyż źródłem był też inny styl, a mianowicie protopunk. Głównymi ikonami tego gatunku były The Stooges, nieco późniejszy już zespół The Fuzztones i inne. Większość tych kapel charakteryzowała jedna cecha, ich nazwy zaczynały się od przedrostka „The”. Pod koniec lat 90-tych ruch ten zaczął ponownie odżywać. Powstały takie już gwiazdy jak The White Strpies czy też The Strokes, ale nie tylko. W Nowym Yorku dokładnie w 2000 roku powstała kolejna formacja, która zapragnęła cofnąć się trochę do korzeni „garażowego grania”.
Yeah Yeah Yeahs liczy sobie trzech członków, są nimi wokalistka i pianistka Karen Orzołek (znana jako Karen O), gitarzysta i keyboardzista Nick Zinner oraz perkusista Brian Chase. Swój pierwszy długograj wydali trzy lata po powstaniu czyli w 2003 roku i nadali mu nazwę „Fever to Tell”. Jedenaście kompozycji, które znalazły się na tym wydawnictwie zamknęły się w niecałych czterdziestu minutach. Stylistycznie, oprócz tego, co napisałem wyżej, ich muzyka kręci się jeszcze wokół alternatywnego rocka i art punka
Brzmienie całości jest brudne, stylizowane na punkowe produkcje. To samo tyczy się wokalu. Tylko w niektórych momentach możemy usłyszeć prawdziwą, czystą barwę Karen O. Przykładem takiego utworu jest jedyna inna piosenka na całym krążku - „Maps”. Jednocześnie jest to najbardziej alternatywno-rockowa kompozycja w całym zamieszczonym tu materiale. Czytelna, świeża, z ciekawą melodią chwytająca słuchacza.
Cała reszta to już art punkowe łojenie, gdzie ciężko znaleźć coś naprawdę godnego uwagi. Ale jeżeli już miałbym coś wymienić, to może byłby to „Cold Light” i może jeszcze „Y Control”, ale to tylko przez to, że są bardziej wyraziste od pozostałych.
Ciekawostką muzyki Yeah Yeah Yeahs jest brak gitary basowej. Za to mamy tu klawisze, które wprowadzają słuchacza w lekko psychodeliczno-dyskotekowy klimat.
Ale co z tego? Płyta ta jest i pozostanie już na zawsze cholernie słabą. Nie rozumiem sławy, jaka się roztacza wokół tej formacji. Ale oni przecież są ze Stanów, tam sprzedać można wszystko. Nawet coś takiego jak „Fever to Tel”

Darkthrone - Soulside Journey


Początek lat dziewięćdziesiątych był dla death metalu najbardziej obfity. W tamtym okresie powstawały największe dzieła tego gatunku. Jednym z takich albumów, które odcisnęły się na psychice wiernych fanów śmierć metalu tamtych lat, była pierwsza płyta Darkthrone - „Soulside Journey”.
Pierwsza i jedyna... Niestety z powstaniem fali black metalu w Norwegii, Nocturno Culto i reszta zmieniła swój image na bardziej mroczny, transformacji uległa także ich muzyka. A wszystko przez jedną osobę... Ale to temat na inny czas.... Na razie skupię się na ich pierwszym długograju.
Era death metalu w Skandynawii zaczęła się w Szwecji i właśnie od tamtych, ale oczywiście nie tylko, gdyż protoplastami tej sceny są zespoły amerykańskie, czerpali swe inspiracje panowie z Darkthrone. Wtedy było ich jeszcze czterech... Już po brzmieniu można poznać, że ciągnęło ich ku ciemności i to najczarniejszej z czarnych. Z drugiej strony słuchać, kto jest realizatorem tych dźwięków. Grupa wybrała się do Szwecji by nagrać swoje pierwsze dziecko w Sunlight Studio. Tomas Skogsberg pozostawił ślad na kolejnym death albumie tamtych dni i jak to bywało na innych jego tworach, tak i tu zrobił to świetnie. Wracając jeszcze na chwile do brzmienia muszę dodać, że jest ono typowe, czyli mamy tu tzw. „brzęczącą piłę” - wizytówkę szwedzkiego death metalu. Materiał otwiera „Cromlech”, chyba najbardziej wyróżniający się utwór. Zaczyna się on riffem niesamowicie podobnym do jednego z numerów Death, poza tym mamy tu jazdy na dwie stopy, typowe dla old schoola tremola i solówki, które niestety w późniejszych czasach już raczej nie znajdowały miejsca w twórczości tej kapeli. Podobny jest kolejny „Sunrise Over Locus Mortis”, tylko w tym jest więcej zwolnień, prawie że doom riffów. W połączeniu z wokalem Teda, głębokim, wzbogaconym o pogłos brzmi to jakby dochodziło z cmentarnych czeluści, czyli kurewsko tak jak powinno! No i jest tu jeszcze jeden kawałek, który uderza mocno i nie pozostawia nikogo żywym, a mianowicie „Iconoclasm Sweeps Cappadocia”. To kolejna perełka tego wydawnictwa, mocna i porywająca, a cała reszta, choć nie zostanie opisana przez ze mnie, też jest bardzo dobra. Ta płyta nie ma słabych momentów.
Im bardziej zagłębiam się w te dźwięki, tym bardziej słyszę wpływy amerykańskiej ziemi. Trochę szkoda, że Darkthrone stał się innym Darkthrone. Po tym krążku jeszcze tylko dwa razy udało im się nagrać coś równie dobrego, a mowa o „Goatlord”, „prawdziwej” drugiej płycie i „A Blaze in the Northern Sky”. Wszystkie inne to marne substytuty, raz lepsze, raz gorsze.

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Lech Janerka – Bruhaha


Wyzwaniem jest opisać twórczość Lecha Janerki. Jego muzykę albo się kocha, albo nienawidzi, ale tylko z tego względu, że się jej najczęściej nie rozumie. To tyczy się najczęściej wcześniejszych jego wydawnictw. Sam nie uważam się na takiego, który rozumie wszystkie chwyty, teksty, piosenki stworzone przez tego Wrocławianina.
W dzisiejszej recenzji chciałbym się skupić na jego czwartym albumie wydanym w 1994 roku o nazwie „Bruhaha”. Znalazło się na nim czternaście kompozycji, które zamykają się w trochę ponad czterdziestu minutach. Muzycznie jest to jedna z najcięższych płyt, jakie udało mu się nagrać. Winę za to ponosi Wojciech Seweryn, który odpowiedzialny jest za większość riffów. Janerka przy tworzeniu materiału na ten krążek oddał trochę inicjatywy reszcie zespołu, dzięki czemu często i gęsto możemy usłyszeć na nim jazzrockowe improwizacje i wstawki. Utworem, który najlepiej oddaje fakt przekazania na chwilę pałeczki innym jest „Mój sztylecik w twoim sercu”. Muzykę do niego stworzył Artur Dominik - perkusista, który tak samo jak Wojciech Seweryn miał zapędy w stronę jazzowania. Wpływy te słychać również w kawałkach najbardziej znanych i lubianych przez fanów Janerki. Mowa tutaj o otwierającym „Kalafiorze”, który jest opisem rzeczywistości połowy lat 90-tych, jak i w „Ryba Lufa”, do którego stworzono teledysk.
Po eksperymentalnej płycie „Ur”, gdzie inspiracje Lecha poszły bardziej w stronę elektroniki, tak w „Bruhaha” mamy do czynienia z rockiem w najczystszej postaci made in Lech Janerka. Obok wpadających w ucho „W czapę”, „Tak Tylko Ty” czy też „Nagan” i „Lubią Nas”, mamy tu również trochę bardziej odjechane kompozycje. Do tych drugich można zaliczyć „Jualari (nie wolno zjadać innych ani chłeptać czyjejś krwi)”, „Nie mnij mnie” czy jeszcze „Zuza (i tak to wygląda)”. Właśnie przez te ostatnie, ale oczywiście nie tylko, Lecha Janerke można zaliczyć do kompozytorów alternatywnego rocka.
„Bruhaha”, choć przez fanów pozostanie niejednokrotnie niedoceniana, jest jednak kawałkiem niesamowicie wizjonerskiego podejścia do muzyki i mimo tego, że minęło już szesnaście lat, nadal pozostaje ona świeża.

sobota, 17 kwietnia 2010

Acid Drinkers - Verses Of Steel


Minęło chyba prawie dziesięć lat od czasu, kiedy ostatnio naprawdę zainteresowałem się płytą tej grupy. Niestety po odejściu ze składu Roberta "Litzy" Friedricha i wydaniu przez resztę albumu „Amazing Atomic Activity”, moje zainteresowanie tą formacją zmalało do poziomu totalnej ignorancji. Ale, jak to się mówi, czas leczy rany i po latach wróciłem, by sprawdzić jak tam Titus i spółka sobie poczynają.
Okazało się, że znów nastąpiły zmiany. Po Perle i Lipie teraz na stanowisku krzyczącego gitarzysty mamy Olassa z None (R.I.P.). Z nowym członkiem „Kwasożłopy” wypościli kolejny już, trzynasty (jeżeli liczyć „Fishdicka”) album. Szczerze mówiąc to podszedłem do niego z pewnego rodzaju rezerwą, gdyż jakoś nie wierzyłem, że kiedykolwiek uda im się pokonać ich wcześniejsze działa. Nie będę teraz wymieniał jakie, gdyż chyba każdy, kto choć trochę zna ich płyty wie, o czym mówię. Mimo tego, jak tylko usłyszałem pierwsze takty otwierającego numeru „Fuel of My Soul” zostałem zamurowany. Toż to riff, który już gdzieś słyszałem! Acid Drinkers rozpoczynają swój atak od lekko spreparowanego riffu Meshuggah z ep-ki „I”. Ale niestety tak elektryzujący jest tylko początek, później nie jest już tak zaskakująco.
Jedenaście kompozycji zawartych na „Verses of Steel” jest, krótko mówiąc, muzyczną pochwałą dla kultowych już kapel thrashowych lat 80-tych, ale nie tylko. Usłyszycie tu również nowe brzmienia, wzorujące się na takich kapelach jak np. Machine Head. Cóż tu dużo pisać, Acidzi wlali do gara starą dobrą młóckę, dodali do niej nowy groove metal i pochodne tegoż gatunku, a efekt końcowy to słuchane przez nas „Wersety ze Stali”.
Jestem pewien, że niejeden z was znajdzie w tym krążku sporo rzeczy, przy których będzie skakał, machał czupryną, ogólnie się nimi zachwyci. Ja niestety pokręcę nosem i stwierdzę, że przeciętna to płyta. Osobiście zaczyna się ona dla mnie z numerem „Meltdown of Sanctity”, gdzie w końcu poczułem jakieś cięższe uderzenie, jakieś konkretne riffy. Kolejny, zaraz po nim, trochę mnie zaskoczył, gdyż poczułem w nim klimaty z „High Proof Cosmic Milk”. W „We Died Before We Start to Live” czuć lekko klimat tamtych wspaniałych dla tego bandu lat. Do tych dwóch dorzucę jeszcze jeden, a mianowicie „Red Shining Fur”. Ten z kolei atakuje wpadającym od pierwszego przesłuchania groove refrenem i nawet jakbym chciał go nienawidzić, to po prostu się nie da.
Teraz po zaznajomieniu się z tym materiałem, może nie żałuje straconego czasu, bo jednak sentyment do tej kapeli nadal posiadam. Daleki jednak jestem, by pochlebnie się odnosić do ich dzieł. Szkoda... Może w przyszłości jeszcze nas zaskoczą. Czas pokaże...

środa, 14 kwietnia 2010

Trance Atlantic Air Waves - The Energy Of Sound


Trance Atlantic Air Waves to projekt powstały w 1997 roku z inicjatywy dwóch osób, a były to Michale Cretu i Jens Gad. Ten pierwszy znany jest ze swojego innego przedsięwzięcia o nazwie Enigma, drugi zaś to producent płytowy, głównie dance popowych krążków lat 80-tych. Na swoim koncie ma albumy takich gwiazd tego światka jak ww. Enigma, Sandra, Milli Vanilli, Fancy.
„The Energy of Sound” wyszła rok po założeniu projektu i pozostaje jedynym dziełem tych panów. Znajdziemy na niej dziesięć kompozycji, z czego tylko trzy są autorstwa Cretu/Gad, reszta to covery różnych wykonawców. Wszystko zaczyna przeróbka The Alan Parsons Project z płyty “Eve”, a mianowicie „Lucifer”. Niestety trochę krótszy od oryginału, raczej nie robi wrażenia. Następną przeróbką jest główny temat z filmu „Gliniarz z Beverly Hills”, a nosi on nazwę „Axel F”. Duet Cretu/Gad trochę odkurzył ten chyba znany przez każdego motyw muzyczny, ożywiając go trochę, dodając do niego żywy beat. Kolejnym motywem filmowym jest główny temat tym razem z serialu „Policjanci z Miami”. „Crockett's Theme” tak samo jak oryginał posiada także i tu piękny klimat, tylko tak samo jak to było z poprzednikiem, tak i ten został z lekka odrestaurowany.
Nie będę wam wymieniał wszystkich coverów tej płyty, ale dodam tylko, że znajdziecie tu numery takich ludzi jak: Jan Hammer, M. Hayef, Ecama, i Giorgio Moroder czy Vangelis. Tego ostatniego Cretu i Gad pozwolili sobie na wariacje utworu „Pulsar”. Jeżeli ktoś siedzi w tego typu muzyce to wie, o czym mówię. Dla tych, którzy nie wiedzą wyjaśniam, że „Pulsar” pochodzi z krążka o nazwie „Albedo 0.39” z 1976 i pozostaje do dziś jednym z najbardziej znanych numerów tego pana.
Jestem pewien, że projekt ten, jak i połączenie muzyki elektronicznej, dancowej i New Age nie każdemu przypadnie do gustu, dlatego też nie rozpisuję się na temat tego, jak to temu duetowi wyszły ich modyfikacje. Każdy zainteresowany niech sprawdzi to sam...

wtorek, 13 kwietnia 2010

Editors - The Back Room


Znów, dzięki rekomendacji, sięgnąłem po płytę brytyjskiego zespołu z nurtu indie rock. Editors to powstała w 2004 roku grupa z Birmingham a „The Back Room” to ich pierwszy oficjalny krążek. Zanim przesłuchałem ten materiał, słyszałem skądinąd o porównaniach ich twórczości do takich znakomitości jak Joy Division czy też Interpol. Zachęcony jeszcze bardziej zacząłem w końcu tego słuchać i trochę się zawiodłem...
Pierwszym utworem, który do mnie dotarł był numer „Fall”. W nim to najbardziej słychać wpływy Interpol, i choć nie jest to tak niesamowicie melancholijne, jak to potrafią czynić nowojorczycy, to coś w nim jest.
Po kilkudziesięciokrotnym przesłuchaniu całości utwierdziłem się w jednym - Editors mają swój własny styl, który może przypominać niektóre bandy. Uwalniając się więc od oczywistych inspiracji tej kapeli, stwierdziłem, że ich debiut, choć ciekawy, nie zasługuje na tak duże rozdmuchanie medialne, jak to miało miejsce w rzeczywistości.
Oprócz trzech kawałków, czyli ww. „Fall”, „Camera” i „Open Your Arms”, które jednocześnie są zwolnieniami tego albumu, cała reszta pod względem aranżacyjnym, jak i melodyjnym ma tylko jeden cel, a jest nim medialność. Nie twierdzę, że panom z Editors zależy na kasie, ale patrząc na konstrukcje poszczególnych utworów ciężko nie zauważyć, że chodziło tu o uderzenie w mało wybrednych słuchaczy. Gdybym musiał naprawdę porównywać wyczyny tego kwartetu to wrzuciłbym ich do jednej szufladki z Coldpaly, gdyż właśnie Editorsom bliżej do popu, niż do konkretnie ambitnego grania.
Może trochę za ostro ich traktuje, ale przecież teraz inaczej się nie da. Trzeba oddzielać wartościowe albumy od tych, które pomimo ciekawych pomysłów (tak jest w tym przypadku) są jednak słabe. „The Back Room” niczym nie zaskakuje, nie potrafi porwać, jego uczucia, choć niekiedy bardzo rozrysowane, były już eksplorowane przez innych, w lepszy sposób.

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

Tolkien Ensemble - A Night in Rivendell


Tolkien Ensemble to duńska grupa wykonująca muzykę do tekstów największego pisarza fantasy - J.R.R. Tolkiena. Zespół ten powstał w 1995 roku i od tamtego czasu wypuścił pod tą nazwą cztery płyty plus jeden „the best of...” Dzisiejsza recenzja będzie traktować o ich drugim dziele o nazwie „A Night in Rivendell”.
Muzykę tej formacji można zaklasyfikować jako połączenie muzyki klasycznej z folkiem, z bardzo dużym naciskiem na ten drugi gatunek. Album posiada dwanaście kompozycji, z czego cztery to lamenty. Pierwszym z nich jest „Lament of the Rohirrim”. Utwór ten oparty jest głównie na instrumentach smyczkowych, które tworzą piękne tło, a całość prowadzi gitara klasyczna i głęboki barytonowy wokal. Podobną strukturę posiada „Frodo's Lament for Gandalf”. Rozpoczyna się on od dźwięków płaczących skrzypiec, a dalej tak jak w poprzednim lekko płynie gitara klasyczna wraz z akordeonem. Zupełnie innym jest „Lament for Boromir”. W nim to solista wyśpiewuje historie sławnego rycerza Gondoru przy akompaniamencie fortepianu. To jedna z lepszych kompozycji na tym albumie, pełna pięknych klawiszowych pejzaży. Pięknym i jednocześnie niesamowicie smutnym jest ostatni lament. „Lament for Théoden” to chóralny utwór polifoniczny. Jednocześnie to najdłuższa sztuka wśród tuzina innych pieśni o Śródziemiu. Słuchając go możemy oczami wyobraźni zobaczyć kurhany królów Marchii i Rohimirrów, żegnających swego wielkiego władcę.
Jednak moim osobistym faworytem jest elficka pieśń „The Fall of Gil-galad”. Opiewa ona, jak sam tytuł wskazuje, upadek ostatniego wielkiego króla elfów Gil-galada. To smutna pieśń, w której w tle lekko mruczy kontrabas, wtóruje mu przy tym gitara i akordeon, a między momentami śpiewanymi wchodzi przepięknie smutny tin whistle, czyli irlandzka piszczałka. Ciekawostką jest jeszcze jeden utwór „Gollums Song/Riddle”. Povl Dissing wokalnie wcielił się tu w postać Golluma i zrobił to fenomenalnie, szepcąc i gulgocząc słynne zagadki w ciemności.
Dzieło to, jestem tego pewien, nie każdego zauroczy, ale ci, którzy zechcą poznać bliżej dźwięki Tolkien Ensemble, odpłyną w nich bez końca pewnie niejeden raz.

piątek, 9 kwietnia 2010

Warbringer - War Without End


Thrash metal powrócił zza grobu. To fakt. Od paru ładnych lat zewsząd atakują nas pozycje, które brzmieniowo i stylowo mogłyby być nagrane w latach 80-tych, kiedy to gatunek ten królował w świecie metalu. Przykładem tego thrash marszu jest amerykański zespół Warbringer. Kapela ta powstała w 2004 roku, a swój pierwszy długograj nagrała w cztery lata później. Debiut ten nazwano „War Without End”.
Zawartość tego krążka to jedenaście utworów zamykających się w niecałych czterdziestu minutach muzyki i od początku do końca słuchając tych dźwięków, słyszy się tylko jedno – wpływy. Niestety nie wiem, jak bardzo panowie z Newbury Park musieliby się postarać, by przerosnąć mistrzów, których usilnie kopiują, a słychać tego tu trochę... Mamy tu wczesną Metallice, Megadeth, Exodus, Slayer i Anthrax, itp., itd. … Nie jest to oczywistym grzechem, gdyż posiłkowanie się tymi gwiazdami thrashu ma swoje plusy, ale też minusy. Tutaj tym wielkim minusem jest nuda, która zakrada się po kilkukrotnym przesłuchaniu tego materiału. Jest to dobre, ale tylko na krótko.
Producentem tego albumu jest Bill Metoyer, legendarny już producent płyt takich zespołów jak Sacred Reich, Fatest Warning, Flotsam and Jetsam, Slayer i wielu, wielu innych. On to nadał temu wydawnictwu odpowiednie brzmienie i muszę przyznać, ze odwalił kawał dobrej roboty. Całość brzmi jakby miało ponad dwadzieścia lat.
Wszystkie kompozycje są niezwykle równe, co sprawia, że ciężko wskazać konkretnego faworyta. A jeżeli już miałbym to uczynić, to powiedziałbym, że „At The Crack Of Doom”, „Beneath The Waves” i „Instruments Of Torture” to numery, które mają może w sobie coś więcej od reszty.
Jest jeszcze coś, fundamentalna skaza nowej fali thrash metalu. Większość płyt nagranych przez te bandy ma spartoloną jedną rzecz, która łączy je wszystkie, a mianowicie jest to wokal. Jeszcze nie udało mi się znaleźć albumu z dobrym wokalistą - muza może być, ale wokal odpada. Tak samo jest tu. John Kevill wrzeszczy jak Tom Araya, który przeszedł terapię black metalem. Połączenie co najmniej ciężko strawne.
Mocny debiut, ale nie na tyle, by powalił na kolana...

Antichrisis - Cantara Anachoreta


Niekiedy nie wiem, po co sięgam po wydawnictwa tak mało znanych zespołów jak Antichrisis. Z góry można przypuszczać, że ich muzyka raczej nie będzie wysokich lotów, bo gdyby było inaczej, to byłoby o nich głośno. Ostatni swój albumu zespół ten wydał w 2001 roku, ale wszystkie informacje wskazują na to, że jeszcze kiedyś o nich usłyszymy. Na razie wrócę do ich początków...
„Cantara Anachoreta” - pierwsza ich płyta wyszła w dwa lata po powstaniu grupy, czyli w 1997 roku. Już od samego początku Sid (założyciel i główny kompozytor) częstuje nas krążkiem trwającym ponad siedemdziesiąt minut.
Pierwszą rzeczą, na jaką zwracam uwagę przed przesłuchaniem jest czas trwania wydawnictwa, a te siedemdziesiąt minut i znajomość twórczości tej formacji powiedziało mi dwie rzeczy. Po pierwsze - prawdopodobnie użyto tu dużo różnorodnych pomysłów, po drugie – ktoś tu jest bardzo ambitny.
Obydwa spostrzeżenia były trafne. Muzyka tutaj zawarta kręci się gdzieś wokoło gothicu, lekkiego metalu, folku w prawie każdej postaci. Przeczytałem gdzieś, że niektórzy słyszą tu też black metal. Dla mnie to totalne mrzonki. Z blackiem to ta muzyka może mieć coś wspólnego tylko dzięki wokalowi, kiedy to Sid zamienia swój gardłowy wokal na lekko skrzekliwy, a dopinguje go w tym Willowcat . Zagłębiając się w to bardziej, napiszę, że muzyka Antichrisis ma więcej wspólnego z rockiem lub z folk rockiem niż z metalem. Niektóre zagrywki w prawie każdym kawałku są ciężkie, ale w sumie to przecież sam fakt tego o niczym nie świadczy. Do tego wszystkiego można jeszcze dodać inspiracje world music, szczególnie we fragmencie utworu „The Endless Dance”.
Tak więc zagłębiając się w dźwięki tego krążka dostaniemy ciekawą mieszankę różnych gatunków i do tego coś jeszcze – klimat. Uczucia melancholii, smutku, piękna, bólu i wiele innych... i wszystko było by pięknie, lecz niestety tak nie jest. Pierwszym słyszalnym minusem jest brzmienie. Barwa każdego z instrumentów jest niedopracowana, jakby ktoś spieszył się z nagraniem i zrobił to byle jak. Nie wiem, czy jest to wina producenta, czy zespołu, który marny ma sprzęt, ale jasne jest to, że płyta przez to kuleje. Drugą rzeczą są kobiece wokale, używane stanowczo za często i zamiast mieszać je z męskimi, częściej są puszczone samopas. Tak jak w numerze „Goodbye To Jane”, który jest najsłabszym tutaj. Gdyby nie to, że trwa on prawie osiem minut, mógłbym napisać, że przypomina mi on dorobek naszego polskiego zespołu Wilki, tak zajeżdża on popem i ckliwymi melodiami.
Jak na debiut to słabo, choć mogło być o wiele gorzej. Dobre rozbudowanie kompozycji, ale niestety fatalne wykonanie. Na kolejnej płycie było lepiej, ale bardziej folkowo. Nic zostało mi więc nic innego, jak raczej odwieść wszystkich od marnowania czasu na ten album, tak jak ja to zrobiłem, choć pewnie znajdą się amatorzy i tego dania. Nikomu przecież niczego nie zabraniam.

czwartek, 1 kwietnia 2010

Moonspell – Wolfheart


To jedno z tych dzieł, dzięki którym nadal siedzę w tej muzyce. To dla mnie ważna pozycja w mojej edukacji metalem, ale faktem jest też, że zawsze nawet w najbardziej brutalnych jej odmianach szukałem klimatu, czegoś, co mnie poruszy.
Tutaj nie trzeba długo czekać. Już od pierwszych taktów „Wolfshade (A Werewolf Masquerade)” wiem, że mam do czynienia z czymś unikatowym. Atmosfera tego albumu krąży gdzieś w okolicy wampiryzmu i likantropii, do tego można wmieszać jeszcze erotyzm i uzyskamy iście finalną poezję.
Umiejętnie operowanie nastrojem, czyli to, kiedy przyłożyć trochę ciężej, kiedy wrzucić trochę skrzekliwych wokaliz, a subtelnymi wstawkami na syntezator, zwolnieniami i wokalem kobiecym, to właśnie geniusz „Wolfheart”.
Utwory tutaj zamieszczone łącza się razem w jedną wspaniałą całość, celebrując moce nocy. Atmosfera jest wymowna, wystarczy posłuchać instrumentalnego „Lua D'Inverno” by ujrzeć oczami wyobraźni ciemny las oświetlany blaskiem pełni księżyca. To, co przyciąga i sprawia, że wydawnictwo to jest unikatowe to wstawki folkowe. Przykładem jest „Trebraruna”. To pochwała pogańskiego bożka, wyśpiewana w starym średniowiecznym stylu portugalskich trubadurów. Jednak chyba najbardziej klimatyczną sztuką tego krążka jest utwór „Vampiria”. Nigdy później nie spotkałem się z tak pięknym muzycznym przedstawieniem wampiryzmu, nie wliczając do tego płyty Cradle of Filth - „Crualty and the Beast”
W innym utworze klimat przesycony jest erotyzmem, jak sam tytuł wskazuje „An Erotic Alchemy”. W nim to słyszymy rytmiczną wstawkę bardzo podobną do tej, która jest w „Vampiri”. Ten świadomy manewr spaja w jedno te kawałki, przecież tak odrębne od siebie. W nim to znajdziemy jeszcze w warstwie lirycznej króciutki tekst Markiza De Sade, a to chyba mówi już wszystko o tym numerze.
Na koniec mamy wielce energetyczny „Alma Mater”. Można powiedzieć, że to jest początek tzw. „Lustianian Metalu”. Ruch ten rozszerzył się teraz i jest już wiele zespołów grających ten typ muzyki metalowej.
W dzisiejszych czasach ciężko teraz znaleźć płyty, które mogłyby choć w połowie dorównać tejże. Minęło piętnaście lat i raczej już nie usłyszymy nic, co mogłoby z tym albumem konkurować. Istnieje oczywiście jedno ustępstwo od tego niepisanego prawa. Drugi album Moonspell, ten to przebił „Wolfheart” i wszystko inne. Ale to już inna historia...

Lost Soul - Immerse in Infinity


Już zaczyna mnie nudzić taka muzyka. Techniczna odmiana death metalu w wykonaniu wrocławskiego Lost Soul to nic innego, jak prawie że nieustająca maszyna produkująca blasty. Nawet ucieszyłem się, kiedy z tego obozu nie docierały żadne wieści przez te cztery lata. Nie zrozumcie mnie źle, ale po przesłuchaniu „Chaostream” miałem serdecznie dość tego zespołu, gdyż nie wniósł on niczego nowego do tego gatunku. No ale nadszedł rok 2009 i Lost Soul w całkiem nowym składzie, wypuścił swój kolejny krążek o nazwie „Immerse In Infinity”.
Kiedy usłyszałem pierwsze dwa utwory czyli „Revival” i „Personal Universe” myślałem, że nic się nie zmieniło. Nadal króluje szybkość. No, może konstrukcje tych kawałków są bardziej połamane, ale to nic w porównaniu z kapelami, które tak łamią zasady różnorakiej konstrukcji, że to, co usłyszałem tutaj kompletnie nie zrobiło na mnie wrażenia. Poza tym zmienił się trochę wokal Jacka Greckiego i teraz przypomina on wyczyny Petera z Vader.
Dopiero pierwszą konkretną zmianą był utwór trzeci. „...if the Dead Can Speak” to przemyślana kompozycja, przypominająca trochę dokonania Behemoth. Niektóre z riffów tutaj skomponowanych mają zabarwienie core'owe, a jeden jest uderzająco podobny do riffu kawałka Fear Factory. Klimat całego możemy zawdzięczać wpływowi nowoczesnego amerykańskiego grania, ale w porównaniu do tego, co Lost Soul tworzył kiedyś, to wcale nie wypada źle. Poza tym w tymże numerze pojawiła się ciekawa solówka. Nigdy wcześniej nic tak konkretnego nie wychodziło spod palców Greckiego. Mówiąc szczerze, to wszystkie sola przypominają dokonania gitarzystów z lat kiedy death metal raczkował w USA. A to bardzo dobry znak. Niestety, utwór ten jest praktycznie jednorazowym wybrykiem, a szkoda.
Po nim wracamy do młócki... Hmm, jak słucham „216” to już sam nie wiem, czy przyzwyczajam się do tego, czy jest to ciekawe? Raczej coś w nim jest, ale zabijcie mnie, sam nie wiem co …tak samo jest w większości kawałków. Tylko momentami, niekiedy przez parę sekund można usłyszeć ciekawą zagrywkę. Poza tym blasty!!! W chwili, kiedy zdominowały one death metal, gatunek ten zaczął umierać. Teraz zamiast wewnętrznej agresji, mamy wykalkulowaną brutalność.
Wyjątkami oprócz „...if the Dead Can Speak” są „Breath of Nibiru” z najciekawszym początkiem na tym krążku i najbardziej stabilną konstrukcją i „Divine Project”. Ten raczej oprócz niezłych dźwięków ma ciekawą warstwę liryczną. I jest jeszcze ostatni - „Simulation”. Najdłuższy, najbardziej rozbudowany.
Te cztery z ośmiu kawałków, które są warte mojej uwagi nie sprawią, że stanę się wielkim fanem tego bandu, ale to już dobry początek do tego, by zacząć tworzyć coś wartościowego, a nie tylko kontrolowany chaos i szum. Jedno jest pewne, to najdojrzalsze dzieło w historii Lost Soul.

Goldfrapp - Felt Mountain


Nie mogłem się doczekać, by poznać twórczość Goldfrapp, kiedy dowiedziałem się, że porównywano ich do mego ulubionego trip-hopowego zespołu Portishead. Na tapetę poszła pierwsza ich płyta - „Felt Mountain”. Pierwsze moje zetknięcie się z tym albumem potwierdziło te porównania, ale im więcej słuchałem tych dźwięków, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że to tylko powierzchowna ocena ich muzyki.
Will Gregory i Alison Goldfrapp poszli trochę dalej niż formacja z Bristolu. Swój trip-hop „postarzali”. Nadali mu wyraz zmanierowanej kobiety w sile wieku, która jest fantastyczną śpiewaczką i bardzo dobrze zdaje sobie z tego sprawę. To równie dobrze mógłby być opis Alison, gdyż jej maniera wokalna właśnie taka jest. Jednak słowa te najlepiej opisują ich muzykę, która mogłaby być soundtrackiem do niejednego filmu z gatunku „film noir”, lub ze starszych filmów z agentem Bondem. Klimat całego krążka oscyluje gdzieś między stonowaną nowoczesnością, którą można nazwać trip-hopem (dla mnie tu prawie tego nie ma), a atmosferą zadymionej knajpki z przełomu lat 40-tych i 50-tych. Do tego dołączcie kabaret i będziecie mieli mniej więcej obraz tej płyty.
Do tego ostatniego najbardziej zalicza się „Oompa Radar”, inspirowany filmem Romana Polańskiego - „Matnia”, a w szczególności muzyką Krzysztofa Komedy. To utwór instrumentalny, lecz tego typu numery z tej płyt nigdy nie są całkiem bez wokalu, gdyż Alison stara się jak może, by cały czas coś podśpiewywać. Oczywiście, w tym przypadku nie są to słowa.
Wrócę teraz znów do naszego zmarłego kompozytora, gdyż jego muzyka odcisnęła się mocno na tym dziele. Słychać to praktycznie w każdej z dziewięciu piosenek. Kończąca kompozycja „Horse Tears” równie dobrze mogła wyjść spod jego rąk. Przypomina ona trochę główny temat z Dziecka Rosemary.
No dobra, koniec z inspiracjami i wpływami. Te prawie czterdzieści pięć minut muzy zaczyna „Lovely Head”. Po syntetycznym kilkusekundowym intro wchodzi pełne melodii gwizdanie i już jesteśmy w gęstej atmosferze oparów papierosowych. Wręcz pływamy w jej elegancji. Ten jest moim ulubionym, razem z chyba najbardziej „żywym” numerem o tytule „Utopia”. To najbardziej „nowoczesna” kompozycja tego albumu, w niej to najwięcej jest elektroniki, syntezatorów, a nawet beatów.
Jeżeli więc szukacie drugiego Portishead, tak jak to było w moim przypadku, to możecie się zawieść. Goldfrapp to kompletnie inna bajka, choć z podobnym morałem. Ci, którzy pozwolą oczarować się gracji tego debiutu, niejednokrotnie odpłyną w dal, gdzie każdy dźwięk jest wyważany ...

niedziela, 28 marca 2010

The Beatles - Rubber Soul


„Rubber Soul” to szósty krążek w dyskografii tego największego zespołu rockowego. Jednocześnie jest to przedostatni krążek przed erą studyjną zespołu. Został on wypuszczony na światło dzienne dokładnie 3 grudnia 1965 roku. Nagrania trwały cztery tygodnie, spieszono się, gdyż chciano wydać go przed gwiazdką.
Album ten jest pierwszym krokiem ku bardziej psychodelicznym brzmieniom. Na nim to po raz pierwszy George Harrison użył indyjskiego instrumentu o nazwie sitar. Poprosił go o to John Lennon, gdyż uważał, że w jego utworze „Norwegian Wood (This Bird Has Flown)” będzie on pasował. Ale to była dopiero druga kompozycja na tym wydawnictwie. Pierwszym numerem jest chyba każdemu znany „Drive My Car”. To jedna z piosenek napisana przez McCartneya.
Jednym z kroków ku przyszłym muzycznym eksploracjom był utwór „Nowhere Man”. To jedna z pierwszy kompozycji, które nie opowiadają już o miłości, jak to bywało wcześniej. Jej autorem jest John Lennon i jak sam przyznał po latach, jest to utwór o nim, o stanie jego psychiki w tamtym okresie.
No ale jeżeli pisze się cokolwiek o The Beatles to nie można zapomnieć o balladach. Na „Rubber Soul” mamy takie dwie. Pierwszą z nich jest kompozycja Paula „Michelle”, ale bardziej wyrazista jest ta druga o tytule po prostu „Girl”. Ciekawostką w niej jest długi, przeciągły wdech, który miałby symbolizować zaciągnięcie się dymem marihuany. Chyba nie muszę pisać, że w tamtych czasach czwórka z Liverpoolu paliła tony tego ziela.
Jedną z perełek tej płyty, na pewno dla Johna był „In My Life”. To sztuka opowiadająca o jego życiu, szczególnie koncentrującą się na jego dzieciństwie i śmierci jego przyjaciela Stuarta Sutcliffe. Sam Lennon po nagraniu tegoż przyznał, że wszystko co nagrał przed tym było do kitu.
Dwa z czternastu numerów zamieszonych na tym krążku jest autorstwa Georga Harrisona. George coraz bardziej dojrzewał jako kompozytor, przykładem tego jest świetna kompozycja „If I Needed Someone”.
Patrząc z perspektywy czasu na to dzieło, wydaje się ono słabsze w porównaniu do wcześniejszego albumu „Help!” czy też późniejszego „Revolver”. Charakterystycznym jego elementem jest gitara klasyczna, gdyż John częściej sięgał właśnie po nią w czasie nagrań. Poza tym jest to jeden z najsłabszych albumów McCartney'a. Jego „I'm Looking Through You”, czy też „Michelle” nie elektryzują tak bardzo jak by mogły. Ale to się miało zmienić.